Ku zachodowi, gdzie sypialnia Feba

Od napisania ostatniego posta wydarzyło się wiele.

W czwartek miałam dwie rozmowy kwalifikacyjne – jedną na temat pracy w barze szybkiej obsługi „Makaroniarz”, drugą – w kolejnym Centrum Zdrowia i Urody. O ile spotkanie dotyczące sprzedaży spaghetti przebiegło w całkiem przyjaznej (choć nie aż tak, żeby się ściskać i całować) atmosferze, a pani menedżer wprost powiedziała mi, że na razie nie jest ani na tak, ani na nie, o tyle w Centrum Wellness ilość uśmiechów, jakimi obdarowała mnie pracodawczyni, można by chyba policzyć na palcach jednej ręki. A jednak spodobało mi się to, że w przeciwieństwie do pierwszego wellnessu, w którym mnie nie chcieli, tutaj powiedziano mi, że nie chodzi im o wciskanie ludziom produktów (np. kiedy przyjdzie ktoś, kto chce schudnąć i wykupi wszystko, co jest na odchudzanie, po czym zniknie), tylko bardziej o pozyskiwanie stałych, zaufanych klientów. Nie wiedziałam, ile w tym prawdy, ale… Nie chciałam z góry zakładać, że wszyscy wszystkich na wszystko naciągają.
I znów – pani z wellnessu powiedziała, że po 17. będzie dzwonić do osób, które „ich” zainteresują, ale oczywiście tylko do nich. Jeżeli mnie nie będą chcieli, mogę czekać sobie na telefon jak rycerz przy Świętym Graalu czekał na Indianę Jonesa (choć Indiana w końcu się zjawił, więc porównanie może niezbyt trafne, ale jestem zmęczona, więc się tym nie przejmuję).

Minęła siedemnasta, minęło wpół do szóstej – znów pogodziłam się z faktem, że nie byłam wystarczająco kompetentna do tej pracy, która nie wiedziałam dokładnie, na czym właściwie polega – minęła osiemnasta… Już nawet nie myślałam o telefonie, zapomniałam o tym.
Aż tu nagle – wpół do siódmej – telefon dzwoni piosenką „Another Day” Jamiego Lidella. Za półtorej godziny miała przyjechać do mnie konsultantka Avon (bo sama również na konsultantkę się zgłosiłam – chwytam się prawie wszystkiego), więc sprzątałam widoczną część domu, żeby nadawała się do przyjęcia gościa – ale odbieram.
Pani z Centrum Zdrowia i Urody.
Była pani dziś na rozmowie.
Jesteśmy zainteresowani współpracą z panią.
Zapraszam na rozmowę, czy jutro pani pasuje?
O rety. Oddzwonili. ODDZWONILI!
Zachowałam spokój. Południe mi pasuje. Tak, zarezerwowanie godziny nie jest problemem. Dziękuję, do widzenia, do zobaczenia.

Rozłączyłam się, spojrzałam w lustro, przed którym stałam – i chyba pisnęłam z radości. Mogłabym przemilczeć wstydliwy fakt, że zaraz potem skakałam i tańczyłam po całym domu, który w tym czasie sam się nie sprzątał, choć czas płynął dalej.
Oddzwonili.

No dobrze, nacieszyłam się, nacieszyłam, emocje opadły i pozostało spokojne zadowolenie.

Następnego dnia – po raz czwarty w tym tygodniu – pojechałam do Poznania. Odwiedziłam Carla w Bubble Planet (doszliśmy do wniosku, że jesteśmy podobnymi do siebie jak dwie krople wody bliźniakami) i poszłam do centrum wellness. Zanim jednak weszłam do środka (spacerując pod budynkiem 15 minut), zadzwoniła moja komórka.
Oto i do mego ucha przemawiała pani menedżer baru „Makaroniarz”. Pytała, czy następnego dnia mogłabym przyjść na dzień próbny. Odpowiedziałam, że będę mogła odpowiedzieć dopiero po południu – i wtedy oddzwonię.

„Spotkanie szkoleniowe” w centrum wellness polegało prawie wyłącznie na tym, że szefowa pokazała na mnie zabiegi, które przeprowadza się na klientkach – nałożyła maseczki, kremy (w odpowiedni sposób), były toniki, waciki, ankieta i rady. A do tego… pani poinformowała mnie o szkoleniu, które miało odbyć się nazajutrz w centrum Poznania. Szkolenie nieobowiązkowe, dla chętnych… Koszt: 35 złotych. „Nie jest obowiązkowe, do niczego nie zmuszam. Gdyby pani poszła, to byłoby dobrze. No a jeżeli nie będzie pani mogła… to trudno” – i tak dalej, i tak dalej. Miała mi wysłać na maila ulotkę dotyczącą tego szkolenia. W momencie, kiedy mi o nim mówiła, ja już wiedziałam, że na nie nie pójdę. Jeszcze nie zostałam przyjęta do pracy, a już jestem zachęcana do udziału w szkoleniu, „które może mi się przydać w pracy”, ale za które JA mam zapłacić?! Czy poważna firma nie powinna sama zapewniać swoim pracownikom odpowiednich szkoleń?
Na tę połowę mojej twarzy, którą sama się zajmowałam, nałożyłam ostatni krem przypominający bazę pod podkład i spotkanie się zakończyło. Wyszłam z poczuciem, że z każdą mijającą chwilą moja wyjątkowo mocno przesuszona skóra staje się bardziej nawilżona – jeśli jednak chodzi o inne aspekty mojej potencjalnej pracy… każdy kolejny z nich był dla mnie mniej pewny.

Jak tylko wróciłam do domu, sprawdziłam pociągi i zadzwoniłam do pani z makaronów. Ona proponowała, żebym przyszła na 12.00 i, jeśli mi się spodoba, została do końca, czyli do 21.00, ja natomiast myślałam – i powiedziałam to głośno – że pójdę na kilka godzin i będę miała jeszcze jakieś trzy dni na podjęcie ostatecznej decyzji. Cóż, w makaronach proponowali wynagrodzenie dwa razy niższe niż w wellnessie. Ustaliłyśmy, że przyjdę na 12.00, a potem… się dogadamy.

No i przyszłam. A dokładniej – przyjechałam. Kolejny dzień w Poznaniu. Kolejny dzień w pociągach i tramwajach, ale dodatkowo z perspektywą pracy wśród gwaru i pośpiechu. Zanim stawiłam się w miejscu pracy, poszłam na jeszcze jedną rozmowę – poprzedniego popołudnia znalazłam ogłoszenie o pracy w kawiarni, natychmiast zadzwoniłam na podany numer i umówiłam się na spotkanie. Wciąż jestem zakochana w kawiarniach. Potem zostawiłam CV w kilku knajpkach w okolicy.
Pojechałam wreszcie do makaronów, ale ponieważ miałam trochę czasu, krążyłam jeszcze po centrum handlowym, w którym znajduje się bar. Zdążyłam zostawić CV w paru innych miejscach, aż w końcu pojawiłam się tam, gdzie mnie oczekiwano.
Dostałam koszulkę, zapaskę i stylowy daszek, menedżerka pokazała mi szatnię, „magazyn suchy”, chłodnię i zaprowadziła do miejsca, w którym miałam spędzić kolejne dziewięć godzin – do kasy (miejsce magiczne, bo kiedy się odwróciłam, kasa stawała się kuchnią, a gdy zrobiłam dwa kroki w bok, byłam już przy palnikach z azjatyckim żarełkiem). Dziewczyna, która już tam była, pokazała mi wszystko, co i jak, w dziesięć minut przeszkoliła i mogłam już pracować pełną parą. Wkrótce swoją obecnością zaszczycił nas też gość specjalny – właściciel i kierownik (capo di tutti capi), przedstawił mi się z imienia, a wkrótce po nim zjawił się kierownik (drugi?) starszy ode mnie o rok. Szef wszystkich szefów zachęcał nas do „sprzedaży aktywnej”, co w praktyce wyglądało tak, że aby ludzie zauważali naszą ladę wciśniętą między chińszczyznę a sąsiednią knajpę, przez trzy godziny – jeśli nie sprzedawałam jedzenia – stałam przy ladzie i z uśmiechem numer pięć mówiłam lub wołałam: „Zapraszam na spaghetti!”, „Bardzo dobre spaghetti, zapraszam!”, „Zapraszamy!”.
Dałam sobie czas do 15.00. O 15.50 miałam pociąg powrotny, dlatego zaplanowałam sobie, że albo zrezygnuję z pracy i wyjdę o trzeciej, albo zostanę aż do końca. Na czas nieokreślony.
Mimo uroczego dwudziestoletniego kierownika, mimo sympatycznej menedżerki i najwyraźniej lubiącego mnie szefa (który nie tyle okazywał mi szczególną sympatię, ile po prostu nie okazywał antypatii – i postawił mi trzy porcje makaronu – po jednej z każdym sosem, choć wyszło na to, że zjadłam tylko jedną – carbonara… Porządny facet.) postanowiłam dać trochę luzu moim plecom i gardłu i od 14.50 dzwoniłam dzwonkiem na zaplecze, aby moja nowa makaronowa koleżanka zjawiła się przy kasie, żebym mogła porozmawiać z menedżerką. Po kwadransie mogłam wreszcie to zrobić.
Rozstaliśmy się w bardzo pokojowych stosunkach. Podobno bardzo na mnie liczyli, spodobałam się szefostwu. Co prawda pożegnałam się tylko z panią menedżer, ale przy złożonych ubraniach roboczych zostawiłam karteczkę dla całej ekipy, łącznie z tymi z chińszczyzny. Może jeszcze tam wrócę. Jak córka marnotrawna. Ale na razie… Argumentów za odejściem było więcej niż tych przeciw.

Wychodząc, przysiadłam się jeszcze na krzesełku do mojego byłego nauczyciela – jednego z tych, z którymi miałam najlepszy kontakt, bardziej przyjacielsko-swobodny niż nauczycielsko-uczniowski. Wcześniej kilka razy przechodził sam, z córką lub z całą rodziną przed moimi makaronami, a nawet kupił sobie porcję spaghetti. Wiedziałam, że żeby zdążyć na pociąg o 15.50, musiałabym pędzić tak jak ostatnio, a to była ostatnia rzecz, na którą miałam ochotę, więc, jak już napisałam, przysiadłam obok pana profa i rozmawialiśmy kilkanaście minut, po czym spokojnie, bez pośpiechu, nie bez ulgi, wsiadłam w tramwaj i pojechałam na dworzec.

Miałam pół godziny do odjazdu mojego pociągu, spacerowałam to tu, to tam, kiedy… Znów zadzwonił mój telefon. Spokojny, niski męski głos powiedział mi, że aplikowałam do pracy w bufecie w kinie Apollo i że widzi, że mam doświadczenie. Spytał o moją dyspozycyjność i poprosił, żebym wpadła do kina, kiedy będę mogła. Obiecałam tak właśnie zrobić – przez pierwszych kilka minut rozważałam zjawienie się tam od razu, ale postanowiłam, że wrócę do domu, pojadę na zaplanowaną osiemnastkę najwcześniej, jak dam radę, a kino odwiedzę na początku tygodnia. Może do tego czasu ktoś jeszcze zaprosi mnie na rozmowę, a wtedy załatwię kilka spraw za jednym zamachem.

Na imprezę ostatecznie nie pojechałam, bo kiedy stałam już ubrana i uczesana, mama, która miała mnie zawieźć na miejsce (i odebrać w nocy) zobaczyła na mapie, że po drodze trzeba minąć autostradę i jako kierowca doświadczony w jeździe po naszym mieście, ale nie po drogach krajowych i/lub skomplikowanych i/lub w pobliżu autostrad, oznajmiła, że mnie nie zawiezie – właśnie ze względu na tę drogę.
W ten sposób spędziłam kolejny wieczór na przeglądaniu ogłoszeń o pracę.

Niedzielę, jakimś cudem, miałam wolną.

Nadszedł poniedziałek.

Kilka dni temu coś ciemnego mignęło mi przed oczami na podłodze pod ścianą. Nic dziwnego, że wkrótce w domu zaczęliśmy słyszeć tuptanie i skrobanie i jako homo sapiens sapiens stwierdziliśmy, że zamieszkała u nas mysz. Ustaliliśmy ponadto, że jest to mysz leśna, a nie polna.
Kilka razy mignęła mi w łazience. Kilka razy w pokoju słyszałam ją gdzieś w ścianie.
Aż nastała wczorajsza noc. Poszłam do łazienki i w pewnym momencie wydawało mi się, że coś ciemnego – takiego jak wcześniej – w ułamku sekundy przemieściło się nie wiem skąd w stronę drzwi. Pod zamkniętymi drzwiami jest szczelina, więc nawet, gdyby mysz tam pobiegła, było już po ptakach. Nie poruszam się z prędkością światła, żeby zdołać ją dogonić, wyprzedzić i zamknąć wszystkie drzwi do pokoi, do których mogłaby wleźć. A sądząc po wcześniejszych obserwacjach, żeby to zrobić, potrzebna byłaby właśnie prędkość światła.

Poszłam spać.

Jak już napisałam, nadszedł poniedziałek. W planach miałam kolejny wyjazd do Poznania, ustawiłam więc budzik na 6.30.
Spałam, spałam, aż przez sen usłyszałam… tup tup tup tup.
Spałam dalej. Niewiele kojarzyłam. Tup tup tup tup.
Obudziłam się. TUP TUP TUP TUP – najpierw głośniej przy lewym uchu, potem przy prawym.
Zrozumiałam, co się święci.
Wyskoczyłam z łóżka jak żołnierz na alarm. Była szósta. Przełożyłam kołdrę i poduszki na krzesło i fotel, stanęłam ze wzrokiem wbitym w łóżko i obserwowałam. Cholerne tup tup tup tup zabrzmiało w moich uszach, ale do fonii dołączyła wizja.

Mysz.

W moim łóżku.

Tam, gdzie dwie minuty wcześniej miałam głowę.

Zawołałam mamę, która właśnie była w łazience, stwierdziłam, że mysz jest w moim pokoju i już po chwili dostałam od mamy w prezencie pułapkę na myszy z kawałkiem czegoś, co Biedronka nazwała serem. Mama postawiła ją blisko łóżka i poszła, ale ja zachowałam czujność. Po chwili tropienia Tom Zosia zobaczył wstrętnego Jerry’ego na drugim końcu pokoju, wśród pudełek za szafą. Przeniosłam pułapkę, ale położyłam ją tak nieudolnie, że trzasnęła, zanim gryzoń zdążył ją zobaczyć. Poirytowana mama wróciła, nastawiła znów pułapkę i wyszła.

Jak zwykle, pojechałam z nią do wsi, w której pracuje, bo stamtąd wygodniej jest mi jeździć do Poznania. Na szczęście nie byłam z nikim umówiona na konkretną godzinę, nie musiałam nigdzie się spieszyć ani szczególnie liczyć czasu.
Bez problemu znalazłam Kino Apollo (jak się potem okazało, „Kinoteatr”, co mi jeszcze bardziej odpowiada!) i uliczką-pasażem poszłam w jego stronę, mijając najróżniejsze knajpki (w tym kawiarnię „Zielone Słonie”, o której czytałam kilka dni temu, oraz kawiarnię, w której, jak głosił potykacz, można porozmawiać po angielsku z native speakerem. W kinie dowiedziałam się, że szef będzie dopiero po dwunastej. I bardzo fajnie, przeszłam się do empiku, po czym wróciłam, znów zaglądając do kawiarenek.

Kilka minut po dwunastej pani w kasie powiedziała mi, że szef właśnie gdzieś pojechał i dała mi jego numer. Zadzwoniłam – powiedział, że będzie za 10 minut i żebym poczekała. Poczekałam. Szef okazał się bardzo pozytywnie normalnym facetem. Położyłam przed nim moje CV, porozmawialiśmy jakieś 5 minut, po czym stwierdził, że myśli, że nadaję się do tej pracy, bo z tego, co widzi, jestem bystra, energiczna i komunikatywna. Na kilka minut odszedł od stolika, przy którym siedzieliśmy, do swojego gościa, załatwił, co miał do załatwienia, po czym pokazał mi bufet i kuchnię. Wcześniej podczas rozmowy, kiedy powiedziałam, że moja dyspozycja będzie zależeć od grafiku zajęć, którego jeszcze nie znam, powiedział mi, żebym w takim razie zgłosiła się, kiedy będę już znała plan, a wtedy się dogadamy co do szczegółów.
Płaca jeszcze niższa, niż się spodziewałam. Niż zakładałam. Ale… kurczę, no nie wiem! Coś mnie ciągnie do tej pracy! Czy to szef, który jest przede wszystkim człowiekiem, a dopiero na drugim miejscu szefem; czy to fakt, że choć to praca w bufecie, gwarantuje mi jakąś tam styczność z kulturą; czy to otoczenie, w którym znajduje się kino; czy może po prostu chodzi o to, że ktoś w ogóle chce mnie zatrudnić – bez naciągania, ściemniania, „aktywnej sprzedaży” i czerwonego daszka na czole. A może to wszystko razem powoduje, że rzeczywiście chcę tam pracować. Będę wciąż szukać czegoś lepszego, ale… dobrze wiedzieć, że taka praca na mnie czeka.

Po pożegnaniu z szefem znów przeszłam uliczką do ul. Ratajczaka. Zajrzałam do kawiarenki „anglojęzycznej”. Na parapecie siedział młody mężczyzna, którego wcześniej zobaczyłam, kiedy stał za ladą. Teraz siedział i grał sobie na gitarze. Przecież i tak miałam zamiar kupić sobie na dworcu kawę. Weszłam.
Zaraz za mną wszedł kolejny klient, oboje zamówiliśmy latte – ja duże, on małe. Pracownik kawiarni okazał się Amerykaninem z Seattle, który po polsku zna tylko kilka podstawowych zwrotów. Zaczęliśmy w trójkę prowadzić luźną pogawędkę, po dłuższej chwili ja, kuszona bez przerwy przez pozostawioną na parapecie gitarę, spytałam, czy mogę spróbować (dawno już nie grałam czegoś więcej niż proste akordy) i tak spędziliśmy kilka minut – oni rozmawiali, ja grałam, potem zaśpiewałam z akompaniamentem, pogadałam z nimi, a kiedy klient wypił kawę i wyszedł, ja jeszcze przez pół godziny (jeśli nie dłużej) rozmawiałam ze sprzedawcą (kasjerem/barmanem/baristą/jak to jeszcze można nazwać). Cały czas po angielsku. I oboje rozumieliśmy wzajemnie wszystko, co mówiliśmy. Jestem oczarowana :D Przez te 30-40 minut zdążyłam poczuć, że spotkałam kogoś, kogo chcę poznać bliżej – i tak właśnie zrobię. Obiecałam mu już, że będę wpadać i uczyć go polskiego za każdym razem, kiedy będę w Poznaniu do momentu otrzymania kluczy do mieszkania.

Ciekawe, czy Zosia sprzed dwóch lat zdjęłaby tę gitarę z parapetu.

____________________________________________________________

W trakcie pisania tego posta dotarła do mnie informacja o śmierci mojej domowej myszy.
RIP.
I nigdy nie wracaj, wstręciuchu.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

13 odpowiedzi na „Ku zachodowi, gdzie sypialnia Feba

  1. aga pisze:

    Zoooooska!!! jesteś niesamowita :) tego Amerykanina to Ci zazdroszczę ;p

    • Wiesz, zawsze możemy tam pójść razem ;) A „mi” nie masz kogo i czego zazdrościć, jeśli postrzegasz to w kategoriach romantycznych – Eric ma narzeczoną z Poznania! Chyba że zazdrościsz zwykłej znajomości, wtedy odsyłam do zdania pierwszego tego komentarza :D

  2. Kamil pisze:

    Jak tak czytam Twoje posty to się zastanawiam, jak długo je piszesz – mi samo przeczytanie trochę zajmuje a i przystanki robię po co niektórych akapitach. ;)

  3. abzi pisze:

    „Ciekawe, czy Zosia sprzed dwóch lat zdjęłaby tę gitarę z parapetu.” – Ech, Magda z dzisiaj na pewno by nie zdjęła :( :D

  4. karola pisze:

    przepraszam, ale po tej całej długiej notce mam tylko jedną myśl – „mysz w łóżku, aaaaaaaaaaaaaaaaaaa!”

  5. sunycia pisze:

    Ja….. ta mysz mnie rozwaliła! :D Kobieto, czemu Ty se kota nie kupisz, albo nie przygarniesz!? Mysz na łóżku… Ale chyba pająki są najgorsze :P

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s