Ja jestem kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boję!

…ale niektórych unikam.

W ostatnich dniach nie zajmuję się prawie niczym innym, jak szukaniem pracy w internecie lub wyjazdami do Poznania związanymi właśnie z tym.
W niedzielę wieczorem dostałam smsa „zapraszającego” mnie do pracy następnego dnia. Praca: „hostessa do przeprowadzania ankiet w firmach w centrum Poznania”. No cóż. Ważne, że jest. Zgodziłam się i w poniedziałek pojechałam do Poznania.
Spacerując ulicami miasta zaglądałam we wszystkie witryny w poszukiwaniu informacji o poszukiwaniu pracownika, pracy dla studentów, zatrudnieniu sprzedawcy… Mijałam akurat knajpkę z naleśnikami, do której poszukiwano studentów. W momencie, kiedy przystanęłam, pracownice zaczęły otwierać lokal. Spojrzałam na nie. Spojrzałam na kartkę. Znów na nie. Zamyśliłam się.
Kiedy minęła już dłuższa chwila, w której stałam na środku chodnika, spoglądając to na szybę, to na pracownice, uznałam, że trzeba rozwinąć tę sytuację.
– Czy mogłabym… Dzień dobry. Czy mogłabym zostawić CV? Akurat mam przy sobie!
– A my akurat przyjmujemy. Jasne, oczywiście!
Parę podstawowych pytań, czy studiuję, w jakim trybie, kiedy byłabym dyspozycyjna – i poszłam dalej.

Zostawiłam też CV w nowo otwartym barze, spotkałam się ze znajomą, aż nadszedł czas na spotkanie w prawie pracy (a nawet samą pracę).
Dwie inne dziewczyny i ja spotkałyśmy się z niewyróżniającym się facetem, który „ankietami” nazwał formularze dotyczące śniadań, które chce dostarczać do miejsc pracy. Najpierw wyjaśniał nam, na czym będzie polegać nasza praca, a potem – ponieważ nie miał ankiet przy sobie – poszliśmy do punktu ksero (spotkaliśmy się pod Browarem od strony Ratajczaka, a doszliśmy do Półwiejskiej – oczywiście szliśmy dookoła, bo przecież nasz czas nie jest taki ważny). Profesjonalizm mojego pracodawcy bił po oczach.
Od godziny, w której miałam się z nim spotkać, do rozpoczęcia pracy minęło pół godziny.
Przez trzy godziny chodziłyśmy w trójkę po Centrum, wchodząc do banków, kantorów i sklepów z pytaniem, czy możemy zostawić ankiety dotyczące cateringu, które nazajutrz byśmy odebrały. Tutaj też mój chwilowy szef wykazał się nie lada obeznaniem w marketingu, bo pracownicy miejsc, które odwiedzałyśmy, na pytanie o ankiety najczęściej albo nie wiedzieli, o czym dokładnie jest mowa, albo myśleli, że przeprowadzamy badania statystyk etc. – i nie dziwię im się! Gdyby facet chociaż zaznaczył jakoś, że to on oferuje te śniadania, to zmieniłoby zupełnie podejście osób, z którymi rozmawiałyśmy, nie mówiąc już o nieporozumieniach, które na pewno wynikły z tej organizacji. Ale cały czas miałam w głowie: nie mój problem. Mam roznieść ankiety, roznoszę. Mam coś zapisywać, zapisuję. Dostanę kasę i więcej nie zobaczę tego człowieka, więc póki nikomu nie dzieje się krzywda, nie mam zamiaru przejmować się brakiem jakiegokolwiek rozeznania i odrobiny logicznego myślenia ze strony pracodawcy. Nie mój cyrk, nie moje małpki.

Ponieważ jeszcze tego samego popołudnia miałam wykład z teorii na kursie jazdy, a nie chciałam obciążać mojej mamy kolejnym dowożeniem i odwożeniem mnie wte i we wte, a facet od ankiet spóźniał się kilka minut, musiałam pędzić na pociąg i nie odebrałam wtedy tej zawrotnej sumy pieniędzy, którą zarobiłam. Byłam zmęczona, zirytowana i miałam w perspektywie spóźnienie na pociąg, więc właściwie przestało mi nawet zależeć na tej garstce pieniędzy. Następnego dnia miałam pracować jeszcze dwie godziny – zbierając ankiety z miejsc, w których je zostawiłyśmy.
Pociąg odjeżdżał o 15.50. Nie wiem, czy wiecie jak wygląda okolica Dworca Głównego w Poznaniu, ale kiedy zostawiłam dziewczyny na pastwę naszego szefa pod Starym Browarem, wsiadłam w pierwszy pociąg, który jechał w stronę dworca, a na Moście Dworcowym wysiadłam o… 15.46. Chciałam biec na skróty przez najbliższe przejście dla pieszych, ale po przebiegnięciu przez pasy uświadomiłam sobie, że dalej nie ma możliwości dotarcia na którykolwiek peron! Rzuciłam się sprintem w przeciwną stronę, oczywiście mając przed sobą trzy przejścia, a na każdym czerwone światło. 15.47. Dobiegłam do schodów w dół z mostu, zbiegłam na chodnik, a do budynku dworca miałam jakieś 150 metrów. Nie wiedziałam, z którego peronu odjeżdża pociąg do mojego miasta (na szczęście w połączeniach Kolei Wielkopolskich można kupić bilet w pociągu bez dopłaty), ale powtarzałam sobie w duchu, żeby tylko nie był to najbardziej oddalony od reszty świata peron 4a. Zatrzymałam się przy wejściu wewnątrz dworca, spojrzałam na tablicę i najszybciej, jak to było możliwe, wyszukałam wzrokiem mój pociąg. Rodzaj pociągu, godzina, kierunek… Peron. Moje płuca wiedziały, że mogą tego nie wytrzymać. 4a. Zegar pod tablicą wskazał 15.49. Niewiele myśląc, poprawiłam dwie torby, którymi obładowałam moje ramiona, i biegłam dalej. Biegłam, biegłam, biegłam, mijały lata, oskrzela bolały, a ja biegłam. Na peronie był jeszcze pociąg, ale nie byłam nawet w stanie ocenić, czy stoi, czy już może ruszył i powoli się ode mnie oddala… Oczyma wyobraźni widziałam, jak ostatkiem sił, bez powietrza, bez krwi w poszczególnych częściach ciała dobiegam do pociągu… a on odjeżdża… Wszyscy ludzie już wsiedli, konduktor miał gwizdać do odjazdu – wymęczona, człapiąc z przymkniętymi oczami pomachałam (a raczej: machnęłam) do konduktora, który powiedział tylko coś w rodzaju: „Proszę wsiadać do pociągu!”, kliknęłam przycisk do otwierania drzwi i wtoczyłam się do środka, siadając na najbliższych schodkach, jakie zauważyłam (wiem, wiem, nie powinnam siadać, ale byłam już wtedy właściwie gotowa na spokojną i godną śmierć). Ciężko dysząc, zamknęłam oczy, oparłam głowę o ścianę i pojechałam na kurs jazdy, który zaczynał się za godzinę.

Następnego dnia rano miałam rozmowę kwalifikacyjną w Poznaniu. Nie byłam całkiem pewna, czego dotyczyć będzie praca, odnośnie której odbędzie się spotkanie, ale „Klub Zdrowego Stylu Życia” brzmiał całkiem zachęcająco (choć z drugiej strony może trochę podejrzanie). Na miejscu okazało się, że to całkiem poważna firma i całkiem poważna rozmowa. Co prawda napis na drzwiach brzmiał nieco inaczej, niż mi powiedziano, ale była to różnica na korzyść pracodawcy, przynajmniej w moich oczach – „Centrum Zdrowego Żywienia. Wellness, dbanie o szczupłą sylwetkę”. Przeszłam przez te szklane drzwi i znalazłam się w poczekalni przy klatce schodowej. Obok były kolejne drzwi z tym samym logiem. Zapukałam i przez tę chwilę, w której zdążyłam zamienić dwa zdania z kobietą za biurkiem, która prowadziła rozmowę z kandydatką, zorientowałam się, że to nie pic na wodę i że rzeczywiście warto zadbać o swój wizerunek – pani za biurkiem miała maksymalnie 32 lata, starannie utlenione włosy i usta pomalowane czerwoną szminką. Jak tylko powiedziałam „Dobrze, dziękuję” i zamknęłam drzwi, zajrzałam w lusterko, poprawiłam makijaż, który miałam, dodałam trochę szminki na wargi i błyskawicznie pomalowałam delikatnym lakierem (a właściwie odżywką do paznokci w kolorze kremowym) dwa paznokcie, z których, w przeciwieństwie do reszty, zszedł prawie cały lakier. Nie mogłam przecież ryzykować szansy na pracę u kobiety o nieskazitelnej cerze dwoma zdrapanymi paznokciami albo zbyt spierzchniętymi ustami!
Kilkanaście minut po umówionej 10.00 weszłam do środka i już na początku stwierdziłam, że nie tylko jest to moja pierwsza w życiu rozmowa kwalifikacyjna, ale rozmowa ta jest typową, wzorcową rozmową o pracę. Padły pytania: „Jaka jest kobieta wellness?”, „Gdzie widziałaby się pani za pięć lat?”, „Jaka jest, pani zdaniem, pani największa wada – i dlaczego?”. Utrzymywałam kontakt wzrokowy i przytakiwałam, a spotkanie uwieńczyłam zdecydowanym uściskiem dłoni. Między godziną 19.00 a 20.00 mieli zadzwonić.

W południe znów spotkałam się z dziewczynami od ankiet, tym razem miałyśmy przez dwie godziny zbierać kartki z miejsc, w których je zostawiłyśmy. Ponieważ miałam jeszcze w planach odwiedzenie kilku miejsc, zostawienie CV i chciałam spotkać się z Kijanką, zaproponowałam, żebyśmy się rozdzieliły. Podzieliłyśmy między siebie miejsca, do których musiałyśmy wrócić, po czym one poszły w jedną stronę, a ja i Kijanka, która do nas dołączyła – w drugą. Uwinęłyśmy się praktycznie w godzinę, bo na koniec zostawiłam sobie Teatr Polski, w którym spędziłyśmy zdecydowanie więcej czasu, niż w reszcie miejsc.

Po odebraniu wypłaty za 5 godzin, które łącznie wypracowałam, Kijanka i ja pojechałyśmy w stronę Grunwaldu, bo i ona miała tam sprawę do załatwienia, i ja (powiedzmy – chciałam po prostu zostawić CV w Macu), ale w tramwaju przypomniałam sobie, że w jednym miejscu na Malcie miałam zostawić CV między 12.00 a 15.00, bo taki był wymóg w ogłoszeniu, tymczasem zbliżało się już wpół do trzeciej. Ustaliłyśmy więc, że ja jadę na Maltę, a Ania na Grunwald – i spotkamy się w pociągu do domu.
Wysiadłam z tramwaju, którym jechałyśmy i ku własnej uciesze zobaczyłam, że z tego samego przystanku za kilka minut miał odjechać tramwaj zatrzymujący się na Baraniaka na Malcie – idealnie.
Tramwaj ten przyjechał po ponad 15 minutach. Zanim dojechałam na miejsce, minęła 15.00.
Nie znalazłam tego, co miałam znaleźć w galerii, więc zostawiłam kilka CV w innych miejscach, odebrałam jeszcze telefon w sprawie rozmowy kwalifikacyjnej, na którą umówiłam się na środę rano, i znów szybkim marszobiegiem wróciłam na przystanek – oczywiście spóźniłam się 3 minuty, straciłam kilka kolejnych na czekanie, a do odjazdu pociągu z Dworca Głównego zostało mi pół godziny.
Przynajmniej tramwaj się nie spóźnił.
Powiadomiłam mamę, że nie zdążę na bezpośredni pociąg do mojego miasta i poprosiłam, żeby przyjechała po mnie do Opalenicy (wyrzuty sumienia podwójne – nie dość, że znów psuję jej plany, to w dodatku spóźnię się na teorię na kursie), powiadomiłam też Kijankę.

…A po chwili dotarło do mnie, że chyba jadę tym samym tramwajem, co dzień wcześniej.
Nie całkiem mi się to podobało, bo mimo że byłam zmęczona, bez humoru i pogodziłam się z faktem, że nie zdążę na bezpośredni pociąg – mimo tego wszystkiego znam siebie i wiedziałam, że nie jestem człowiekiem, który odpuszcza, dlatego jeśli znów dotrę na Most Dworcowy trzy albo cztery minuty przed planowanym odjazdem pociągu, to rzucę się sprintem w jego stronę. Chociaż nie miałam na to najmniejszej ochoty. Ale wiedziałam, że tak będzie – bo nie odpuszczę!
I rzeczywiście. Tak jak w poniedziałek, szóstka zajechała na przystanek na Moście Dworcowym, kiedy zegar wskazywał już 15.46. Jeszcze jadąc tramwajem, przemyślałam wszystkie błędy logistyczne, które popełniłam podczas sprintu w poniedziałek i tym razem pobiegłam już w dobrą stronę, pominęłam przystanek wewnątrz dworca i popędziłam prosto na peron 4a.
Zbliżając się do niego, zauważyłam, że zamiast nowoczesnego szynobusu na peronie stoi stary, brudny pociąg osobowy. Podbiegłam jeszcze bliżej, spojrzałam na tablicę – a na niej pusto. Cholera. W jednej sekundzie pomyślałam, że trudno, odpuszczam, a już w następnej postanowiłam przypomnieć sobie, z jakiego jeszcze peronu może odjeżdżać mój pociąg. Przypomniałam sobie, jak kilka miesięcy temu spóźniłam się na niego kilka sekund… Biegłam wtedy przejściem podziemnym w prawo… czyli… Musiałby być gdzieś w pobliżu! Rozejrzałam się i zobaczyłam czerwony szynobus. Podbiegłam – wyświetlana z przodu nazwa miejsca docelowego też się zgadzała. Na szczęście nie musiałam biegać pod ziemią, pod schodach, w górę i w dół – obok mnie były dwa przejścia na kolejne perony, a pociąg stał przodem do mnie, więc maszynista musiałby być niezłym sadystą, żeby ruszyć, widząc drobną dziewczynę obładowaną tobołkami, truchtającą (bo na bieg nie miałam już sił) w stronę pociągu.
Drzwi pociągu jeszcze były otwarte, a młoda pani konduktor nie wyglądała nawet na taką, której się spieszy. Weszłam spokojnie do środka, czując się jak Struś Pędziwiatr. Mig-mig!

Gdy czekałam na tramwaj na Malcie, zorientowałam się, że w całym tym pośpiechu nie spytałam, jakiej pracy dotyczyć będzie dzisiejsza rozmowa. Zadzwoniłam więc na numer, z którego zadzwoniła do mnie sympatyczna dziewczyna – włączyła się poczta głosowa. Napisałam smsa i już po chwili dostałam odpowiedź: „Jest to praca w telemarketingu”.
Wysłałam już tyle zgłoszeń, że nie pamiętam każdego ogłoszenia, na które odpowiedziałam, ale jeżeli wysłałam CV do call center, to musiała to być jakaś super oferta.
Ale w tamtym momencie to nie miało dla mnie znaczenia. Nie będę łapać się byle czego. Może i pracodawca pozwala na elastyczne godziny pracy. Może i dostaje się bonusy i premie. Może. Nigdy nie chciałam zarabiać na wciskaniu ludziom tego, czego nie chcą kupić za cenę wyższą, niż jest to warte, zajmując im na siłę więcej czasu, niż mają. Nie chcę stać się jednym z ludzi, którzy – wiem, że to jest ich praca, nie ich wina itp., a prywatnie są normalnymi ludźmi – którzy zawsze mnie irytowali i nadal irytują. A właściwie to nie telemarketerzy mnie irytują, ale ich przełożeni i cały system manipulacji innymi, braku wzajemnego szacunku i nastawienie wyłącznie na zysk. Jeżeli już nic nie znajdę, to będę szukać chętnych na korki.

Telefonu między 19.00 a 20.00 się nie doczekałam.

…A w trakcie pisania tego posta odebrałam telefon i umówiłam się na rozmowę w restauracji z makaronami :)

________________________________________________________________________

Ze względu na kompozycję tego wpisu kolejną dedykację umieszczam tutaj, na końcu – dla Karolci, z którą widziałam się dwa razy w życiu – raz, kiedy miałam 15 lat, a drugim razem – w tym roku, gdy umożliwiła mi nocleg przed egzaminem we Wrocławiu. Dostałam od niej naklejkę. Jeśli chcecie dedykację, dawajcie mi naklejki.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Ja jestem kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boję!

  1. aga pisze:

    „spotkałam się ze znajomą” o rety, to chyba o mnie ^^
    Zoooś, powodzenia z makaronami !
    Once again – świetnie czyta się Twego bloga!

    • Taaak, to chyba o Tobie! :D Jestem bardzo ostrożna, jeśli chodzi o ujawnianie tożsamości. Ale o tym zdążyłaś się pewnie zorientować ;)
      Dziękuję, dziękuję, dziękuję

  2. Kamil pisze:

    bylo tez filozoficznie:
    „Nigdy nie chciałam zarabiać na wciskaniu ludziom tego, czego nie chcą kupić za cenę wyższą, niż jest to warte, zajmując im na siłę więcej czasu, niż mają. ”
    ;)
    a z bieganiem na pociag/autobus mam tak samo, juz nie pamietam ile razy mialem takie sytuacje jak ty.

    • Biorąc pod uwagę to, że wkrótce będę codziennie poruszać się tramwajami, plus fakt, że choćbym nie wiem, jak duży zapas czasu sobie zostawiła, i tak wszystko robię na ostatnią chwilę, obawiam się, że mogę podzielić Twój los.

  3. Ev pisze:

    Uwielbiam to powiadomienie na forum „NOWY WPIS!”.
    I tak jak wyżej powodzenia w restauracji! :))

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s