Zmieniacz czasu

W ciągu tych dwóch tygodni, podczas których mogliście snuć domysły, czy wyruszyłam na niebezpieczną wyprawę do Amazonii, na mój dom spadł meteoryt czy może postanowiłam oddać się szukaniu odpowiedzi na najtrudniejsze filozoficzne pytania w tybetańskich górach, załatwiałam najróżniejsze sprawy i zwyczajnie nie miałam głowy do pisania na blogu.

Ale teraz już tutaj jestem, z kieszeniami pełnymi materiału na nowy wpis.

Jak już ostatnio wspominałam, znalazłam pracę, której od… trzech tygodni nie zmieniłam – sukces (biorąc pod uwagę moją trzygodzinną przygodę z barem z makaronami)! Pracuję w bufecie kina-teatru. Wygląd tego miejsca – z zewnątrz i wewnątrz – powoduje, że pierwszą myślą, jaka pojawiła się w mojej głowie, kiedy się tam pojawiłam, było to, że kino to czasy swojej świetności ma już za sobą – wielki budynek starego teatru schowany gdzieś w uliczkach centrum miasta. Potencjał jest ogromny, ale niewykorzystany.
Już pierwszego dnia dowiedziałam się, że średnio raz w miesiącu kino odwiedza „szefowa z Warszawy”, która za cel stawia sobie znalezienie czegokolwiek, co dałoby jej powód do wyżycia się na pracownikach. Szmatka w nieodpowiednim miejscu czy nieodpowiednio ustawione szklanki wystarczają, by zrównać kogoś z podłogą, a jakiekolwiek uwagi mogą poskutkować natychmiastowym zwolnieniem. Czyli, ogólnie rzecz biorąc, równa babka. Obawiałam się, że mogę nie przetrwać jej pierwszej wizyty, ale na szczęście jej przyjazd przypadł na dni, w których nie było mnie w pracy. Więc, póki co, mam spokój na następny miesiąc.
Bardzo często po prostu mi wstyd, że tam pracuję. Nie powinnam pewnie tego pisać, bo lojalność itd., ale, cholera, skoro już mam odpowiadać przed gośćmi kina za coś, co zupełnie ode mnie nie zależy, to mam gdzieś taką lojalność. Jak już napisałam na moim prywatnym facebooku, obserwując to, co się tam dzieje, nie zdziwię się, jeśli wkrótce odbędę taki dialog z klientem:
– Poproszę czerwone wino.
– Niestety nie mamy czerwonego wina, tylko białe.
– W takim razie białe schłodzone.
– Nie mamy schłodzonego.
– To z kostkami lodu.
– Nie mamy lodu.
– Ech… No to kawę z ekspresu.
– Przykro mi, ale ekspres włączany jest tylko na duże imprezy…
– TO ROZPUSZCZALNĄ.
– Właśnie się skończyła.
– To dziękuję, pójdę od razu na film.
– Bardzo mi przykro, ale mamy piętnastominutowe opóźnienie i jeszcze trwa poprzedni seans…
Nie będę się rozpisywać o wszystkich plusach i minusach tej pracy. Wiadomo, internet to nie pamiętniczek schowany przed bratem pod pięcioma dnami głębokiej szuflady, nigdy nie wiadomo, kto tu trafi i kto moje poglądy przeczyta. Na razie tam pracuję. I cieszę się, że w ogóle zarabiam. A po drodze do pracy, z pracy i… nie tylko (idąc do sklepu na zakupy dla kina albo po faktury) zawsze wpadam na pogaduchy do Bigfoota (reklamuję, polecam i zapraszam! To nic, że przez to moje unikanie ujawnienia nazwy kina nie ma już większego sensu…), więc mimo tego, co w bufecie się dzieje lub nie, każdy dzień oświetla promyczek w postaci spotkania ze znajomymi, czasem doprawionego kawą lub chai tea.
Aa! Plusem, o którym muszę wspomnieć, jest uczestniczenie w wydarzeniach kulturalnych, o których nie mogłabym nawet pomyśleć, gdybym pracowała gdzie indziej. Ponieważ jest to kino-teatr, co jakiś czas organizowane są imprezy, spektakle etc. Dwa i pół tygodnia temu oglądałam próbę Laskowika i jego ekipy i porozmawiałam z panem Jackiem Fedorowiczem na temat biegania oraz półmaratonu organizowanego przez moje liceum, w którym on regularnie bierze udział, a w którym ja trzy razy byłam wolontariuszką; półtora tygodnia temu – w piątek – przyszłam do pracy w dżinsach i beżowym sweterku, zapominając o zjeździe stomatologów, który miał się tu odbyć i na którym miałam się „ładnie ubrać”. Niestosownie ubrana, obserwowałam, jak na scenie trwają przygotowania, a po korytarzu wciąż chodzą muzycy i „techniczni”. Po pewnym czasie nagle usłyszałam ze sceny… piosenkę Andrusa. Śpiewaną przez Andrusa. Głośno wciągnęłam powietrze, pognałam te kilka metrów do sali i, opierając się o framugę, ujrzałam śpiewającego na scenie Artura Andrusa.
Niespecjalnie spieszyłam się, żeby wrócić do bufetu.
Co chwilę wyglądałam przez futrynę do bufetu, sprawdzając, czy któraś z dziewczyn jest na posterunku i czy na horyzoncie nie widać szefa (który i tak na szczęście nie miałby nic przeciwko temu, co robiłam), po czym wracałam do oglądania próby. Raz na kilka minut pytałam muzyków i p. Andrusa, czy nie chcą kawy lub herbaty, żeby nie było, że tylko stoję i się gapię (oni z kolei mówili, że za chwileczkę/za parę minut, co dawało mi pretekst do stania dalej, cały czas w gotowości na przyjęcie zamówienia).
Oglądałam, śpiewałam piosenki razem z ich autorem, a w międzyczasie przywitałam Tomka Jachimka, który po pewnym czasie także pojawił się w kinie.
Wieczorem, podczas występu (si, wieczór satyryczny z Andrusem i Jachimkiem zorganizowany specjalnie dla stomatologów), nawiązałam kontakt z dwoma głównymi muzykami – a właściwie to oni nawiązali wcale-nie-jednoznaczny kontakt ze mną, a potem jeszcze z paroma innymi zdolnymi osobami z zespołu. Trochę podsłuchiwałam zza kulis (do kulis i do kuchni wchodzi się z jednego korytarza, więc zawsze moje wyjścia na zaplecze mogłam tłumaczyć zmywaniem naczyń czy sprawdzaniem zaopatrzenia), a od momentu, kiedy Jachimek poprosił mnie o piwo, tytułując „panią”, na co ja odpowiedziałam wymownym spojrzeniem i słowami ” Pani… Zosia!”, resztę wieczoru spędziłam, praktycznie wcinając z nim popcorn i słuchając z nim z kulis Artura Andrusa występującego na scenie (kiedy to Tomek wchodził na scenę, uciekałam do bufetu, żeby uniknąć niezręczności przy niezbyt towarzyskim panu Andrusie. Ale dedykację na płycie mam :) ).
Tamtego wieczoru wyszłam szybko i nagle, a kiedy chciałam pożegnać się z T. Jachimkiem, był akurat za zamkniętymi drzwiami gdzieś na piętrze, więc nasza znajomość została brutalnie przerwana. Wolałam jednak popędzić na pociąg o 22.50, niż powiedzieć kilka słów na pożegnanie i czekać na następny pociąg do szóstej rano.

Takie sytuacje są znaczącym powodem, który trzyma mnie w tym miejscu. Nigdzie indziej nie miałabym okazji oglądać próby do występów, poznawać ciekawych ludzi i mieć kontakt z kulturą i sztuką. Jak wszędzie, są plusy i minusy. Dopóki znajduję się w jakiejś sytuacji, wolę skupiać się na jej plusach.

Mieszkam już w Poznaniu – od wtorku. Na razie jeszcze będę jeździć co kilka dni do domu, czy to na kurs jazdy, czy po jedzonko, ale kiedy skończę kurs, liczba wizyt w moim mieście na pewno spadnie.  We… wtorek? środę? pierwszy raz siedziałam za kierownicą :) Pierwszy raz! Moja mama zawsze wychodziła z założenia, że samochodem będę jeździć, kiedy będę miała prawo jazdy, nie ma więc dla mnie nic dziwnego w tym, że nie wiedziałam, do czego jest sprzęgło i który pedał to hamulec, a który – gaz. Teraz mam za sobą już sześć godzin jazdy – idzie mi całkiem nieźle. Trochę poćwiczę i będzie jazda jak złoto.

Rozpoczęły się też moje studia na filologii romańskiej. Wciąż łapię się na tym, że mam poczucie, iż nie wiem, co będę robić za rok. Gdzie wtedy będę. „Bo może akurat” uda mi się w przyszłym roku zdać na aktorstwo, a wtedy filo romańska odejdzie w zapomnienie. Po prostu nie identyfikuję się z ludźmi z roku, którzy planują już kolejne lata na filologii, podczas gdy ja wciąż mam nadzieję na szkołę teatralną.
Trwają kolejne „imprezy integracyjne”, na które mnie jakoś nie ciągnie. Chciałabym poznać ludzi, z którymi mam ponoć spędzić najlepsze lata życia, ale… Nie lubię imprez, którym głównym motywem jest picie, a integracja to tylko pretekst. Niby mamy się poznać, a wszystko i tak sprowadza się do, przepraszam, chlania. Dzięki, nie bawi mnie to. Wolę poznawać ludzi, kiedy i oni, i ja jesteśmy trzeźwi.
Planu nadal nie mam, pokomplikowały się jakoś grupy językowe, więc w tym tygodniu mam nie chodzić na zajęcia z praktycznej nauki francuskiego, a na inne uczęszczać bez względu na ewentualną grupę – czyli tak, jak mi pasuje. Bałagan na facebooku, bałagan w mailowej skrzynce mojego roku, bałagan w mojej głowie. Jeśli chodzi o to ostatnie, to wciąż przewijają się w niej – na zmianę: studia, praca, przyjazd do domu, kurs jazdy. Pogodzić to wszystko i nie zwariować – o, Boziu!

Będę też chodzić na zajęcia z aktorstwa. Nie z Panem Aktorem, lecz z Ł. Już nie mogę się doczekać, ach! …a, właśnie, trzeba będzie nauczyć się kolejnych tekstów. Za mało mam zobowiązań i obowiązków, trzeba dołożyć sobie jeszcze trochę!
Wychodząc z tego założenia, udało mi się załatwić coś, czym właśnie się pochwalę. Otóż… Zgłosiłam się do pisania artykułów dla studenckiego portalu, który na razie będzie tylko dla poznaniaków, ale ma rozszerzyć się na całą Polskę. I dostałam odpowiedź na moje zgłoszenie! Po lekkiej rozmowie z „koordynatorem” wygląda na to, że będę redaktorką, a gdyby tego było mało, bardzo prawdopodobne, że… będę pisać o teatrze i kulturze! Publikowanie tekstów inaczej niż prywatnie, i to w takiej dziedzinie?! How cool is that?

Lenistwo w tym roku będzie musiało się ze mną pożegnać, a ja nie będę za nim tęsknić. Zobaczymy tylko, jak długo pociągnę. Ja na pewno nie przepuszczę okazji, żeby się o tym przekonać.

PS Skończyłam „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Co za chłam. Nie mogę się doczekać kolejnej części.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

11 odpowiedzi na „Zmieniacz czasu

  1. ImagoRed pisze:

    No i pięknie! Ruszasz pełną parą, tylko pozazdrościć.
    Od jakiegoś czasu podczytuję Twojego bloga, a przyciąga mnie Twoja chęć do zmian i aktywne ich wprowadzanie – to może być inspirujące dla wielu osób, które wciąż szukają drogi do spełnienia się.

    Romanistyka brzmi naprawdę fajnie, o wiele ciekawiej niż anglistyka czy germanistyka. Może się jeszcze bardziej przekonasz, zresztą z czasem Ci się wyklaruje… Ale gdybyś połączyła to sobie w przyszłości z jakimś erazmusem, to dopiero przeżyłabyś przygodę życia ;)

    Tak czy inaczej, powodzenia!

  2. Kamil pisze:

    cały „fanklub” na fb juz zlajkowal. :)
    zabieram sie za czytanie.

      • Kamil pisze:

        okej, czas na merytorycznego komcia ;)

        fajnie, ze nie rezygnujesz z marzen, nigdy tego nie rob!
        do uczelni jakos przywykniesz, po poczatkowym zamieszaniu, wszystko bedzie toczylo sie, ze nawet nie zauwazysz, jak przyjdzie lipiec i znow egzaminy.
        no i nie zapominaj, ze w miedzyczasie zawsze moze zdarzyc sie COŚ…

        napisalbym jeszcze, ze Cie wspieram, zycze powodzenia czy cos w ten desen, ale im dluzej czytam bloga, tym bardziej wydaje mi sie wydaje, ze nie potrzebujesz zadnych dodatkowych motywacji; no moze jedna:

        „KEEP DOING”
        mialem taka kartke w sesji, gdy odrywalem wzrok od projektu widzialem ten napis.

        :)

        PS: sory za brak ogonkow, ale alt jest w dziwnym miejscu.

      • Dzięki za wyczerpujący komentarz, długie merytoryczne komcie doceniam nawet bardziej niż długie merytoryczne smsy ;)
        Motywacja zawsze się przydaje, zawsze jest potrzebna. Dobrze wiedzieć, że jest ktoś, kto… aprobuje nasze plany, marzenia, działania i im kibicuje!
        COŚ…

  3. abzi pisze:

    też zapisałam się na prawo jazdy i też na razie nawet nie wiem gdzie jest hamulec a gdzie gaz, czarno to widzę :D w ogóle mnie nie ciągnie do samochodu, ale jakiś czas temu sobie postanowiłam, że spróbuję, to próbuję…

  4. sunycia pisze:

    No wiesz, alkohol jest niby po to, żeby się rozluźnić i nie mieć blokad w poznawaniu się. Niby. Gorzej, jak ktoś nie umie przystopować…
    Też robię prawo jazdy (u teścia Ł. ;)), ale nie wiem, co z tego wyjdzie, bo czasem idzie różnie i jeszcze tej teorii się trza nauczyć…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s