Delikatne

Zwariuj, radzę ci,
żeby jakoś żyć

W ostatnich tygodniach podjęłam decydujące kroki. Decydujące i w ogóle, i w szczególe, i pod każdem innem względem. Nieoficjalnie, choć jednocześnie niezbyt dyskretnie, rzuciłam moje studia jak najbardziej obślizgły i tchórzliwy typ rzuca kolejną zapatrzoną w telefon kobietę (z tym, że tutaj sytuacja jest jednak nieco inna) – po prostu przestałam chodzić na zajęcia. Jest to decyzja przemyślana aż za dobrze, poświęciłam temu tematowi zbyt wiele czasu, zbyt wiele łez i zbyt wiele nerwów, by wreszcie ostatecznie i nieodwołalnie stwierdzić – au revoir, filologio romańska. Trzeba było coś zrobić, zdecydować się w końcu na jakiś krok. Ja zdecydowałam, że dalsze ciągnięcie tego, czego i tak nie wyobrażam sobie skończyć, ma o wiele mniej sensu niż wzięcie się konkretnie za to, co chcę osiągnąć i konsekwentne do tego dążenie.

Na początku kwietnia zostałam poproszona o wpadnięcie wieczorem do mojego bąbelkowego miejsca pracy. Choć miałam już grafik na cały miesiąc z uwzględnieniem moich godzin, na miejscu usłyszałam „Sorry, Zosia”, nie przedłużą ze mną umowy na kwiecień. Zbyt wielu pracowników, za mało godzin do rozdzielenia, no i za mało kasy. Nie wiedzieli, że tak wyjdzie. Sorry, Zosia.
Choć już o tym nie myślę, bo minęło wystarczająco dużo czasu, by zaprzestać gorzkich żalów, dla porządku wspomnę tylko, że dwa tygodnie przed „nieprzedłużeniem umowy ze mną” do bąbelków została przyjęta nowa pracownica.Obrazek

…a niedawno – jak się dowiedziałam – kolejna.

To nic. Jestem zen.

Mam już nową pracę, może nie tak lekką jak poprzednia, ale wśród fajnych, zaufanych (jeśli mogę ufać zaufaniu moich przyjaciół, którzy polecili mi moich obecnych pracodawców) osób. Póki co studentem jestem, więc z tą kwestią nie ma problemu. Przesiedziałam też trochę na forach prawniczych, prawnych, przeróżnych stronach internetowych i wszystko wskazuje na to, że wszelkie sprawy formalne związane z moim szczeniackim-beztroskim-a-nawet-wręcz-głupim posunięciem, jakim była rezygnacja ze srolololo, także nie będą sprawiały kłopotu.

Co dalej? Co dalej, co dalej… Pracuję. Próbuję jakoś odciążyć rodziców finansowo, mam więcej czasu, więc mam nadzieję na więcej pracy. Pracuję też nad sobą, bo egzaminy zbliżają się wielkimi krokami i, jak to już coraz częściej słychać w kątach naszego studia aktorskiego, jesteśmy już na ostatniej prostej.
Oczywiście może się okazać, że nie dostanę się do szkoły. Oczywiście moje escezety mogą nie przepuścić mnie nawet do drugiego etapu w choćby jednej szkole. Oczywiście możliwe jest, że dykcja będzie jak ta lala, a wyjdę przed szanowną komisję i z nerwów będę w stanie zagrać tylko popchniętą palcem galaretkę. Czyli po prostu: wszelkie tegoroczne starania aktorskie mogą, że się tak wyrażę, pójść na marne (oczywiście stwierdzeniem tym bardzo banalizuję wszystko, co robiłam i robię, ale gdyby patrzeć jedynie przez pryzmat szkoły aktorskiej w systemie zero-jedynkowym). Co wtedy?
Wtedy, proszę państwa, plan B (po raz kolejny). Ponieważ mam już pewne doświadczenie zarówno studiowania tego, co odpowiadało mi średnio [a potem prawie zupełnie przestało odpowiadać], „ale może się przydać”, jak i doświadczenie nieustannego myślenia o tym, że w przyszłości mogę być nauczycielką (yay!) lub tłumaczką (o ile język angielski jest moją miłością, o tyle przekonałam się, że francuski… miłością mą nie jest – więc znów: yay!), TERAZ mam zamiar zająć się tym, co naprawdę mnie interesuje. Jeśli nie będę mogła uczyć się sztuki aktorstwa na uczelni państwowej, będę uczyła się… psychologii. Tak. Możecie już dopisać do mojego nazwiska krzyżyk albo od razu przenieść je na listę czekających na zasiłek. Oczekuję też skrywanego pod niezręcznym uśmiechem politowania oraz nigdy nie wypowiedzianych myśli, takich jak: „Zechciało jej się studiować dla samego studiowania”, „Mogłaś pójść na zarządzanie albo socjologię”, „No to będzie kolejny bezrobotny” czy też, może nawet nigdy nie zwerbalizowane i nie zdefiniowane „Aha, nie dostała się na jakiś porządny kierunek”.
Proszę się nie krępować.
Nie mam zamiaru wypominać sobie po latach, że zrobiłam to, czego oczekiwało ode mnie otoczenie, a teraz…
Może to i błąd, ale uważam, że jeśli naprawdę do czegoś nas ciągnie i jeśli naprawdę nas to pochłania, to będziemy robić wszystko, żeby osiągnąć w tym sukces. Szczęście trzeba przyciągać. Dlatego kiedy już otrę się ręcznikiem po wyjściu z basenu łez, które wypłaczę, odrzucając myśl, że nie będę aktorką – wówczas skupię się na mojej innej, nie tak mocnej, choć prawdziwej, pasji – psychologii. I już nie będzie dziwne, że gapię się na ludzi i analizuję ich świadomość i podświadomość w tramwaju.

19695_343292249108983_1290404813_n

I nowość! Przez długi czas moje sprawy sercowe były równie ciekawe i trzymające w napięciu jak rachunek za gaz. Zdarzały się pojedyncze zrywy, choć… trudno tu mówić o kwestiach… uczuciowych i sercowych. Ostatnio jednak – ! – i w uczuciach zaczęło się coś ruszać. Najpierw powoli, jak żółw ociężale, ruszyła maszyna po szynach ospale. „Maszyna”. Jeśli „maszyną” już nazywamy moje życie uczuciowe, to jest to raczej stary garbus albo polonez, rzęch, który krztusi się, krztusi i nawet nie zdąży ruszyć, bo gaśnie na wieki wieków amen i tyleśmy się nim nacieszyli. I tak jest i tym razem.
Pisany jest mi żywot odnoszącej sukcesy zawodowe bizneswoman-singielki. Bo będę musiała jakoś zarobić na, zapewne wówczas mi potrzebny, tzw. masażer do szyi.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Delikatne

  1. Unmadebed pisze:

    Jezusicku Nazarejski! Po pierwsze psychologia to fantastyczna nauka, tak otwarta, że można po niej robić wiele różnych rzeczy, które nie będą siedzeniem w gabinecie z jakąś pozbawioną sensu życia kobieciną na kozetce i wyrozumiałym kiwaniem głową w odpowiedzi na jej żale. Po drugie – niech się udławią tymi bąbelkami! Kiedy ostatnio usłyszałam takie „Sorry” myślałam, że z poczucia absurdu rzucę się na autostradę z mostu, który codziennie przemierzałam w drodze do jakże rozwojowej pracy w outlecie odzieżowym. Mnie wyrzucili bo… grupa stwierdziła, że nie jestem zbyt interesująca by dalej z nimi pracować. Jestem nudziarą, no cóż, chyba powinnam to wpisać w CV.
    Po trzecie – po 6 latach studiów stwierdzam, że trzeba było iść do zawodówki. Zresztą wykładowcy wielokrotnie udowadniali mi, że studiować można WYŁĄCZNIE dla przyjemności. No bo chyba nie spodziewamy się po tym pracy? Więc luzik, grunt to robić to co się kocha.

  2. Justine pisze:

    WPISWPISWPIS, tak bardzo się cieszę.
    Ale jeszcze bardziej cieszyłam się, gdy ujrzałam Cię o wieczornej porze w Poznaniu. Zosia, cokolwiek by się nie stało, czymam kciuki, czymam moooocno!

  3. Kij-Anka pisze:

    Tylko ktoś, kto Cię nie zna, mógłby tak skomentować Twój wybór psychologii.

  4. TC pisze:

    e.. tam pff.. karuzela, Nie schodź!

  5. Nie łam się, może masażer okaże się nowym Ferrari a nie polonezem..

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s