Lokum energetyczno-filologiczne

– Znalazłam! Znalazłam! Jest idealne! Ma łazienkę z bieżącą wodą, drewniane podłogi tylko minimalnie wypaczone i jestem tu od czterech pełnych minut, a nie widziałam ani jednej myszy ani nawet karalucha.

(L. Weisberger, „Diabeł ubiera się u Prady”)

___________

Ostatnie półtora tygodnia przebiegło pod znakiem szukania mieszkania dla Kijanki i dla mnie. Po wielu rozmowach telefonicznych z właścicielami i pośrednikami byłyśmy umówione na oglądanie trzech mieszkań w piątek, natomiast w czwartek postanowiłyśmy pojechać do Poznania, aby udać się do „Studenckiego Biura Kwater”, gdzie na miejscu miały zostać nam przedstawione różne oferty, z których mogłyśmy wybrać trzy najbardziej odpowiadające, a następnie po uzgodnieniu szczegółów z właścicielami miałyśmy owe mieszkania obejrzeć – to przynajmniej usłyszałam przez telefon, kiedy zadzwoniłam do Biura.

Stawiłyśmy się na miejscu, wybrałyśmy trzy mieszkania (dwa z nich zainteresowały nas już wcześniej w internecie – i to tylko z opisu, bo żadnych zdjęć nie było ani w sieci, ani w biurze), po czym usłyszałyśmy:
– Mm… Zasady współpracy panie znają, tak?
Nie znałyśmy.

Okazało się, że aby obejrzeć te mieszkanka, należy wnieść opłatę w wysokości 395 złotych – wtedy oni dzwonią do właścicieli, umawiają wizytę jeszcze tego samego dnia, a jeżeli żadne z mieszkań nie przypadnie nam do gustu, możemy szukać dalej, do dziesięciu mieszkań na jedną opłatę.

Podziękowałyśmy.

Zadzwoniłam do pana, który miał mieszkanie na Ławicy i do którego miałyśmy jechać następnego dnia. Udało mi się przełożyć naszą wizytę na czwartek i z cudownego Studenckiego Biura Kwater pojechałyśmy na Ławicę. Nie bez drobnych zawirowań, bo oczywiście moja umiejętność poruszania się po Poznaniu ogranicza się do kilku określonych dzielnic, ale poświęciłam 5 złotych na połączenie WAP/GPRS i już w autobusie, jadąc w stronę Ławicy, sprawdziłam, czy jesteśmy w ogóle w dobrym autobusie i gdzie powinnyśmy wysiąść.
Po kilkunastu minutach znalazłyśmy się na odpowiednim przystanku, pokręciłyśmy się trochę po okolicy, pytając kilka osób, jak dotrzeć na ulicę, przy której stał dom, no i znalazłyśmy nasze miejsce przeznaczenia. Pan właściciel był tak samo sympatyczny, jak podczas tych wszystkich rozmów telefonicznych, które z nim odbyłam, i pokazał nam malutką, ale ładną i przytulną klitkę, w której było wszystko to, czego potrzebowałyśmy. Dwa pokoje – jeden mały, drugi trochę większy, malutka łazienka oraz kuchnia w korytarzu-przedpokoju. Miejsca tyle, ile jest niezbędne, zdecydowanie nie było tam żadnej zbędnej przestrzeni. Czynsz przystępny, niskie rachunki, spokojna okolica, właściciel uczciwy i sympatyczny… Pożegnałyśmy się i spojrzałyśmy na siebie porozumiewawczo.

W piątek obejrzałyśmy jeszcze dwa mieszkania – na Dębcu (już jadąc tramwajem przez Wildę obie wyobrażałyśmy sobie powroty do domu wieczorami, kiedy nie będzie pewne, czy dotrzemy na miejsce w jednym kawałku) i na Nowowiejskiego (ścisłe centrum, ale mieszkanie w starej kamienicy, więc sufit pewnie na wysokości min. 3 m, w związku z tym za samo ogrzewanie w okresie zimowym wychodziłoby 500 zł [a właściciel, tak na marginesie, wydał mi się nieco podejrzany…]). Po wyjściu z kamienicy usiadłyśmy na leżakach na Placu Wolności i z bułkami w dłoniach rozpoczęłyśmy konsultacje.

Po kilku, kilkunastu minutach stwierdziłyśmy, że odpuszczamy inne mieszkanie na Dębcu, którego nie udało nam się obejrzeć, bo pośredniczka nie dojechała, a które miałyśmy oglądać w przyszłym tygodniu, i dzwonimy do pana z Ławicy.

– Dosłownie pół godziny temu wynająłem już komuś to mieszkanie…
Jak pech, to pech.
– …ale jeżeli są panie tak bardzo zainteresowane, to… – Tryb Konspiracyjnego Głosu Francuskiego Łącznika włączony – …będę miał jeszcze dwa mieszkania. W tym samym domu, jedno obok tamtego, które panie widziały, drugie na piętrze. Ale dopiero od… tak 15 września, bo tam jest teraz remont.

Chwilę z nim porozmawiałam i, w pełni uradowane, poprosiłyśmy o zarezerwowanie nam jednego mieszkania. Właściwie ten sam układ, te same opłaty. Może trochę daleko… No ale jest. Nowe, ładne, świeżo umeblowane. Mam tylko za jakiś czas zadzwonić i potwierdzić, przypomnieć się.

To był piątek. Jednak ciągle miałyśmy w głowach, że mamy zostawione mieszkanie, „ALE”. Postanowiłyśmy, że jeszcze przez weekend popatrzymy na ogłoszenia, a jeżeli nic nie znajdziemy, w poniedziałek zadzwonię do pana i potwierdzę, że weźmiemy trzydziestopięciometrowe mieszkanko na piętrze – na sto procent.
Po południu już Kijanka odpadła i ogłosiła kapitulację w kwestii przeglądania ogłoszeń, ale ja znalazłam jeszcze kilka ciekawych i zakomunikowałam jej, że nie możemy sobie odpuścić na weekend, bo trzeba to załatwić teraz, jak najszybciej.

Jedno z ogłoszeń wyglądało… Cudownie.
Dwa duże niezależne pokoje – 18 i 20 metrów (!), łazienka, piękna kuchnia (kuchnia! normalna kuchnia! Nie „aneks kuchenny”, nie blat z elektrycznym podwójnym palnikiem w korytarzu!), na Grunwaldzie ze świetnym dojazdem do centrum i naszych uczelni. A wszystko w cenie, która ledwo, ledwo, ale jednak mieściła się w granicach naszych możliwości. Znalazłam je w piątek wieczorem, zapisałam wszystko na kartce i zaraz po sobotnim śniadaniu zadzwoniłam na podany numer.
W rozmowie nie dowiedziałam się o jakichś nie podanych wcześniej kosztach, nie usłyszałam, że kuchenka co prawda jest, ale nie działa, a woda jest ciepła, jeśli podgrzejemy ją w czajniku, który same przywieziemy. Umówiłam się na oglądanie mieszkania w poniedziałek o 16.00.

Powiedziałam o tym mamie. „Przecież w poniedziałek masz na 17.00 spotkanie organizacyjne w sprawie kursu jazdy”.

Zadzwoniłam do właściciela.
Przełożyłam na 15.00.

Pojechałam z mamą na zakupy, w mieście wysłałam tacie, który jest w Holandii, smsa z wszystkim, co dotyczy tego mieszkania. Tata nieufny, pogadamy w domu przez telefon.

W rozmowie z tatą ustaliłam, na co muszę uważać i doszłam do wniosku, że dobrze byłoby pojechać tam z kimś dorosłym, kto ma doświadczenie w podpisywaniu umów ( ;) ), w ogóle w życiu i wygląda na więcej niż 18 lat. Moja mama nie mogłaby jechać, tata za granicą – pozostają rodzice Kijanki.
Po paru smsach z Anią zadzwoniłam do właściciela mieszkania.
Przełożyłam oglądanie na dziś, na godz. 11.00.

No i pojechaliśmy – Anka Kij, jej Tata i ja. Okolica ładna. Dom też (kostka z lat 30.). Byliśmy na miejscu pół godziny przed czasem, więc posiedzieliśmy kilka minut w samochodzie, po czym zadzwoniliśmy do furtki.

Sześćdziesięcioletni właściciel pokazał nam mieszkanie. Mogłoby wyglądać gorzej, niż na zdjęciach. Kadr mógł czegoś nie złapać. Farba mogła się kruszyć, łóżko zapadać.
Nic. Mieszkanie śliczne. Idealne!

Pozostawały jeszcze zatem kwestie formalne. Umowa, którą przygotował pan, miała być zawarta między każdą z nas (osobno – na pokój z dostępem do łazienki i kuchni) a jakąś kobietą o włosko brzmiącym nazwisku, zamieszkałą we włosko brzmiącej miejscowości.

– No dobrze – powiedziałam. – A kim jest pani XYZ?
Gospodarz odpowiedział, że to jego siostra (tutaj nastąpiła krótka opowieść o rodzinnych perypetiach), to jest jej mieszkanie, a on jest upoważniony (spytałam też o akt własności). I nawet gdzieś ma taki tam papierek, ale, hehe, taki tam bałagan, że nie mógł znaleźć, no nie mógł znaleźć, zresztą może lepiej, gdybyście państwo tego nie widzieli, bo to jest takie archiwum, hehe, bałagan jak w jakichś tajnych aktach.

Oho.

Po paru minutach rozmowy ustaliliśmy – w trójkę idziemy na pół godziny albo godzinkę obejrzeć okolicę, przejść się, może wypić jakąś kawę, a pan tych dokumentów spokojnie poszuka.

Sprawa wyglądała troszkę podejrzanie, ale facet nie wyglądał podejrzanie, więc kiedy minęło pół godziny, odniosłam kubek po kawie do kasy w McDonald’sie i wróciliśmy do mieszkania.

No i proszę, okazało się, że jednak da się znaleźć potrzebne upoważnienie, „a nawet dowód”, który gospodarz łaskawie pokazał, żebyśmy wiedzieli, że jest tym, za kogo się podaje. Jeszcze raz przeczytałyśmy umowę, upoważnienie, obejrzałam dowód, pan obejrzał nasze i spisał z nich na umowie nasze nazwiska i PESELe, z kolei ja bezczelnie spisałam jego nazwisko i numer dowodu. Napisaliśmy swoje numery telefonów, z tyłu umów pan napisał też potwierdzenie, że zapłaciłyśmy kaucję, wymieniliśmy się papierami (on dał nam kartki z umową, my jemu – banknoty) i w pokojowej atmosferze pożegnaliśmy się.

Tak więc… Mamy mieszkanie! Ładne. Czyste. Wyposażone. Blisko centrum. Niepożerające kieszeni naszych i naszych rodziców razem z dnem. Ach!

Już myślałam, że skończymy w jakimś mieszkaniu, które będzie „w porządku”, „może być”, „jak na tę cenę, to ładne”. Mieszkaniu „fajnym, ale trochę daleko”, „przytulnym, tylko szkoda, że nie ma pralki”. Tymczasem mamy…mieszkanie idealne! Bez „ale”!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

19 odpowiedzi na „Lokum energetyczno-filologiczne

  1. Miniaturka Żaby pisze:

    Tak mnie wciągnęło czytanie o tym wszystkim, w czym przecież uczestniczyłam, że zapomniałam, że w ciągu kilku minut miałam wyjeżdżać ;P

  2. karola pisze:

    Oooo, stół w kuchni. Przyjemnie :)

  3. Ja xd pisze:

    Ale bez ciepłej wody?:O

    • Jak to „bez”? Kto powiedział, że bez?

      • Ja xd pisze:

        „a woda jest ciepła, jeśli podgrzejemy ją w czajniku, który same przywieziemy”
        chyba ze sie juz pogubilem i to nie do tego mieszkania

      • „W rozmowie NIE DOWIEDZIAŁAM SIĘ się o jakichś nie podanych wcześniej kosztach, NIE USŁYSZAŁAM, że kuchenka co prawda jest, ale nie działa, a woda jest ciepła, jeśli podgrzejemy ją w czajniku, który same przywieziemy. ” :)

  4. aga pisze:

    Cieszę się niezmiernie !!! Wygląda, że super trafiłyście! I jeszcze fakt, że będziemy się mijać na uczelni :) I chodzić do teatru :D Zooooooooś tak się cieszę, że będziesz w Poznaniu!!!!!

  5. Miniaturka Żaby pisze:

    Nieźle to brzmi, „lokum energetyczne” :D

  6. abzi pisze:

    Wygląda mi to na doskonałe mieszkanie na zlot z forum GA! :D

    • Oczywiście, oczywiście… Dogadamy szczegóły… Ale to może potem, bo teraz jestem taka zajęta. Moi ludzie się z Wami skontaktują. Załatwimy to bez świadków. Oddzwonimy do państwa.

  7. Ev pisze:

    Śliczne mieszkanko, Zosiu. Bardzo ładna kuchnia (wybacz, zazwyczaj najpierw patrzę na kuchnię :)).

  8. sunycia pisze:

    Pokoje wyglądają trochę komunistycznie na pierwszy rzut oka hehe ;) Ale pewnie dobrze jest. Kuchnia duża, możecie gotować wg przepisów Magdy Gessler… i mnie zaprosić na wykwintności tego świata hahahhahahha ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s