Reklamy
Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Ku zachodowi, gdzie sypialnia Feba

Od napisania ostatniego posta wydarzyło się wiele.

W czwartek miałam dwie rozmowy kwalifikacyjne – jedną na temat pracy w barze szybkiej obsługi „Makaroniarz”, drugą – w kolejnym Centrum Zdrowia i Urody. O ile spotkanie dotyczące sprzedaży spaghetti przebiegło w całkiem przyjaznej (choć nie aż tak, żeby się ściskać i całować) atmosferze, a pani menedżer wprost powiedziała mi, że na razie nie jest ani na tak, ani na nie, o tyle w Centrum Wellness ilość uśmiechów, jakimi obdarowała mnie pracodawczyni, można by chyba policzyć na palcach jednej ręki. A jednak spodobało mi się to, że w przeciwieństwie do pierwszego wellnessu, w którym mnie nie chcieli, tutaj powiedziano mi, że nie chodzi im o wciskanie ludziom produktów (np. kiedy przyjdzie ktoś, kto chce schudnąć i wykupi wszystko, co jest na odchudzanie, po czym zniknie), tylko bardziej o pozyskiwanie stałych, zaufanych klientów. Nie wiedziałam, ile w tym prawdy, ale… Nie chciałam z góry zakładać, że wszyscy wszystkich na wszystko naciągają.
I znów – pani z wellnessu powiedziała, że po 17. będzie dzwonić do osób, które „ich” zainteresują, ale oczywiście tylko do nich. Jeżeli mnie nie będą chcieli, mogę czekać sobie na telefon jak rycerz przy Świętym Graalu czekał na Indianę Jonesa (choć Indiana w końcu się zjawił, więc porównanie może niezbyt trafne, ale jestem zmęczona, więc się tym nie przejmuję).

Minęła siedemnasta, minęło wpół do szóstej – znów pogodziłam się z faktem, że nie byłam wystarczająco kompetentna do tej pracy, która nie wiedziałam dokładnie, na czym właściwie polega – minęła osiemnasta… Już nawet nie myślałam o telefonie, zapomniałam o tym.
Aż tu nagle – wpół do siódmej – telefon dzwoni piosenką „Another Day” Jamiego Lidella. Za półtorej godziny miała przyjechać do mnie konsultantka Avon (bo sama również na konsultantkę się zgłosiłam – chwytam się prawie wszystkiego), więc sprzątałam widoczną część domu, żeby nadawała się do przyjęcia gościa – ale odbieram.
Pani z Centrum Zdrowia i Urody.
Była pani dziś na rozmowie.
Jesteśmy zainteresowani współpracą z panią.
Zapraszam na rozmowę, czy jutro pani pasuje?
O rety. Oddzwonili. ODDZWONILI!
Zachowałam spokój. Południe mi pasuje. Tak, zarezerwowanie godziny nie jest problemem. Dziękuję, do widzenia, do zobaczenia.

Rozłączyłam się, spojrzałam w lustro, przed którym stałam – i chyba pisnęłam z radości. Mogłabym przemilczeć wstydliwy fakt, że zaraz potem skakałam i tańczyłam po całym domu, który w tym czasie sam się nie sprzątał, choć czas płynął dalej.
Oddzwonili.

No dobrze, nacieszyłam się, nacieszyłam, emocje opadły i pozostało spokojne zadowolenie.

Następnego dnia – po raz czwarty w tym tygodniu – pojechałam do Poznania. Odwiedziłam Carla w Bubble Planet (doszliśmy do wniosku, że jesteśmy podobnymi do siebie jak dwie krople wody bliźniakami) i poszłam do centrum wellness. Zanim jednak weszłam do środka (spacerując pod budynkiem 15 minut), zadzwoniła moja komórka.
Oto i do mego ucha przemawiała pani menedżer baru „Makaroniarz”. Pytała, czy następnego dnia mogłabym przyjść na dzień próbny. Odpowiedziałam, że będę mogła odpowiedzieć dopiero po południu – i wtedy oddzwonię.

„Spotkanie szkoleniowe” w centrum wellness polegało prawie wyłącznie na tym, że szefowa pokazała na mnie zabiegi, które przeprowadza się na klientkach – nałożyła maseczki, kremy (w odpowiedni sposób), były toniki, waciki, ankieta i rady. A do tego… pani poinformowała mnie o szkoleniu, które miało odbyć się nazajutrz w centrum Poznania. Szkolenie nieobowiązkowe, dla chętnych… Koszt: 35 złotych. „Nie jest obowiązkowe, do niczego nie zmuszam. Gdyby pani poszła, to byłoby dobrze. No a jeżeli nie będzie pani mogła… to trudno” – i tak dalej, i tak dalej. Miała mi wysłać na maila ulotkę dotyczącą tego szkolenia. W momencie, kiedy mi o nim mówiła, ja już wiedziałam, że na nie nie pójdę. Jeszcze nie zostałam przyjęta do pracy, a już jestem zachęcana do udziału w szkoleniu, „które może mi się przydać w pracy”, ale za które JA mam zapłacić?! Czy poważna firma nie powinna sama zapewniać swoim pracownikom odpowiednich szkoleń?
Na tę połowę mojej twarzy, którą sama się zajmowałam, nałożyłam ostatni krem przypominający bazę pod podkład i spotkanie się zakończyło. Wyszłam z poczuciem, że z każdą mijającą chwilą moja wyjątkowo mocno przesuszona skóra staje się bardziej nawilżona – jeśli jednak chodzi o inne aspekty mojej potencjalnej pracy… każdy kolejny z nich był dla mnie mniej pewny.

Jak tylko wróciłam do domu, sprawdziłam pociągi i zadzwoniłam do pani z makaronów. Ona proponowała, żebym przyszła na 12.00 i, jeśli mi się spodoba, została do końca, czyli do 21.00, ja natomiast myślałam – i powiedziałam to głośno – że pójdę na kilka godzin i będę miała jeszcze jakieś trzy dni na podjęcie ostatecznej decyzji. Cóż, w makaronach proponowali wynagrodzenie dwa razy niższe niż w wellnessie. Ustaliłyśmy, że przyjdę na 12.00, a potem… się dogadamy.

No i przyszłam. A dokładniej – przyjechałam. Kolejny dzień w Poznaniu. Kolejny dzień w pociągach i tramwajach, ale dodatkowo z perspektywą pracy wśród gwaru i pośpiechu. Zanim stawiłam się w miejscu pracy, poszłam na jeszcze jedną rozmowę – poprzedniego popołudnia znalazłam ogłoszenie o pracy w kawiarni, natychmiast zadzwoniłam na podany numer i umówiłam się na spotkanie. Wciąż jestem zakochana w kawiarniach. Potem zostawiłam CV w kilku knajpkach w okolicy.
Pojechałam wreszcie do makaronów, ale ponieważ miałam trochę czasu, krążyłam jeszcze po centrum handlowym, w którym znajduje się bar. Zdążyłam zostawić CV w paru innych miejscach, aż w końcu pojawiłam się tam, gdzie mnie oczekiwano.
Dostałam koszulkę, zapaskę i stylowy daszek, menedżerka pokazała mi szatnię, „magazyn suchy”, chłodnię i zaprowadziła do miejsca, w którym miałam spędzić kolejne dziewięć godzin – do kasy (miejsce magiczne, bo kiedy się odwróciłam, kasa stawała się kuchnią, a gdy zrobiłam dwa kroki w bok, byłam już przy palnikach z azjatyckim żarełkiem). Dziewczyna, która już tam była, pokazała mi wszystko, co i jak, w dziesięć minut przeszkoliła i mogłam już pracować pełną parą. Wkrótce swoją obecnością zaszczycił nas też gość specjalny – właściciel i kierownik (capo di tutti capi), przedstawił mi się z imienia, a wkrótce po nim zjawił się kierownik (drugi?) starszy ode mnie o rok. Szef wszystkich szefów zachęcał nas do „sprzedaży aktywnej”, co w praktyce wyglądało tak, że aby ludzie zauważali naszą ladę wciśniętą między chińszczyznę a sąsiednią knajpę, przez trzy godziny – jeśli nie sprzedawałam jedzenia – stałam przy ladzie i z uśmiechem numer pięć mówiłam lub wołałam: „Zapraszam na spaghetti!”, „Bardzo dobre spaghetti, zapraszam!”, „Zapraszamy!”.
Dałam sobie czas do 15.00. O 15.50 miałam pociąg powrotny, dlatego zaplanowałam sobie, że albo zrezygnuję z pracy i wyjdę o trzeciej, albo zostanę aż do końca. Na czas nieokreślony.
Mimo uroczego dwudziestoletniego kierownika, mimo sympatycznej menedżerki i najwyraźniej lubiącego mnie szefa (który nie tyle okazywał mi szczególną sympatię, ile po prostu nie okazywał antypatii – i postawił mi trzy porcje makaronu – po jednej z każdym sosem, choć wyszło na to, że zjadłam tylko jedną – carbonara… Porządny facet.) postanowiłam dać trochę luzu moim plecom i gardłu i od 14.50 dzwoniłam dzwonkiem na zaplecze, aby moja nowa makaronowa koleżanka zjawiła się przy kasie, żebym mogła porozmawiać z menedżerką. Po kwadransie mogłam wreszcie to zrobić.
Rozstaliśmy się w bardzo pokojowych stosunkach. Podobno bardzo na mnie liczyli, spodobałam się szefostwu. Co prawda pożegnałam się tylko z panią menedżer, ale przy złożonych ubraniach roboczych zostawiłam karteczkę dla całej ekipy, łącznie z tymi z chińszczyzny. Może jeszcze tam wrócę. Jak córka marnotrawna. Ale na razie… Argumentów za odejściem było więcej niż tych przeciw.

Wychodząc, przysiadłam się jeszcze na krzesełku do mojego byłego nauczyciela – jednego z tych, z którymi miałam najlepszy kontakt, bardziej przyjacielsko-swobodny niż nauczycielsko-uczniowski. Wcześniej kilka razy przechodził sam, z córką lub z całą rodziną przed moimi makaronami, a nawet kupił sobie porcję spaghetti. Wiedziałam, że żeby zdążyć na pociąg o 15.50, musiałabym pędzić tak jak ostatnio, a to była ostatnia rzecz, na którą miałam ochotę, więc, jak już napisałam, przysiadłam obok pana profa i rozmawialiśmy kilkanaście minut, po czym spokojnie, bez pośpiechu, nie bez ulgi, wsiadłam w tramwaj i pojechałam na dworzec.

Miałam pół godziny do odjazdu mojego pociągu, spacerowałam to tu, to tam, kiedy… Znów zadzwonił mój telefon. Spokojny, niski męski głos powiedział mi, że aplikowałam do pracy w bufecie w kinie Apollo i że widzi, że mam doświadczenie. Spytał o moją dyspozycyjność i poprosił, żebym wpadła do kina, kiedy będę mogła. Obiecałam tak właśnie zrobić – przez pierwszych kilka minut rozważałam zjawienie się tam od razu, ale postanowiłam, że wrócę do domu, pojadę na zaplanowaną osiemnastkę najwcześniej, jak dam radę, a kino odwiedzę na początku tygodnia. Może do tego czasu ktoś jeszcze zaprosi mnie na rozmowę, a wtedy załatwię kilka spraw za jednym zamachem.

Na imprezę ostatecznie nie pojechałam, bo kiedy stałam już ubrana i uczesana, mama, która miała mnie zawieźć na miejsce (i odebrać w nocy) zobaczyła na mapie, że po drodze trzeba minąć autostradę i jako kierowca doświadczony w jeździe po naszym mieście, ale nie po drogach krajowych i/lub skomplikowanych i/lub w pobliżu autostrad, oznajmiła, że mnie nie zawiezie – właśnie ze względu na tę drogę.
W ten sposób spędziłam kolejny wieczór na przeglądaniu ogłoszeń o pracę.

Niedzielę, jakimś cudem, miałam wolną.

Nadszedł poniedziałek.

Kilka dni temu coś ciemnego mignęło mi przed oczami na podłodze pod ścianą. Nic dziwnego, że wkrótce w domu zaczęliśmy słyszeć tuptanie i skrobanie i jako homo sapiens sapiens stwierdziliśmy, że zamieszkała u nas mysz. Ustaliliśmy ponadto, że jest to mysz leśna, a nie polna.
Kilka razy mignęła mi w łazience. Kilka razy w pokoju słyszałam ją gdzieś w ścianie.
Aż nastała wczorajsza noc. Poszłam do łazienki i w pewnym momencie wydawało mi się, że coś ciemnego – takiego jak wcześniej – w ułamku sekundy przemieściło się nie wiem skąd w stronę drzwi. Pod zamkniętymi drzwiami jest szczelina, więc nawet, gdyby mysz tam pobiegła, było już po ptakach. Nie poruszam się z prędkością światła, żeby zdołać ją dogonić, wyprzedzić i zamknąć wszystkie drzwi do pokoi, do których mogłaby wleźć. A sądząc po wcześniejszych obserwacjach, żeby to zrobić, potrzebna byłaby właśnie prędkość światła.

Poszłam spać.

Jak już napisałam, nadszedł poniedziałek. W planach miałam kolejny wyjazd do Poznania, ustawiłam więc budzik na 6.30.
Spałam, spałam, aż przez sen usłyszałam… tup tup tup tup.
Spałam dalej. Niewiele kojarzyłam. Tup tup tup tup.
Obudziłam się. TUP TUP TUP TUP – najpierw głośniej przy lewym uchu, potem przy prawym.
Zrozumiałam, co się święci.
Wyskoczyłam z łóżka jak żołnierz na alarm. Była szósta. Przełożyłam kołdrę i poduszki na krzesło i fotel, stanęłam ze wzrokiem wbitym w łóżko i obserwowałam. Cholerne tup tup tup tup zabrzmiało w moich uszach, ale do fonii dołączyła wizja.

Mysz.

W moim łóżku.

Tam, gdzie dwie minuty wcześniej miałam głowę.

Zawołałam mamę, która właśnie była w łazience, stwierdziłam, że mysz jest w moim pokoju i już po chwili dostałam od mamy w prezencie pułapkę na myszy z kawałkiem czegoś, co Biedronka nazwała serem. Mama postawiła ją blisko łóżka i poszła, ale ja zachowałam czujność. Po chwili tropienia Tom Zosia zobaczył wstrętnego Jerry’ego na drugim końcu pokoju, wśród pudełek za szafą. Przeniosłam pułapkę, ale położyłam ją tak nieudolnie, że trzasnęła, zanim gryzoń zdążył ją zobaczyć. Poirytowana mama wróciła, nastawiła znów pułapkę i wyszła.

Jak zwykle, pojechałam z nią do wsi, w której pracuje, bo stamtąd wygodniej jest mi jeździć do Poznania. Na szczęście nie byłam z nikim umówiona na konkretną godzinę, nie musiałam nigdzie się spieszyć ani szczególnie liczyć czasu.
Bez problemu znalazłam Kino Apollo (jak się potem okazało, „Kinoteatr”, co mi jeszcze bardziej odpowiada!) i uliczką-pasażem poszłam w jego stronę, mijając najróżniejsze knajpki (w tym kawiarnię „Zielone Słonie”, o której czytałam kilka dni temu, oraz kawiarnię, w której, jak głosił potykacz, można porozmawiać po angielsku z native speakerem. W kinie dowiedziałam się, że szef będzie dopiero po dwunastej. I bardzo fajnie, przeszłam się do empiku, po czym wróciłam, znów zaglądając do kawiarenek.

Kilka minut po dwunastej pani w kasie powiedziała mi, że szef właśnie gdzieś pojechał i dała mi jego numer. Zadzwoniłam – powiedział, że będzie za 10 minut i żebym poczekała. Poczekałam. Szef okazał się bardzo pozytywnie normalnym facetem. Położyłam przed nim moje CV, porozmawialiśmy jakieś 5 minut, po czym stwierdził, że myśli, że nadaję się do tej pracy, bo z tego, co widzi, jestem bystra, energiczna i komunikatywna. Na kilka minut odszedł od stolika, przy którym siedzieliśmy, do swojego gościa, załatwił, co miał do załatwienia, po czym pokazał mi bufet i kuchnię. Wcześniej podczas rozmowy, kiedy powiedziałam, że moja dyspozycja będzie zależeć od grafiku zajęć, którego jeszcze nie znam, powiedział mi, żebym w takim razie zgłosiła się, kiedy będę już znała plan, a wtedy się dogadamy co do szczegółów.
Płaca jeszcze niższa, niż się spodziewałam. Niż zakładałam. Ale… kurczę, no nie wiem! Coś mnie ciągnie do tej pracy! Czy to szef, który jest przede wszystkim człowiekiem, a dopiero na drugim miejscu szefem; czy to fakt, że choć to praca w bufecie, gwarantuje mi jakąś tam styczność z kulturą; czy to otoczenie, w którym znajduje się kino; czy może po prostu chodzi o to, że ktoś w ogóle chce mnie zatrudnić – bez naciągania, ściemniania, „aktywnej sprzedaży” i czerwonego daszka na czole. A może to wszystko razem powoduje, że rzeczywiście chcę tam pracować. Będę wciąż szukać czegoś lepszego, ale… dobrze wiedzieć, że taka praca na mnie czeka.

Po pożegnaniu z szefem znów przeszłam uliczką do ul. Ratajczaka. Zajrzałam do kawiarenki „anglojęzycznej”. Na parapecie siedział młody mężczyzna, którego wcześniej zobaczyłam, kiedy stał za ladą. Teraz siedział i grał sobie na gitarze. Przecież i tak miałam zamiar kupić sobie na dworcu kawę. Weszłam.
Zaraz za mną wszedł kolejny klient, oboje zamówiliśmy latte – ja duże, on małe. Pracownik kawiarni okazał się Amerykaninem z Seattle, który po polsku zna tylko kilka podstawowych zwrotów. Zaczęliśmy w trójkę prowadzić luźną pogawędkę, po dłuższej chwili ja, kuszona bez przerwy przez pozostawioną na parapecie gitarę, spytałam, czy mogę spróbować (dawno już nie grałam czegoś więcej niż proste akordy) i tak spędziliśmy kilka minut – oni rozmawiali, ja grałam, potem zaśpiewałam z akompaniamentem, pogadałam z nimi, a kiedy klient wypił kawę i wyszedł, ja jeszcze przez pół godziny (jeśli nie dłużej) rozmawiałam ze sprzedawcą (kasjerem/barmanem/baristą/jak to jeszcze można nazwać). Cały czas po angielsku. I oboje rozumieliśmy wzajemnie wszystko, co mówiliśmy. Jestem oczarowana :D Przez te 30-40 minut zdążyłam poczuć, że spotkałam kogoś, kogo chcę poznać bliżej – i tak właśnie zrobię. Obiecałam mu już, że będę wpadać i uczyć go polskiego za każdym razem, kiedy będę w Poznaniu do momentu otrzymania kluczy do mieszkania.

Ciekawe, czy Zosia sprzed dwóch lat zdjęłaby tę gitarę z parapetu.

____________________________________________________________

W trakcie pisania tego posta dotarła do mnie informacja o śmierci mojej domowej myszy.
RIP.
I nigdy nie wracaj, wstręciuchu.

Opublikowano Uncategorized | 13 Komentarzy

Ja jestem kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boję!

…ale niektórych unikam.

W ostatnich dniach nie zajmuję się prawie niczym innym, jak szukaniem pracy w internecie lub wyjazdami do Poznania związanymi właśnie z tym.
W niedzielę wieczorem dostałam smsa „zapraszającego” mnie do pracy następnego dnia. Praca: „hostessa do przeprowadzania ankiet w firmach w centrum Poznania”. No cóż. Ważne, że jest. Zgodziłam się i w poniedziałek pojechałam do Poznania.
Spacerując ulicami miasta zaglądałam we wszystkie witryny w poszukiwaniu informacji o poszukiwaniu pracownika, pracy dla studentów, zatrudnieniu sprzedawcy… Mijałam akurat knajpkę z naleśnikami, do której poszukiwano studentów. W momencie, kiedy przystanęłam, pracownice zaczęły otwierać lokal. Spojrzałam na nie. Spojrzałam na kartkę. Znów na nie. Zamyśliłam się.
Kiedy minęła już dłuższa chwila, w której stałam na środku chodnika, spoglądając to na szybę, to na pracownice, uznałam, że trzeba rozwinąć tę sytuację.
– Czy mogłabym… Dzień dobry. Czy mogłabym zostawić CV? Akurat mam przy sobie!
– A my akurat przyjmujemy. Jasne, oczywiście!
Parę podstawowych pytań, czy studiuję, w jakim trybie, kiedy byłabym dyspozycyjna – i poszłam dalej.

Zostawiłam też CV w nowo otwartym barze, spotkałam się ze znajomą, aż nadszedł czas na spotkanie w prawie pracy (a nawet samą pracę).
Dwie inne dziewczyny i ja spotkałyśmy się z niewyróżniającym się facetem, który „ankietami” nazwał formularze dotyczące śniadań, które chce dostarczać do miejsc pracy. Najpierw wyjaśniał nam, na czym będzie polegać nasza praca, a potem – ponieważ nie miał ankiet przy sobie – poszliśmy do punktu ksero (spotkaliśmy się pod Browarem od strony Ratajczaka, a doszliśmy do Półwiejskiej – oczywiście szliśmy dookoła, bo przecież nasz czas nie jest taki ważny). Profesjonalizm mojego pracodawcy bił po oczach.
Od godziny, w której miałam się z nim spotkać, do rozpoczęcia pracy minęło pół godziny.
Przez trzy godziny chodziłyśmy w trójkę po Centrum, wchodząc do banków, kantorów i sklepów z pytaniem, czy możemy zostawić ankiety dotyczące cateringu, które nazajutrz byśmy odebrały. Tutaj też mój chwilowy szef wykazał się nie lada obeznaniem w marketingu, bo pracownicy miejsc, które odwiedzałyśmy, na pytanie o ankiety najczęściej albo nie wiedzieli, o czym dokładnie jest mowa, albo myśleli, że przeprowadzamy badania statystyk etc. – i nie dziwię im się! Gdyby facet chociaż zaznaczył jakoś, że to on oferuje te śniadania, to zmieniłoby zupełnie podejście osób, z którymi rozmawiałyśmy, nie mówiąc już o nieporozumieniach, które na pewno wynikły z tej organizacji. Ale cały czas miałam w głowie: nie mój problem. Mam roznieść ankiety, roznoszę. Mam coś zapisywać, zapisuję. Dostanę kasę i więcej nie zobaczę tego człowieka, więc póki nikomu nie dzieje się krzywda, nie mam zamiaru przejmować się brakiem jakiegokolwiek rozeznania i odrobiny logicznego myślenia ze strony pracodawcy. Nie mój cyrk, nie moje małpki.

Ponieważ jeszcze tego samego popołudnia miałam wykład z teorii na kursie jazdy, a nie chciałam obciążać mojej mamy kolejnym dowożeniem i odwożeniem mnie wte i we wte, a facet od ankiet spóźniał się kilka minut, musiałam pędzić na pociąg i nie odebrałam wtedy tej zawrotnej sumy pieniędzy, którą zarobiłam. Byłam zmęczona, zirytowana i miałam w perspektywie spóźnienie na pociąg, więc właściwie przestało mi nawet zależeć na tej garstce pieniędzy. Następnego dnia miałam pracować jeszcze dwie godziny – zbierając ankiety z miejsc, w których je zostawiłyśmy.
Pociąg odjeżdżał o 15.50. Nie wiem, czy wiecie jak wygląda okolica Dworca Głównego w Poznaniu, ale kiedy zostawiłam dziewczyny na pastwę naszego szefa pod Starym Browarem, wsiadłam w pierwszy pociąg, który jechał w stronę dworca, a na Moście Dworcowym wysiadłam o… 15.46. Chciałam biec na skróty przez najbliższe przejście dla pieszych, ale po przebiegnięciu przez pasy uświadomiłam sobie, że dalej nie ma możliwości dotarcia na którykolwiek peron! Rzuciłam się sprintem w przeciwną stronę, oczywiście mając przed sobą trzy przejścia, a na każdym czerwone światło. 15.47. Dobiegłam do schodów w dół z mostu, zbiegłam na chodnik, a do budynku dworca miałam jakieś 150 metrów. Nie wiedziałam, z którego peronu odjeżdża pociąg do mojego miasta (na szczęście w połączeniach Kolei Wielkopolskich można kupić bilet w pociągu bez dopłaty), ale powtarzałam sobie w duchu, żeby tylko nie był to najbardziej oddalony od reszty świata peron 4a. Zatrzymałam się przy wejściu wewnątrz dworca, spojrzałam na tablicę i najszybciej, jak to było możliwe, wyszukałam wzrokiem mój pociąg. Rodzaj pociągu, godzina, kierunek… Peron. Moje płuca wiedziały, że mogą tego nie wytrzymać. 4a. Zegar pod tablicą wskazał 15.49. Niewiele myśląc, poprawiłam dwie torby, którymi obładowałam moje ramiona, i biegłam dalej. Biegłam, biegłam, biegłam, mijały lata, oskrzela bolały, a ja biegłam. Na peronie był jeszcze pociąg, ale nie byłam nawet w stanie ocenić, czy stoi, czy już może ruszył i powoli się ode mnie oddala… Oczyma wyobraźni widziałam, jak ostatkiem sił, bez powietrza, bez krwi w poszczególnych częściach ciała dobiegam do pociągu… a on odjeżdża… Wszyscy ludzie już wsiedli, konduktor miał gwizdać do odjazdu – wymęczona, człapiąc z przymkniętymi oczami pomachałam (a raczej: machnęłam) do konduktora, który powiedział tylko coś w rodzaju: „Proszę wsiadać do pociągu!”, kliknęłam przycisk do otwierania drzwi i wtoczyłam się do środka, siadając na najbliższych schodkach, jakie zauważyłam (wiem, wiem, nie powinnam siadać, ale byłam już wtedy właściwie gotowa na spokojną i godną śmierć). Ciężko dysząc, zamknęłam oczy, oparłam głowę o ścianę i pojechałam na kurs jazdy, który zaczynał się za godzinę.

Następnego dnia rano miałam rozmowę kwalifikacyjną w Poznaniu. Nie byłam całkiem pewna, czego dotyczyć będzie praca, odnośnie której odbędzie się spotkanie, ale „Klub Zdrowego Stylu Życia” brzmiał całkiem zachęcająco (choć z drugiej strony może trochę podejrzanie). Na miejscu okazało się, że to całkiem poważna firma i całkiem poważna rozmowa. Co prawda napis na drzwiach brzmiał nieco inaczej, niż mi powiedziano, ale była to różnica na korzyść pracodawcy, przynajmniej w moich oczach – „Centrum Zdrowego Żywienia. Wellness, dbanie o szczupłą sylwetkę”. Przeszłam przez te szklane drzwi i znalazłam się w poczekalni przy klatce schodowej. Obok były kolejne drzwi z tym samym logiem. Zapukałam i przez tę chwilę, w której zdążyłam zamienić dwa zdania z kobietą za biurkiem, która prowadziła rozmowę z kandydatką, zorientowałam się, że to nie pic na wodę i że rzeczywiście warto zadbać o swój wizerunek – pani za biurkiem miała maksymalnie 32 lata, starannie utlenione włosy i usta pomalowane czerwoną szminką. Jak tylko powiedziałam „Dobrze, dziękuję” i zamknęłam drzwi, zajrzałam w lusterko, poprawiłam makijaż, który miałam, dodałam trochę szminki na wargi i błyskawicznie pomalowałam delikatnym lakierem (a właściwie odżywką do paznokci w kolorze kremowym) dwa paznokcie, z których, w przeciwieństwie do reszty, zszedł prawie cały lakier. Nie mogłam przecież ryzykować szansy na pracę u kobiety o nieskazitelnej cerze dwoma zdrapanymi paznokciami albo zbyt spierzchniętymi ustami!
Kilkanaście minut po umówionej 10.00 weszłam do środka i już na początku stwierdziłam, że nie tylko jest to moja pierwsza w życiu rozmowa kwalifikacyjna, ale rozmowa ta jest typową, wzorcową rozmową o pracę. Padły pytania: „Jaka jest kobieta wellness?”, „Gdzie widziałaby się pani za pięć lat?”, „Jaka jest, pani zdaniem, pani największa wada – i dlaczego?”. Utrzymywałam kontakt wzrokowy i przytakiwałam, a spotkanie uwieńczyłam zdecydowanym uściskiem dłoni. Między godziną 19.00 a 20.00 mieli zadzwonić.

W południe znów spotkałam się z dziewczynami od ankiet, tym razem miałyśmy przez dwie godziny zbierać kartki z miejsc, w których je zostawiłyśmy. Ponieważ miałam jeszcze w planach odwiedzenie kilku miejsc, zostawienie CV i chciałam spotkać się z Kijanką, zaproponowałam, żebyśmy się rozdzieliły. Podzieliłyśmy między siebie miejsca, do których musiałyśmy wrócić, po czym one poszły w jedną stronę, a ja i Kijanka, która do nas dołączyła – w drugą. Uwinęłyśmy się praktycznie w godzinę, bo na koniec zostawiłam sobie Teatr Polski, w którym spędziłyśmy zdecydowanie więcej czasu, niż w reszcie miejsc.

Po odebraniu wypłaty za 5 godzin, które łącznie wypracowałam, Kijanka i ja pojechałyśmy w stronę Grunwaldu, bo i ona miała tam sprawę do załatwienia, i ja (powiedzmy – chciałam po prostu zostawić CV w Macu), ale w tramwaju przypomniałam sobie, że w jednym miejscu na Malcie miałam zostawić CV między 12.00 a 15.00, bo taki był wymóg w ogłoszeniu, tymczasem zbliżało się już wpół do trzeciej. Ustaliłyśmy więc, że ja jadę na Maltę, a Ania na Grunwald – i spotkamy się w pociągu do domu.
Wysiadłam z tramwaju, którym jechałyśmy i ku własnej uciesze zobaczyłam, że z tego samego przystanku za kilka minut miał odjechać tramwaj zatrzymujący się na Baraniaka na Malcie – idealnie.
Tramwaj ten przyjechał po ponad 15 minutach. Zanim dojechałam na miejsce, minęła 15.00.
Nie znalazłam tego, co miałam znaleźć w galerii, więc zostawiłam kilka CV w innych miejscach, odebrałam jeszcze telefon w sprawie rozmowy kwalifikacyjnej, na którą umówiłam się na środę rano, i znów szybkim marszobiegiem wróciłam na przystanek – oczywiście spóźniłam się 3 minuty, straciłam kilka kolejnych na czekanie, a do odjazdu pociągu z Dworca Głównego zostało mi pół godziny.
Przynajmniej tramwaj się nie spóźnił.
Powiadomiłam mamę, że nie zdążę na bezpośredni pociąg do mojego miasta i poprosiłam, żeby przyjechała po mnie do Opalenicy (wyrzuty sumienia podwójne – nie dość, że znów psuję jej plany, to w dodatku spóźnię się na teorię na kursie), powiadomiłam też Kijankę.

…A po chwili dotarło do mnie, że chyba jadę tym samym tramwajem, co dzień wcześniej.
Nie całkiem mi się to podobało, bo mimo że byłam zmęczona, bez humoru i pogodziłam się z faktem, że nie zdążę na bezpośredni pociąg – mimo tego wszystkiego znam siebie i wiedziałam, że nie jestem człowiekiem, który odpuszcza, dlatego jeśli znów dotrę na Most Dworcowy trzy albo cztery minuty przed planowanym odjazdem pociągu, to rzucę się sprintem w jego stronę. Chociaż nie miałam na to najmniejszej ochoty. Ale wiedziałam, że tak będzie – bo nie odpuszczę!
I rzeczywiście. Tak jak w poniedziałek, szóstka zajechała na przystanek na Moście Dworcowym, kiedy zegar wskazywał już 15.46. Jeszcze jadąc tramwajem, przemyślałam wszystkie błędy logistyczne, które popełniłam podczas sprintu w poniedziałek i tym razem pobiegłam już w dobrą stronę, pominęłam przystanek wewnątrz dworca i popędziłam prosto na peron 4a.
Zbliżając się do niego, zauważyłam, że zamiast nowoczesnego szynobusu na peronie stoi stary, brudny pociąg osobowy. Podbiegłam jeszcze bliżej, spojrzałam na tablicę – a na niej pusto. Cholera. W jednej sekundzie pomyślałam, że trudno, odpuszczam, a już w następnej postanowiłam przypomnieć sobie, z jakiego jeszcze peronu może odjeżdżać mój pociąg. Przypomniałam sobie, jak kilka miesięcy temu spóźniłam się na niego kilka sekund… Biegłam wtedy przejściem podziemnym w prawo… czyli… Musiałby być gdzieś w pobliżu! Rozejrzałam się i zobaczyłam czerwony szynobus. Podbiegłam – wyświetlana z przodu nazwa miejsca docelowego też się zgadzała. Na szczęście nie musiałam biegać pod ziemią, pod schodach, w górę i w dół – obok mnie były dwa przejścia na kolejne perony, a pociąg stał przodem do mnie, więc maszynista musiałby być niezłym sadystą, żeby ruszyć, widząc drobną dziewczynę obładowaną tobołkami, truchtającą (bo na bieg nie miałam już sił) w stronę pociągu.
Drzwi pociągu jeszcze były otwarte, a młoda pani konduktor nie wyglądała nawet na taką, której się spieszy. Weszłam spokojnie do środka, czując się jak Struś Pędziwiatr. Mig-mig!

Gdy czekałam na tramwaj na Malcie, zorientowałam się, że w całym tym pośpiechu nie spytałam, jakiej pracy dotyczyć będzie dzisiejsza rozmowa. Zadzwoniłam więc na numer, z którego zadzwoniła do mnie sympatyczna dziewczyna – włączyła się poczta głosowa. Napisałam smsa i już po chwili dostałam odpowiedź: „Jest to praca w telemarketingu”.
Wysłałam już tyle zgłoszeń, że nie pamiętam każdego ogłoszenia, na które odpowiedziałam, ale jeżeli wysłałam CV do call center, to musiała to być jakaś super oferta.
Ale w tamtym momencie to nie miało dla mnie znaczenia. Nie będę łapać się byle czego. Może i pracodawca pozwala na elastyczne godziny pracy. Może i dostaje się bonusy i premie. Może. Nigdy nie chciałam zarabiać na wciskaniu ludziom tego, czego nie chcą kupić za cenę wyższą, niż jest to warte, zajmując im na siłę więcej czasu, niż mają. Nie chcę stać się jednym z ludzi, którzy – wiem, że to jest ich praca, nie ich wina itp., a prywatnie są normalnymi ludźmi – którzy zawsze mnie irytowali i nadal irytują. A właściwie to nie telemarketerzy mnie irytują, ale ich przełożeni i cały system manipulacji innymi, braku wzajemnego szacunku i nastawienie wyłącznie na zysk. Jeżeli już nic nie znajdę, to będę szukać chętnych na korki.

Telefonu między 19.00 a 20.00 się nie doczekałam.

…A w trakcie pisania tego posta odebrałam telefon i umówiłam się na rozmowę w restauracji z makaronami :)

________________________________________________________________________

Ze względu na kompozycję tego wpisu kolejną dedykację umieszczam tutaj, na końcu – dla Karolci, z którą widziałam się dwa razy w życiu – raz, kiedy miałam 15 lat, a drugim razem – w tym roku, gdy umożliwiła mi nocleg przed egzaminem we Wrocławiu. Dostałam od niej naklejkę. Jeśli chcecie dedykację, dawajcie mi naklejki.

Opublikowano Uncategorized | 5 Komentarzy

Panie przodem

Wpis ten dedykuję: Kamilowi, który zmotywował mnie do ruszenia tyłka, a z którym mam ponoć wkrótce zerwać, bo oboje jesteśmy zbyt piękni, by być razem; Magdzie vel abzi, która zawsze czeka na nowy wpis, choć ja sama o tym zapominam!

…przedstudenckich perypetii ciąg dalszy. Kijanka i ja w porozumieniu z naszymi matulami postanowiłyśmy odwiedzić raz jeszcze pana Właściciela w naszym mieszkaniu, zanim dostaniemy klucze i będziemy miały wprowadzać się na dobre. Już wcześniej pisałam, że zrobiłyśmy listę rzeczy, które będą nam potrzebne w domu lub które pomogłyby w stworzeniu przyjemnego klimatu, a teraz chciałyśmy sprawdzić, ile z nich już jest w mieszkaniu, a ile będziemy musiały przywieźć (z naszych domów lub – za odpowiednią opłatą – ze sklepów).
Kiedy miałyśmy już mnie więcej ustalony plan wycieczki, w niedzielę zadzwoniłam do pana Właściciela.
-…chciałybyśmy po prostu obejrzeć mieszkanie dokładnie, sprawdzić, co jest…
– No, he, he, tak jak mówiłem, wszystko tu jest na miejscu, wszystko jest! Tylko, eee, he, he, jakieś, yyy, żelazko, no, też jest, ale to byście raczej musiały mieć swoje, no bo, no bo jak się przepali czy yyyy, to, że tak powiem, wasz sprzęt.
– Tak, tak, ale chodzi nam też o takie wyposażenie jak… na przykład – szklanki czy…
– Nooo, szklanki, yyy, też są. Wszystko jest, w zasadzie nie wiem, co, yyyy, co byście chciały oglądać.
Nie traciłam cierpliwości. Przewracałam oczami do komórki, ale głos miałam niezmącony krztą irytacji.
– Tak czy siak uznałyśmy, że lepiej sprawdzić wszystko już teraz, spisać, ewentualnie dokupić, skoro mamy czas i możliwość – żebyśmy nie musiały wszystkiego załatwiać na ostatnią chwilę, panikować, bo czegoś zabraknie i tak dalej.
Właściciel tak bardzo pokazywał, że nie rozumie, dlaczego chcemy znów nawiedzić go w domu, że można by pomyśleć, że w jedynym pokoju na parterze, do którego nie mamy dostępu, ma jakieś tajne laboratorium z próbkami zmutowanych najgroźniejszych wirusów, które mają doprowadzić do zagłady świata. Albo chłodnię, w której trzyma martwe ciała [kolejnych lokatorów].

Co prawda mówił, że oczywiście możemy obejrzeć mieszkanie („ale właściwie, he, he, no, nie wiem, po co”), ale powtarzał to tylko co jakiś czas jako przerywnik jego wywodów, które przytoczyłam wyżej. Wreszcie stwierdził, że bardzo go to zaskoczyło, ale to dobrze, dobrze, pierwszy raz spotyka yyy takiego takich taką ekipę yyy osoby odpowiedzialne takie yyyyyy hehe zapobiegawcze. Pogadałby sobie jeszcze dłużej, ale zachowując cierpliwość i uprzejmość tak długo i tak mocno, jak potrafiłam, udało mi się potwierdzić, że możemy wpaść nazajutrz o 16.30, i zakończyć rozmowę.

Wczoraj pojechałyśmy więc do Poznania. Moja mama, Kijanka, jej mama i ja. Moja mama prowadziła – po raz pierwszy odważyła się (tylko dlatego, że obok miała pilota w osobie mamy Ani) samodzielnie pojechać do Poznania – i po tym Poznaniu samochodem się poruszać! Bez problemów dotarłyśmy pod dom, w którym będziemy mieszkać, a ponieważ była dopiero 16.00, postanowiłyśmy pójść na kawę do Maca 5 minut drogi stamtąd.
Wypiłyśmy kawę, wróciłyśmy do mieszkania. Pan Właściciel nas wpuścił, chociaż minę wciąż miał taką, jakby za którymiś drzwiami ukrywał wszystkie niespodzianki z Jumanji. Obejrzałyśmy wszystko z dokładnością komornika, mamy obejrzały mieszkanie po raz pierwszy i już po paru minutach podziękowałyśmy panu i wyszłyśmy.
Przez następną… godzinę albo nie-wiem-jak-długi czas jechałyśmy w stronę Ikei. Błąkałyśmy się w te i we wte, aż wreszcie trafiłyśmy na odpowiedni parking. Byłam przygotowana na to, że skoro już tu jesteśmy, to kupimy jak najwięcej potrzebnych rzeczy, żeby rzeczywiście załatwić wszystko, dopóki możemy to zrobić na spokojnie, nie spieszyć się i nie poganiać; nie odkładać zakupu danego przedmiotu, skoro możemy to zrobić tu i teraz. Niestety, nie poszło to zgodnie z planem.
Udało nam się jednak zdobyć kilka pozycji z listy: konewkę, podkładki pod garnki, zestaw nożyczek, dwie szklane salaterki, dwa zaparzacze do herbaty, patelnię, deskę do krojenia… Marzyła mi się jakaś ładna narzuta na łóżko, poduszki – niestety. Nie jestem taką fajną blogerką, nie zobaczycie tu wyników kolejnych zakupów w Stradivariusie albo nowej pościeli za 149 złotych. Przykro mi.
Wróciłam do domu o 21.30.

Dziś kupiłam z moją mamą jeszcze parę rzeczy, a i tak to nie wszystko, czego potrzebujemy.
Na 17.00 poszłam na lekcję teoretyczną na kursie jazdy. Przez bite dwie godziny słuchałam wykładu o wszystkich znakach drogowych, każdy zapamiętywałam i też się udzielałam, jak na psychologiczną prymuskę przystało (i bardzo dobrze, bo dzięki temu pamiętam, jakie popełniłam błędy). Kiedy zajęcia zbliżały się do końca, czułam się, że tak to ujmę, syta wiedzą. Jeśli nie przejedzona. Tak nagle wsypałam do głowy tyle informacji, i to w tak krótkim czasie, że niemal słyszałam uaktywnione synapsy. Wyszłam z budynku, czując się jak Neo po nauce wschodnich sztuk walki z kabla w szyi.

Jutro powtórka z rozrywki.

Póki co, pozostaje mi polowanie na komary i przekonywanie samej siebie, że z rozpoczęciem studiów życie się nie kończy, a opuszczenie domu rodzinnego to naturalna kolej rzeczy. Niby „nie wyprowadzam się na stałe”, ale spójrzmy prawdzie w oczy – w domu będę w niektóre weekendy i wakacje, tak przez całe studia, a po studiach – też raczej nie wrócę do mieszkania z rodzicami.

Hakuna matata, hakuna matata…

***

Wyjaśnienie dla podekscytowanych koleżanek i nieznajomych: nie, mój stan cywilny i sercowy się nie zmienił.

Opublikowano Uncategorized | 20 Komentarzy

Babie lato

Niektórzy coraz większymi krokami kończą wakacje.

Niektórzy mają ich jeszcze ponad miesiąc.

Niektórzy wakacji w ogóle nie mieli.

A ja – choć je miałam i mam nadal, nie odczuwam ich jako prawdziwych wakacji.
Czuję się tak, jakby to nie były typowe, letnie wakacje, ale czas wolny na załatwienie wszystkiego, co trzeba. Od kilku miesięcy mam w głowie rozplanowane różne rzeczy: do maja – nauka do matur. W maju matury, po maturach – przygotowanie do egzaminów na studia, czerwiec/lipiec – egzaminy, pod koniec egzaminów – warsztaty aktorskie, po warsztatach prawo jazdy i mieszkanie, potem studia i być może jakaś praca. Ciągle coś, a do tego wszystkiego dochodzi to, co niezaplanowane, takie jak śmierć babci i wszystko, co z nią związane czy nieoczekiwane zmiany planów osób, od których zależą moje plany.

Jakoś w połowie lipca zapisałam się na kurs jazdy, ale pierwsze spotkanie organizacyjne było dopiero w poniedziałek. Prawdopodobnie od następnego poniedziałku będę miała lekcje teoretyczne, a dopiero po nich zaczną się jazdy. Dopiero wczoraj udało mi się pójść do pani doktor, która wystawia zaświadczenia dla kierowców i która przyjmuje tylko w środy, ale okazało się, że tym razem nie ma czasu (czasami trzeba się do niej rejestrować, czasami nie – wczoraj na miejscu dowiedziałam się, że „nie mam na co czekać”), więc umówiłam się z nią na przyszły tydzień, ale ponieważ w najbliższy poniedziałek powinnam już mieć zaświadczenie, poszłam do przychodni i dowiedziałam się od pani w rejestracji, że inny lekarz, który zajmuje się takimi badaniami i który pracuje właśnie w ośrodku zdrowia, badania kierowców przeprowadza po osiemnastej w gabinecie w swoim domu. Dostałam jego adres, telefon i ok. 18.10 zadzwoniłam. Choć, mając jakieś 7 czy 8 lat, postrzegałam go jako, ogólnie rzecz biorąc, nieprzyjemnego, teraz przez telefon był bardzo miły i, co więcej, umówił się ze mną na „tak za godzinę”. Czytanie literek i oglądanie kolorowych kółek też przebiegło w bardzo sympatycznej atmosferze. Tak więc zaświadczenie już mam. Ech, chciałabym to załatwić jak najszybciej, ale i tak jazdy zaczną mi się, kiedy będę już mieszkać w Poznaniu… Pewnie wyjdzie na to, że egzamin będę zdawać zimą. Nie mam nic przeciwko temu, żeby zdać za pierwszym razem…! Tak bardzo chciałabym mieć już to za sobą! Kolejna rzecz z głowy! Ale póki co, trzeba czekać.

Od zakończenia roku nie spotykałam się prawie z nikim, pomijając te dwa tygodnie, kiedy mieszkałam w Poznaniu i kiedy czasem wychodziłam ze znajomymi z warsztatów. Przed egzaminami wszyscy zostali poinformowani, że jestem zajęta po uszy i nie wiem, kiedy to się zmieni. Teraz zaczęłam już nadrabiać te wszystkie spotkania, które nigdy się nie odbyły, ale i tak z pewną dozą ostrożności – w zasadzie bardziej zajęta jestem w myślach, niż rzeczywiście. Chodzi o to, ile mam na głowie, ile różnych rzeczy mam zaplanowane – bo chcę, bo obiecałam, bo muszę; o ilu sprawach muszę pamiętać. Umawianie się na kolejne spotkania nie byłoby więc dużym problemem czasowym, ale byłaby to kolejna rzecz, którą miałabym w głowie. Nie lubię mieć tak obarczonych myśli. Już i tak praktycznie przez cały czas, bez względu na to, co robię i o czym rozmawiam, na ramieniu siedzi mi jakiś stwór, który ciągle szepcze do ucha: „sprzątanie mieszkania babci… zrobić pranie… załatwić książeczkę sanepidowską… badania krwi…” i tak dalej, i tak dalej. Dlatego, mimo że większość czasu jestem teoretycznie wolna, myśli mam zajęte. Więc jeszcze trochę będę musiała pożyć jako odludek.

A propos. Parę tygodni temu z ciekawości zaczęłam oglądać Plotkarę – tyle się o tym nasłuchałam, tyle widziałam wypowiedzi fanek Chucka Bassa, tyle cytatów na filozoficznych nastolatkowych obrazkach… Stwierdziłam, że sprawdzę to na własnej skórze. I proszę – wciągnęłam się. Serial co prawda przewidywalny do bólu, a zachowanie postaci, zwłaszcza w ostatnich sezonach, dziwnie naiwne i… głupie, jak na poziom intelektualny, który ponoć reprezentują, ale… Pokuszę się o stwierdzenie, że to niezły serial. W Chucku nie udało mi się zakochać bezkrytyczną i szaloną miłością, tak popularną wśród fanek Gossip Girl, być może dlatego, że przeleciałam przez wszystkie pięć sezonów jak burza i nie zdążyłam, a być może jestem odporna na urok „bad boys”, którzy w dodatku są fikcyjnymi postaciami, ale to nie zmienia faktu, że polubiłam i jego, i paru innych bohaterów.
…a jednak przewidywalne.

Czytam też Harrego Pottera. Małymi kroczkami, ale czytam. Teraz te kroczki się zwiększą, bo nie będę już rozpraszać się kilkoma odcinkami serialu dziennie.

Zrobiłyśmy z Kijanką listę rzeczy, które będziemy potrzebować do nowego mieszkania. Nie myślałam, że wyjdzie tego tyle. Detergenty, kostki do toalety, suszarka do naczyń, miotła, ścierki… Tak, tak. Teraz się zacznie. To już nie to samo, co życie w domu, w którym ręczniki są, bo to normalne, a jedzenie, jeśli się skończy, to ktoś kupi. Ale już ja się postaram o to, żeby mieć mieszkanko marzeń!

Trochę się tego wszystkiego boję. Coraz częściej dopada mnie nostalgia. Ale chyba jeszcze częściej jestem podekscytowana i nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła tam zamieszkać. Ech.. taka kolej rzeczy. Mówi się trudno i płynie się dalej, jak śpiewała Dori.

Opublikowano Uncategorized | 12 Komentarzy

Charlie the Unicorn

Miałam coś wrzucić, więc wrzucam. W ciągu 23 godzin napiszę coś porządnego, a póki co – bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, tylko z umiarem, bo inaczej zagrozicie swoim komórkom mózgowym.

Opublikowano Uncategorized | 5 Komentarzy

Lokum energetyczno-filologiczne

– Znalazłam! Znalazłam! Jest idealne! Ma łazienkę z bieżącą wodą, drewniane podłogi tylko minimalnie wypaczone i jestem tu od czterech pełnych minut, a nie widziałam ani jednej myszy ani nawet karalucha.

(L. Weisberger, „Diabeł ubiera się u Prady”)

___________

Ostatnie półtora tygodnia przebiegło pod znakiem szukania mieszkania dla Kijanki i dla mnie. Po wielu rozmowach telefonicznych z właścicielami i pośrednikami byłyśmy umówione na oglądanie trzech mieszkań w piątek, natomiast w czwartek postanowiłyśmy pojechać do Poznania, aby udać się do „Studenckiego Biura Kwater”, gdzie na miejscu miały zostać nam przedstawione różne oferty, z których mogłyśmy wybrać trzy najbardziej odpowiadające, a następnie po uzgodnieniu szczegółów z właścicielami miałyśmy owe mieszkania obejrzeć – to przynajmniej usłyszałam przez telefon, kiedy zadzwoniłam do Biura.

Stawiłyśmy się na miejscu, wybrałyśmy trzy mieszkania (dwa z nich zainteresowały nas już wcześniej w internecie – i to tylko z opisu, bo żadnych zdjęć nie było ani w sieci, ani w biurze), po czym usłyszałyśmy:
– Mm… Zasady współpracy panie znają, tak?
Nie znałyśmy.

Okazało się, że aby obejrzeć te mieszkanka, należy wnieść opłatę w wysokości 395 złotych – wtedy oni dzwonią do właścicieli, umawiają wizytę jeszcze tego samego dnia, a jeżeli żadne z mieszkań nie przypadnie nam do gustu, możemy szukać dalej, do dziesięciu mieszkań na jedną opłatę.

Podziękowałyśmy.

Zadzwoniłam do pana, który miał mieszkanie na Ławicy i do którego miałyśmy jechać następnego dnia. Udało mi się przełożyć naszą wizytę na czwartek i z cudownego Studenckiego Biura Kwater pojechałyśmy na Ławicę. Nie bez drobnych zawirowań, bo oczywiście moja umiejętność poruszania się po Poznaniu ogranicza się do kilku określonych dzielnic, ale poświęciłam 5 złotych na połączenie WAP/GPRS i już w autobusie, jadąc w stronę Ławicy, sprawdziłam, czy jesteśmy w ogóle w dobrym autobusie i gdzie powinnyśmy wysiąść.
Po kilkunastu minutach znalazłyśmy się na odpowiednim przystanku, pokręciłyśmy się trochę po okolicy, pytając kilka osób, jak dotrzeć na ulicę, przy której stał dom, no i znalazłyśmy nasze miejsce przeznaczenia. Pan właściciel był tak samo sympatyczny, jak podczas tych wszystkich rozmów telefonicznych, które z nim odbyłam, i pokazał nam malutką, ale ładną i przytulną klitkę, w której było wszystko to, czego potrzebowałyśmy. Dwa pokoje – jeden mały, drugi trochę większy, malutka łazienka oraz kuchnia w korytarzu-przedpokoju. Miejsca tyle, ile jest niezbędne, zdecydowanie nie było tam żadnej zbędnej przestrzeni. Czynsz przystępny, niskie rachunki, spokojna okolica, właściciel uczciwy i sympatyczny… Pożegnałyśmy się i spojrzałyśmy na siebie porozumiewawczo.

W piątek obejrzałyśmy jeszcze dwa mieszkania – na Dębcu (już jadąc tramwajem przez Wildę obie wyobrażałyśmy sobie powroty do domu wieczorami, kiedy nie będzie pewne, czy dotrzemy na miejsce w jednym kawałku) i na Nowowiejskiego (ścisłe centrum, ale mieszkanie w starej kamienicy, więc sufit pewnie na wysokości min. 3 m, w związku z tym za samo ogrzewanie w okresie zimowym wychodziłoby 500 zł [a właściciel, tak na marginesie, wydał mi się nieco podejrzany…]). Po wyjściu z kamienicy usiadłyśmy na leżakach na Placu Wolności i z bułkami w dłoniach rozpoczęłyśmy konsultacje.

Po kilku, kilkunastu minutach stwierdziłyśmy, że odpuszczamy inne mieszkanie na Dębcu, którego nie udało nam się obejrzeć, bo pośredniczka nie dojechała, a które miałyśmy oglądać w przyszłym tygodniu, i dzwonimy do pana z Ławicy.

– Dosłownie pół godziny temu wynająłem już komuś to mieszkanie…
Jak pech, to pech.
– …ale jeżeli są panie tak bardzo zainteresowane, to… – Tryb Konspiracyjnego Głosu Francuskiego Łącznika włączony – …będę miał jeszcze dwa mieszkania. W tym samym domu, jedno obok tamtego, które panie widziały, drugie na piętrze. Ale dopiero od… tak 15 września, bo tam jest teraz remont.

Chwilę z nim porozmawiałam i, w pełni uradowane, poprosiłyśmy o zarezerwowanie nam jednego mieszkania. Właściwie ten sam układ, te same opłaty. Może trochę daleko… No ale jest. Nowe, ładne, świeżo umeblowane. Mam tylko za jakiś czas zadzwonić i potwierdzić, przypomnieć się.

To był piątek. Jednak ciągle miałyśmy w głowach, że mamy zostawione mieszkanie, „ALE”. Postanowiłyśmy, że jeszcze przez weekend popatrzymy na ogłoszenia, a jeżeli nic nie znajdziemy, w poniedziałek zadzwonię do pana i potwierdzę, że weźmiemy trzydziestopięciometrowe mieszkanko na piętrze – na sto procent.
Po południu już Kijanka odpadła i ogłosiła kapitulację w kwestii przeglądania ogłoszeń, ale ja znalazłam jeszcze kilka ciekawych i zakomunikowałam jej, że nie możemy sobie odpuścić na weekend, bo trzeba to załatwić teraz, jak najszybciej.

Jedno z ogłoszeń wyglądało… Cudownie.
Dwa duże niezależne pokoje – 18 i 20 metrów (!), łazienka, piękna kuchnia (kuchnia! normalna kuchnia! Nie „aneks kuchenny”, nie blat z elektrycznym podwójnym palnikiem w korytarzu!), na Grunwaldzie ze świetnym dojazdem do centrum i naszych uczelni. A wszystko w cenie, która ledwo, ledwo, ale jednak mieściła się w granicach naszych możliwości. Znalazłam je w piątek wieczorem, zapisałam wszystko na kartce i zaraz po sobotnim śniadaniu zadzwoniłam na podany numer.
W rozmowie nie dowiedziałam się o jakichś nie podanych wcześniej kosztach, nie usłyszałam, że kuchenka co prawda jest, ale nie działa, a woda jest ciepła, jeśli podgrzejemy ją w czajniku, który same przywieziemy. Umówiłam się na oglądanie mieszkania w poniedziałek o 16.00.

Powiedziałam o tym mamie. „Przecież w poniedziałek masz na 17.00 spotkanie organizacyjne w sprawie kursu jazdy”.

Zadzwoniłam do właściciela.
Przełożyłam na 15.00.

Pojechałam z mamą na zakupy, w mieście wysłałam tacie, który jest w Holandii, smsa z wszystkim, co dotyczy tego mieszkania. Tata nieufny, pogadamy w domu przez telefon.

W rozmowie z tatą ustaliłam, na co muszę uważać i doszłam do wniosku, że dobrze byłoby pojechać tam z kimś dorosłym, kto ma doświadczenie w podpisywaniu umów ( ;) ), w ogóle w życiu i wygląda na więcej niż 18 lat. Moja mama nie mogłaby jechać, tata za granicą – pozostają rodzice Kijanki.
Po paru smsach z Anią zadzwoniłam do właściciela mieszkania.
Przełożyłam oglądanie na dziś, na godz. 11.00.

No i pojechaliśmy – Anka Kij, jej Tata i ja. Okolica ładna. Dom też (kostka z lat 30.). Byliśmy na miejscu pół godziny przed czasem, więc posiedzieliśmy kilka minut w samochodzie, po czym zadzwoniliśmy do furtki.

Sześćdziesięcioletni właściciel pokazał nam mieszkanie. Mogłoby wyglądać gorzej, niż na zdjęciach. Kadr mógł czegoś nie złapać. Farba mogła się kruszyć, łóżko zapadać.
Nic. Mieszkanie śliczne. Idealne!

Pozostawały jeszcze zatem kwestie formalne. Umowa, którą przygotował pan, miała być zawarta między każdą z nas (osobno – na pokój z dostępem do łazienki i kuchni) a jakąś kobietą o włosko brzmiącym nazwisku, zamieszkałą we włosko brzmiącej miejscowości.

– No dobrze – powiedziałam. – A kim jest pani XYZ?
Gospodarz odpowiedział, że to jego siostra (tutaj nastąpiła krótka opowieść o rodzinnych perypetiach), to jest jej mieszkanie, a on jest upoważniony (spytałam też o akt własności). I nawet gdzieś ma taki tam papierek, ale, hehe, taki tam bałagan, że nie mógł znaleźć, no nie mógł znaleźć, zresztą może lepiej, gdybyście państwo tego nie widzieli, bo to jest takie archiwum, hehe, bałagan jak w jakichś tajnych aktach.

Oho.

Po paru minutach rozmowy ustaliliśmy – w trójkę idziemy na pół godziny albo godzinkę obejrzeć okolicę, przejść się, może wypić jakąś kawę, a pan tych dokumentów spokojnie poszuka.

Sprawa wyglądała troszkę podejrzanie, ale facet nie wyglądał podejrzanie, więc kiedy minęło pół godziny, odniosłam kubek po kawie do kasy w McDonald’sie i wróciliśmy do mieszkania.

No i proszę, okazało się, że jednak da się znaleźć potrzebne upoważnienie, „a nawet dowód”, który gospodarz łaskawie pokazał, żebyśmy wiedzieli, że jest tym, za kogo się podaje. Jeszcze raz przeczytałyśmy umowę, upoważnienie, obejrzałam dowód, pan obejrzał nasze i spisał z nich na umowie nasze nazwiska i PESELe, z kolei ja bezczelnie spisałam jego nazwisko i numer dowodu. Napisaliśmy swoje numery telefonów, z tyłu umów pan napisał też potwierdzenie, że zapłaciłyśmy kaucję, wymieniliśmy się papierami (on dał nam kartki z umową, my jemu – banknoty) i w pokojowej atmosferze pożegnaliśmy się.

Tak więc… Mamy mieszkanie! Ładne. Czyste. Wyposażone. Blisko centrum. Niepożerające kieszeni naszych i naszych rodziców razem z dnem. Ach!

Już myślałam, że skończymy w jakimś mieszkaniu, które będzie „w porządku”, „może być”, „jak na tę cenę, to ładne”. Mieszkaniu „fajnym, ale trochę daleko”, „przytulnym, tylko szkoda, że nie ma pralki”. Tymczasem mamy…mieszkanie idealne! Bez „ale”!

Opublikowano Uncategorized | 19 Komentarzy

Na salonach, bo jestem glamór.

Mieszkam w mieście.
Nie jest to kłamstwem, choć w praktyce wygląda to tak, że miasto to jest nieduże, a raczej małe, liczy zaledwie kilkanaście tysięcy mieszkańców, a ja… i tak mieszkam poza nim. Hm, no dobrze, nie „poza”, ale mieszkam w tym domu od ponad czternastu lat, a chodnika jak nie było, tak nie ma.

Mimo wszystko mieszkam w mieście. Nie, nie jestem jedną z tych śmiesznych osóbek, które uważają, że fakt, iż ich dom otoczony jest kilkudziesięcioma zabudowanymi ulicami czyni z nich mieszczuchów-światowców na miarę Carrie vel Kobiety-Konia i jej trzyosobowej świty ponoć wspaniale ubranych przyjaciółek. Nigdy nie uważałam się za typowego mieszczucha, bo mam świadomość tego, jak mała jest moja miejscowość, ale jeszcze mniej utożsamiałam się z mieszkańcami wsi. Takiej typowej, małej polskiej wsi (choć prawda jest taka, że te granice coraz bardziej się zacierają – mała wieś-duża wieś, duża wieś-małe miasto itd. „Ale nieotym”).

Dużą polską wieś poznałam tak naprawdę, kiedy zaczęłam naukę w gimnazjum – wszyscy moi znajomi z podstawówki wybrali gimnazjum w naszym mieście, ale ja i moi rodzice z różnych względów postanowiliśmy, że pójdę do gimnazjum kilka kilometrów dalej – w małym zespole szkół. Nie na wsi, ale we wsi. Wtedy sama miałam okazję zaobserwować różnice między [dużą] wsią a [małym] miastem i odpowiednio pomiędzy ich mieszkańcami (choć oczywiście, jak to zawsze bywa, dotyczyło to większości ludzi, a nie wszystkich. Ba, niektórzy zupełnie nie czuli się członkami swojej społeczności, a wręcz przeciwnie).

Choć przez trzy lata kilka godzin dziennie, pięć dni w tygodniu, spędzałam właśnie tam, zmieniło się niewiele.

Na przykład nigdy w życiu nie brałam udziału w Dożynkach.

Jeszcze niedawno nie wiedziałam w ogóle, na czym Dożynki polegają. Co się tam odbywa, co to za impreza, dlaczego, po co i o co w tym chodzi.
Ponieważ jednak, kiedy ja kończyłam gimnazjum, zaczęła w nim pracować moja mama, zaczęłam pewne sprawy poznawać już nie tylko od strony (najczęściej biernego) obserwatora, lecz także od strony organizatora.
Ostatni raz Dożynki Gminne odbywały się w tamtej wsi cztery lata temu. Jak się dzisiaj dowiedziałam, miejsca tej imprezy powtarzają się co cztery lata, co tłumaczy fakt, że tegoroczne Dożynki także odbędą się właśnie tam.

A będzie to jutro.

Miejsce – boisko szkoły.

W związku z tym w szkole praca wre. Dyrektor ma cechy typowego Dyrektora, tyle że pomnożone razy sto i podniesione do kwadratu, nic więc dziwnego, że w ostatnich dniach moja mama wraca do domu w godzinach, w których powinno się jeść podwieczorek, a wczoraj nawet – jakkolwiek to zabrzmi – wybrała się wieczorem rowerem na przejażdżkę połączoną z poszukiwaniami zbóż. Aby odjąć zajęć jej i jej towarzyszom niedoli, mój brat i ja pojechaliśmy dziś z mamą do pracy. Świadomi, że czekają nas zadania może nie ciężkie fizycznie czy psychicznie, ale żmudne, monotonne i mnogie, o 7.30 stawiliśmy się w trójkę w szkole.

I tak – po dzisiejszym dniu mogłabym śmiało starać się o tytuł certyfikowanego selekcjonera kłosów (z sekatorem w dłoni, na kuckach wybierałam źdźbła, których walory estetyczne kwalifikowały je jako zdatne do wykorzystania jako ozdoby koszów), maszyny losującej (tysiąc sześćset losów w torebkach po dwieście – zawartość każdej torebki kolejno wysypywałam, delikatnie mieszałam, porządkowałam tak, żeby jeden kupon nie schował się w drugim, aby wsypać mniej więcej równą ilość losów do każdego z pięciu koszyków), pompki do balonów (sama zabrałam się za nadmuchiwanie balonów ze stubalonowego opakowania; kiedy zawiązywałam jedenasty balonik, dołączyła do mnie kilka lat ode mnie starsza pracownica, ale i tak bez dłuższej przerwy nadmuchałam jakieś 65 balonów. Dyro coś przebąkiwał o przywiezieniu pompki elektrycznej, jeśli będzie taka potrzeba, ale ja postawiłam przed sobą te balony jako wyzwanie i uznałam, że dodatkowo będzie to świetne ćwiczenie na oddech) oraz metkownicy (na każdą z dwustu nagród przyklejaliśmy odpowiedni numerek). Do tych większych zadań dochodziły też mniejsze, takie jak sprzątanie zagraconego parapetu i półek, przecinanie kartek, przywiązywanie sznurka z pętelką do stu nadmuchanych balonów.

Nagrody, szczerze mówiąc, i bardzo zachęcają, i bardzo zniechęcają. Zachęcają – bo wśród dwudziestu głównych nagród, które też będą losowane spośród zwycięskich losów, znajdują się dwa urządzenia wielofunkcyjne, żelazko, piękny odkurzacz, lokówkosuszarka, suszarka, blender (…no dobra, postawcie się na moim miejscu – od października będę wynajmować mieszkanie! Ach, wygrać nowiutki odkurzacz…) czy przepiękny, à la holenderski rower (!!)… Ale też torba marchwi, buraków albo drewniane grabie (nagrody z przymrużeniem oka, aha.).
Na pewno by mnie to tak nie irytowało, gdybym wśród kuponów, które kupiłam, nie miała tego z napisem „Nagroda główna nr 01”. Jeśli wygram rower albo chociaż drukarko-skanero-kserokopiarkę, to będę mega happy. Ale jeżeli mój zwycięski los – jeden z dwudziestu spośród tysiąca sześciuset dwudziestu – będzie oznaczał wygranie torebki jabłek, to chyba zagiglam się z frustracji.

Jutro też się tam wybieram. Około trzynastej. Losowanie głównych nagród będzie dopiero o 19.00, ale przecież do tego czasu pracy nie zabraknie, pan dyr. osobiście o to zadba, tego mogę być pewna.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , | 11 Komentarzy

Umówmy się na szczerość

Mogę być szczera?

Kolejny raz doszłam do wniosku (a może nie doszłam do tego po raz kolejny, tylko po prostu trwam w tym przekonaniu), że ludzie to fascynujące stworzenia.
Mogłabym napisać „ludzie są dziwni”, ale to stworzyłoby kolejny paradoks, nad którym można by się rozwodzić w nieskończoność, a i tak do niczego konkretnego by się w końcu nie doszło.
Dlatego po części ironicznie, a po części całkowicie poważnie (dziś dzień oksymoronów i sprzeczności stwarzających wrażenie błędów językowych, hm?) stwierdzam, że ludzie są fascynujący.

Chcą żyć najprościej (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), jak się da, co ma na celu prowadzenie życia szczęśliwego, chcą być akceptowani takimi, jakimi są, mówić, co myślą i robić to, co kochają, bez względu na opinie innych i krzywe spojrzenia, których najlepiej, gdyby w ogóle nie było. Chcą świata bez intryg, zakłamania, udawania i wszelkiego fałszu, a tymczasem sami żyją i zachowują się tak, że tworzy się błędne koło, w którym udawanie kogoś, kim nie jesteśmy i mówienie tego, co wydaje nam się, że inni chcą usłyszeć, jest na porządku dziennym.

„Chcą”, „żyją”, „zachowują się”. Oni, oni, oni. My! Każdy z nas. Niestety.

„Mogę być szczera?” – jak często słyszymy takie pytanie w zwykłej rozmowie? Jak często je wypowiadamy? Co to znaczy – że jesteśmy tak przyzwyczajeni do białych kłamstw i wymuszonej uprzejmości, że każde szczerze słowa, które mają wypłynąć z naszych ust, muszą być poprzedzone fajerwerkami, bannerem przyczepionym do samolotu i oficjalnym obwieszczeniem burmistrza?
Oczywiście bycie sobą nie zawsze jest proste. Oczywiście narażamy się na niezrozumienie i odrzucenie. Człowiek jest istotą społeczną i każdy z nas chce być akceptowany przez jakąś tam grupę, w której żyje lub ma nadzieję żyć. Ja to rozumiem, bo sama, tak się akurat składa, jestem człowiekiem. Ale WARTO podjąć trud, przełamać się i pokazać swoje prawdziwe uczucia, wyznać nasze poglądy, powiedzieć na głos, co leży nam na sercu, bez zamartwiania się „co oni sobie o mnie pomyślą”, „przecież to głupie” i bez duszenia w sobie tego, co sprawa, że jesteśmy tym, kim jesteśmy.
Sama przekonałam się, że często nawet nie zdajemy sobie sprawy, że twarz, którą pokazujemy na co dzień, to maska. Naprawdę. Może się powtórzę, może jestem monotematyczna, ale dopiero kiedy rok temu wyjechałam na dwa tygodnie do Poznania na warsztaty, dopiero kiedy pozwoliłam sobie na jakieś… oczyszczenie (tak, brzmi to patetycznie, ale właśnie to słowo mam w głowie, kiedy o tym myślę – i DLACZEGO tłumaczę się z tego, jakich słów używam? No właśnie.), dosłownie, detoks psychiczny – dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jak wiele ukrywam i duszę w sobie w codziennym życiu, w moim mieście. Wśród członków rodziny, wśród znajomych, nawet przyjaciół (tak na marginesie, moja definicja przyjaciela też uległa zmianie). Jesteśmy tacy ostrożni, bo przecież nie mogę komuś tak po prostu powiedzieć, że go lubię. Nie mogę powiedzieć komuś: „Ufam ci”. Omujbosze, kto tak robi? Zachowanie co najmniej dziwne i podejrzane. Nie mogę przecież ot tak stwierdzić, że coś sprawia, że jestem szczęśliwa – bo kto teraz używa takich słów? Pewnie by mnie posądzono o jakiś… artystyczny snobizm. Albo o wstąpienie do sekty.

Bycie sobą jest trudne tylko na początku. Kiedy ludzie wokół zaczną zauważać, że naprawdę uważamy, że uczucia są po to, żeby je okazywać, a myśli po to, żeby dzielić się nimi z innymi, wtedy przestaną patrzeć na nas jak na niby-natchnionych, nadmiernie sztucznych w swojej pseudoautentyczności snobów. A jeżeli otoczymy się osobami, którym nie musimy wcale udowadniać, że coś takiego jest możliwe; jeżeli będziemy przebywać w towarzystwie tych, którzy też nie boją się pokazywać tego, kim są – wtedy mamy szansę stać się najszczęśliwszymi ludźmi na Ziemi. Albo w mieście. Albo w mieszkaniu. Tak czy siak, nigdy nie czułam się tak wolna i tak szczęśliwa, jak wówczas, gdy przebywałam wśród ludzi, dla których NIEUDAWANIE było normalne.

Oczywiście nie mam na myśli tego, że mamy całkowicie otwierać się przed każdym, kogo poznamy, ludziom na ulicy prawić komplementy, a tym, których nie znosimy, niszczyć życie tylko dlatego, że „czujemy do nich niechęć i chcemy to wyrazić”. Po prostu ja sama mam czasem w głowie myśl, którą chciałabym powiedzieć na głos, ale boję się ośmieszenia. Albo chciałabym z kimś porozmawiać, chociaż pewnie nie mam o czym. Nieblokowanie się jest jak głęboki oddech świeżego powietrza. A ciągłe powstrzymywanie się przed wyrażaniem tego, jacy naprawdę jesteśmy, jest równie nienaturalne co zaprzestanie korzystania z toalety. Inni może nie zauważą, ale pęcherz boli coraz bardziej!

Więc dajmy upust naszym uczuciom i myślom. Są tak kolorowe, że przykrywanie ich innymi zrobi z nas szaroburą masę. Nie jesteśmy czarno-biali!

Opublikowano Uncategorized | 9 Komentarzy

Koniec seansu! Maestro! Zasuwaj pan marsza!

Kiedy w wakacje nie mam żadnego konkretnego zajęcia czy zobowiązania, słowem – gdy nie mam nic do roboty, tracę wenę twórczą oraz chęć do jakiegokolwiek wysiłku intelektualnego, co prowadzi do braku aktywności na blogu. Cała jestem zresztą niejako zawieszona w oczekiwaniu – czekam na pierwszą jazdę samochodem w ramach kursu, na decyzję rodziców w kwestii mieszkania w Poznaniu i tak mijają minuty, godziny i dni z serialami albo książkami (z tym, że te drugie nie wywołują takich wyrzutów sumienia). Tak czy siak, statystyki mojego bloga stały się przerażające, a ja mam poczucie, że całe dnie nic nie robię. Zaraz potem pojawia się kolejne poczucie, że to cisza przed burzą.

Miałam urozmaicić swoje życie, które od zakończenia warsztatów nie zdążyło jeszcze całkiem stężeć z bezruchu, imprezą u znajomego z warsztatów (albo, jak to pięknie nazwał, „Kulturalną Improwizowaną Etiudą Alkoholową”). Nie jestem co prawda imprezowiczką pierwszej klasy, wieczory najczęściej wolę spędzać w domu lub ewentualnie na jakiejś posiadówce z bliskimi znajomymi, ale postanowiłam, że pointegruję się trochę ze światem zewnętrznym i ludźmi, którzy w nim żyją, skorzystam trochę z tego wolnego czasu, który teraz – nie wiadomo, jak długo jeszcze – mam, zignoruję fakt, że nie czuję się zbyt komfortowo pośród dużej ilości alkoholu i osób, które są do niego przyzwyczajone i po prostu pojadę się zabawić. Postanowiłam to około dwudziestej drugiej w niedzielę.

Mniej więcej o północy poczułam się tak źle, że w ciągu pół godziny zakończyłam prowadzone godzinami rozmowy na czacie i poszłam pod prysznic i do łóżka. Następnego dnia wstałam tylko po to, by przekonać się, że nie jestem w stanie funkcjonować w tej pozycji, więc się położyłam (co ułatwiło mi funkcjonowanie o tyle tylko, że na leżąco nie czułam nudności). Cały poniedziałek spędziłam w łóżku, najpierw w stanie podgorączkowym, a później z gorączką. Nie traciłam przytomności, myślałam w miarę rozsądnie, więc uznałam, że ponieważ nie wiem, czy brzuch boli mnie z głodu, czy to objaw choroby, nie będę osłabiać jeszcze mojego wątłego ciała głodówką. Głosem tak mocnym, jak głos umierającego Chopina co kilka godzin wołałam z piętra:
-Mamooo… (lub: „tato” lub „halo”)! Mogę prosić chleeeb?
Najczęściej nikt nie odpowiadał, więc wołałam jeszcze raz „mamo”, „tato” albo „halo”, po czym zwykle słyszałam albo „Już idę!”, albo:
-Mówiłaś coś?
-Mogę chleb?
Tutaj często nastawała cisza albo stwierdzenie „nie słyszę, co mówi” nieskierowane do mnie i połączone z odgłosem kroków w moją stronę, więc wołałam, wydawało mi się, że głośno:
-CHLEEEEEB!!
Po południu mój jadłospis wzbogacił się o sucharki.
I tak impreza minęła, a ja cały czas leżałam w łóżku. Kiedy obudziłam się rano, nie czułam się ani trochę lepiej. Zaczęłam myśleć o jakimś skontaktowaniu się z lekarzem, to samo podsunęła mi moja mama, ale kiedy wstałam do łazienki, nie zdążyłam nawet umyć zębów, kiedy nudności wróciły i musiałam wracać do łóżka, żeby nie skończyło się gorzej. Najpierw stwierdziłam, że odwiedzenie lekarza jest po prostu niemożliwe, bo nie wytrzymam tak długo w pozycji pionowej. Poza tym nie wiedziałam, ile schudłam na mojej diecie wirusowo-sucharkowej i już miałam w głowie obraz, kiedy trafiam na jakiegoś lekarza, który widzi taką leżącą blond chudzinę, pyta o wagę, a potem mnie waży i okazuje się, że waga wskazuje czterdzieści dwa kilo albo jakąś inną przerażająco niską liczbę, której nie spodziewałam się po dniu chorowania z sucharkami, i nie diagnozuje u mnie zatrucia albo jakiegoś wirusa, tylko ewidentną anoreksję.
Może jednak nie myślałam tak całkowicie rozsądnie, kiedy chorowałam.
Tak czy siak, ostatecznie stwierdziłam, że w ciągu jednej doby nie mogłam stracić na wadze aż tak, żeby stać się workiem ziemniaków i wizyta u lekarza rodzinnego nie będzie jednoznaczna ze skazaniem mnie na pobyt w zakładzie psychiatrycznym z powodu źle postawionej diagnozy i mimo że było mi niedobrze za każdym razem, kiedy wstawałam na kilka minut, poprosiłam moją mamę, żeby zarejestrowała mnie do lekarki.
Co ciekawe, w ciągu 2 godzin, które minęły do czasu, gdy wstałam, gorączka spadła. Udało mi się nie tylko umyć zęby, ale też wejść pod prysznic i umyć włosy. Gdyby nie powolny i czasem chwiejny krok, można by pomyśleć, że wcale nie byłam chora. Pani doktor stwierdziła coś wirusowego (tak, nie podała konkretnej nazwy, tylko „coś wirusowego”), zapisała mi węgiel, probiotyk i coś jeszcze – wszystko bez recepty – i na luzie odesłała do domu.

Następnego dnia pojechaliśmy całą rodziną do Poznania. Odwiedziłam Teatr, żeby odebrać sznur mojego wujka, który zostawiłam po pokazie końcowym, a który stał się powodem OGROMNEGO rozczarowania, zawodu i poirytowania brata mojej mamy, przy okazji dostałam też płytę z filmem z pokazu, załatwiliśmy z rodzicami, co było do załatwienia i pojechaliśmy na to, czym wynagrodziłam sobie 36 godzin w łóżku – zakupy.
Rodzice byli wyjątkowo tolerancyjni, a wyprzedaże trwają, więc do momentu, kiedy mój tata całkowicie stracił humor (a na takich zakupach ten moment zawsze następuje, nawet jeśli nikt z nas nic nie kupi), udało mi się zdobyć spódnicę, bluzkę, spodnie, okulary, naszyjnik i kosmetyki. Oczywiście żadna z tych rzeczy nie była kupiona bezmyślnie i zakup każdej z nich mogę uzasadnić.
Po powrocie do domu postanowiłam, że zrobię generalny przegląd szaf i wreszcie pozbędę się z nich tych ubrań, których od dłuższego czasu nie noszę. Wczoraj udało mi się to zrealizować – poprosiłam tatę o karton, poświęciłam trochę czasu i bez ceregieli i zbędnych sentymentów („A może to będę nosić…”) ocenzurowałam swoją garderobę, tym samym stwarzając przestrzeń dla nowych ubrań. Większość z nich uporządkowałam w szafach dziś.

Skończyłam Pradę i zabrałam się za pierwszą część Harry’ego Pottera. Postanowiłam, że do końca wakacji przeczytam wszystkie części. Wciąż pamiętam, jak dosłownie nie mogłam oderwać się od książki, kiedy czytałam piątą, szóstą, siódmą część. Całe dnie spędzałam na fotelu, przynosząc kolejne szklanki herbaty, a jedząc obiad, myślałam o tym, co właśnie przeczytałam i co zdarzy się za chwilę. Zatęskniłam za tym. Więc będę czytać.

PS To mój trzydziesty wpis na tym blogu.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , | 11 Komentarzy