Umówmy się na szczerość

Mogę być szczera?

Kolejny raz doszłam do wniosku (a może nie doszłam do tego po raz kolejny, tylko po prostu trwam w tym przekonaniu), że ludzie to fascynujące stworzenia.
Mogłabym napisać „ludzie są dziwni”, ale to stworzyłoby kolejny paradoks, nad którym można by się rozwodzić w nieskończoność, a i tak do niczego konkretnego by się w końcu nie doszło.
Dlatego po części ironicznie, a po części całkowicie poważnie (dziś dzień oksymoronów i sprzeczności stwarzających wrażenie błędów językowych, hm?) stwierdzam, że ludzie są fascynujący.

Chcą żyć najprościej (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), jak się da, co ma na celu prowadzenie życia szczęśliwego, chcą być akceptowani takimi, jakimi są, mówić, co myślą i robić to, co kochają, bez względu na opinie innych i krzywe spojrzenia, których najlepiej, gdyby w ogóle nie było. Chcą świata bez intryg, zakłamania, udawania i wszelkiego fałszu, a tymczasem sami żyją i zachowują się tak, że tworzy się błędne koło, w którym udawanie kogoś, kim nie jesteśmy i mówienie tego, co wydaje nam się, że inni chcą usłyszeć, jest na porządku dziennym.

„Chcą”, „żyją”, „zachowują się”. Oni, oni, oni. My! Każdy z nas. Niestety.

„Mogę być szczera?” – jak często słyszymy takie pytanie w zwykłej rozmowie? Jak często je wypowiadamy? Co to znaczy – że jesteśmy tak przyzwyczajeni do białych kłamstw i wymuszonej uprzejmości, że każde szczerze słowa, które mają wypłynąć z naszych ust, muszą być poprzedzone fajerwerkami, bannerem przyczepionym do samolotu i oficjalnym obwieszczeniem burmistrza?
Oczywiście bycie sobą nie zawsze jest proste. Oczywiście narażamy się na niezrozumienie i odrzucenie. Człowiek jest istotą społeczną i każdy z nas chce być akceptowany przez jakąś tam grupę, w której żyje lub ma nadzieję żyć. Ja to rozumiem, bo sama, tak się akurat składa, jestem człowiekiem. Ale WARTO podjąć trud, przełamać się i pokazać swoje prawdziwe uczucia, wyznać nasze poglądy, powiedzieć na głos, co leży nam na sercu, bez zamartwiania się „co oni sobie o mnie pomyślą”, „przecież to głupie” i bez duszenia w sobie tego, co sprawa, że jesteśmy tym, kim jesteśmy.
Sama przekonałam się, że często nawet nie zdajemy sobie sprawy, że twarz, którą pokazujemy na co dzień, to maska. Naprawdę. Może się powtórzę, może jestem monotematyczna, ale dopiero kiedy rok temu wyjechałam na dwa tygodnie do Poznania na warsztaty, dopiero kiedy pozwoliłam sobie na jakieś… oczyszczenie (tak, brzmi to patetycznie, ale właśnie to słowo mam w głowie, kiedy o tym myślę – i DLACZEGO tłumaczę się z tego, jakich słów używam? No właśnie.), dosłownie, detoks psychiczny – dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jak wiele ukrywam i duszę w sobie w codziennym życiu, w moim mieście. Wśród członków rodziny, wśród znajomych, nawet przyjaciół (tak na marginesie, moja definicja przyjaciela też uległa zmianie). Jesteśmy tacy ostrożni, bo przecież nie mogę komuś tak po prostu powiedzieć, że go lubię. Nie mogę powiedzieć komuś: „Ufam ci”. Omujbosze, kto tak robi? Zachowanie co najmniej dziwne i podejrzane. Nie mogę przecież ot tak stwierdzić, że coś sprawia, że jestem szczęśliwa – bo kto teraz używa takich słów? Pewnie by mnie posądzono o jakiś… artystyczny snobizm. Albo o wstąpienie do sekty.

Bycie sobą jest trudne tylko na początku. Kiedy ludzie wokół zaczną zauważać, że naprawdę uważamy, że uczucia są po to, żeby je okazywać, a myśli po to, żeby dzielić się nimi z innymi, wtedy przestaną patrzeć na nas jak na niby-natchnionych, nadmiernie sztucznych w swojej pseudoautentyczności snobów. A jeżeli otoczymy się osobami, którym nie musimy wcale udowadniać, że coś takiego jest możliwe; jeżeli będziemy przebywać w towarzystwie tych, którzy też nie boją się pokazywać tego, kim są – wtedy mamy szansę stać się najszczęśliwszymi ludźmi na Ziemi. Albo w mieście. Albo w mieszkaniu. Tak czy siak, nigdy nie czułam się tak wolna i tak szczęśliwa, jak wówczas, gdy przebywałam wśród ludzi, dla których NIEUDAWANIE było normalne.

Oczywiście nie mam na myśli tego, że mamy całkowicie otwierać się przed każdym, kogo poznamy, ludziom na ulicy prawić komplementy, a tym, których nie znosimy, niszczyć życie tylko dlatego, że „czujemy do nich niechęć i chcemy to wyrazić”. Po prostu ja sama mam czasem w głowie myśl, którą chciałabym powiedzieć na głos, ale boję się ośmieszenia. Albo chciałabym z kimś porozmawiać, chociaż pewnie nie mam o czym. Nieblokowanie się jest jak głęboki oddech świeżego powietrza. A ciągłe powstrzymywanie się przed wyrażaniem tego, jacy naprawdę jesteśmy, jest równie nienaturalne co zaprzestanie korzystania z toalety. Inni może nie zauważą, ale pęcherz boli coraz bardziej!

Więc dajmy upust naszym uczuciom i myślom. Są tak kolorowe, że przykrywanie ich innymi zrobi z nas szaroburą masę. Nie jesteśmy czarno-biali!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „Umówmy się na szczerość

  1. Moniu pisze:

    ludzie najbardziej boją się nieznanego, może właśnie dlatego to jest druga osoba – jego reakcja. boimy się mówić szczerze tylko dlatego, że nie raz ktoś naszą szczerość, [i, że teraz to tak brzydko ujmę] naiwność wykorzystał przeciwko nam. po jednej nie miłej sytuacji jesteśmy układamy sobie system obronny, w którym przestajemy mówić to co może być skierowane przeciwko nam, nie pokazujemy siebie, tylko właśnie to – co ci ludzie chcą zobaczyć. natomiast, po choć jednej miłej, udanej sytuacji/rozmowie, tak na prawdę nie dzieję się nic.. ciężko zaufać komuś, nawet jeśli ten nigdy nie miał do czynienia z przykrymi doświadczeniami w twoim życiu. [twoim – mam na myśli jakiegoś osobnika pokroju ludzkiego, bo przecież ciężko nazwać każdego człowieka, człowiekiem]. najważniejsze w tym świecie to mieć chyba odrobinę zdrowego rozsądku.

  2. aga pisze:

    Zooooś! Lubię Cię bardzooo!

  3. unmadebed pisze:

    Są ludzie tak zahukani, że potrafią latami udawać kogoś kim nie są. Znam też takich, dla których niebywałą przyjemnością jest przybieranie różnych masek (któregoś dnia ubierają się inaczej niż zwykle i wychodzą z domu z postanowieniem, że dzisiaj nie będą wcale Anną Kowalską tylko Marią Nowak – to jest trochę przerażające). Myślę, że ma to ogromny związek nie tylko z ogólną obyczajowością rzeczywistości, w której żyjemy (że odnosimy wrażenie, że głupio jakoś wyrażać co się myśli), ale także z kompleksami po prostu (tacy ukryci ludzie uważają często, że są zbyt nudni będąc sobą i kreują się ciągle od nowa). Śmiem sądzić, że to może być uzależniające.

    • Uzależniające. I wydaje mi się – albo czuję – że takie nakładanie kolejnych masek nie tylko może sprawić, że zapomnimy, kim naprawdę jesteśmy, ale wręcz pozbędziemy się naszego prawdziwego „ja” i staniemy się kimś, kogo sami nawet nie potrafimy określić (może to porównanie jest zbyt patetyczne, ale kojarzy mi się to z wodą, która sama nie ma kształtu, za to dostosowuje się do każdego naczynia, w którym się znajdzie).

  4. sunycia pisze:

    Cudny post… :*

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s