Koniec seansu! Maestro! Zasuwaj pan marsza!

Kiedy w wakacje nie mam żadnego konkretnego zajęcia czy zobowiązania, słowem – gdy nie mam nic do roboty, tracę wenę twórczą oraz chęć do jakiegokolwiek wysiłku intelektualnego, co prowadzi do braku aktywności na blogu. Cała jestem zresztą niejako zawieszona w oczekiwaniu – czekam na pierwszą jazdę samochodem w ramach kursu, na decyzję rodziców w kwestii mieszkania w Poznaniu i tak mijają minuty, godziny i dni z serialami albo książkami (z tym, że te drugie nie wywołują takich wyrzutów sumienia). Tak czy siak, statystyki mojego bloga stały się przerażające, a ja mam poczucie, że całe dnie nic nie robię. Zaraz potem pojawia się kolejne poczucie, że to cisza przed burzą.

Miałam urozmaicić swoje życie, które od zakończenia warsztatów nie zdążyło jeszcze całkiem stężeć z bezruchu, imprezą u znajomego z warsztatów (albo, jak to pięknie nazwał, „Kulturalną Improwizowaną Etiudą Alkoholową”). Nie jestem co prawda imprezowiczką pierwszej klasy, wieczory najczęściej wolę spędzać w domu lub ewentualnie na jakiejś posiadówce z bliskimi znajomymi, ale postanowiłam, że pointegruję się trochę ze światem zewnętrznym i ludźmi, którzy w nim żyją, skorzystam trochę z tego wolnego czasu, który teraz – nie wiadomo, jak długo jeszcze – mam, zignoruję fakt, że nie czuję się zbyt komfortowo pośród dużej ilości alkoholu i osób, które są do niego przyzwyczajone i po prostu pojadę się zabawić. Postanowiłam to około dwudziestej drugiej w niedzielę.

Mniej więcej o północy poczułam się tak źle, że w ciągu pół godziny zakończyłam prowadzone godzinami rozmowy na czacie i poszłam pod prysznic i do łóżka. Następnego dnia wstałam tylko po to, by przekonać się, że nie jestem w stanie funkcjonować w tej pozycji, więc się położyłam (co ułatwiło mi funkcjonowanie o tyle tylko, że na leżąco nie czułam nudności). Cały poniedziałek spędziłam w łóżku, najpierw w stanie podgorączkowym, a później z gorączką. Nie traciłam przytomności, myślałam w miarę rozsądnie, więc uznałam, że ponieważ nie wiem, czy brzuch boli mnie z głodu, czy to objaw choroby, nie będę osłabiać jeszcze mojego wątłego ciała głodówką. Głosem tak mocnym, jak głos umierającego Chopina co kilka godzin wołałam z piętra:
-Mamooo… (lub: „tato” lub „halo”)! Mogę prosić chleeeb?
Najczęściej nikt nie odpowiadał, więc wołałam jeszcze raz „mamo”, „tato” albo „halo”, po czym zwykle słyszałam albo „Już idę!”, albo:
-Mówiłaś coś?
-Mogę chleb?
Tutaj często nastawała cisza albo stwierdzenie „nie słyszę, co mówi” nieskierowane do mnie i połączone z odgłosem kroków w moją stronę, więc wołałam, wydawało mi się, że głośno:
-CHLEEEEEB!!
Po południu mój jadłospis wzbogacił się o sucharki.
I tak impreza minęła, a ja cały czas leżałam w łóżku. Kiedy obudziłam się rano, nie czułam się ani trochę lepiej. Zaczęłam myśleć o jakimś skontaktowaniu się z lekarzem, to samo podsunęła mi moja mama, ale kiedy wstałam do łazienki, nie zdążyłam nawet umyć zębów, kiedy nudności wróciły i musiałam wracać do łóżka, żeby nie skończyło się gorzej. Najpierw stwierdziłam, że odwiedzenie lekarza jest po prostu niemożliwe, bo nie wytrzymam tak długo w pozycji pionowej. Poza tym nie wiedziałam, ile schudłam na mojej diecie wirusowo-sucharkowej i już miałam w głowie obraz, kiedy trafiam na jakiegoś lekarza, który widzi taką leżącą blond chudzinę, pyta o wagę, a potem mnie waży i okazuje się, że waga wskazuje czterdzieści dwa kilo albo jakąś inną przerażająco niską liczbę, której nie spodziewałam się po dniu chorowania z sucharkami, i nie diagnozuje u mnie zatrucia albo jakiegoś wirusa, tylko ewidentną anoreksję.
Może jednak nie myślałam tak całkowicie rozsądnie, kiedy chorowałam.
Tak czy siak, ostatecznie stwierdziłam, że w ciągu jednej doby nie mogłam stracić na wadze aż tak, żeby stać się workiem ziemniaków i wizyta u lekarza rodzinnego nie będzie jednoznaczna ze skazaniem mnie na pobyt w zakładzie psychiatrycznym z powodu źle postawionej diagnozy i mimo że było mi niedobrze za każdym razem, kiedy wstawałam na kilka minut, poprosiłam moją mamę, żeby zarejestrowała mnie do lekarki.
Co ciekawe, w ciągu 2 godzin, które minęły do czasu, gdy wstałam, gorączka spadła. Udało mi się nie tylko umyć zęby, ale też wejść pod prysznic i umyć włosy. Gdyby nie powolny i czasem chwiejny krok, można by pomyśleć, że wcale nie byłam chora. Pani doktor stwierdziła coś wirusowego (tak, nie podała konkretnej nazwy, tylko „coś wirusowego”), zapisała mi węgiel, probiotyk i coś jeszcze – wszystko bez recepty – i na luzie odesłała do domu.

Następnego dnia pojechaliśmy całą rodziną do Poznania. Odwiedziłam Teatr, żeby odebrać sznur mojego wujka, który zostawiłam po pokazie końcowym, a który stał się powodem OGROMNEGO rozczarowania, zawodu i poirytowania brata mojej mamy, przy okazji dostałam też płytę z filmem z pokazu, załatwiliśmy z rodzicami, co było do załatwienia i pojechaliśmy na to, czym wynagrodziłam sobie 36 godzin w łóżku – zakupy.
Rodzice byli wyjątkowo tolerancyjni, a wyprzedaże trwają, więc do momentu, kiedy mój tata całkowicie stracił humor (a na takich zakupach ten moment zawsze następuje, nawet jeśli nikt z nas nic nie kupi), udało mi się zdobyć spódnicę, bluzkę, spodnie, okulary, naszyjnik i kosmetyki. Oczywiście żadna z tych rzeczy nie była kupiona bezmyślnie i zakup każdej z nich mogę uzasadnić.
Po powrocie do domu postanowiłam, że zrobię generalny przegląd szaf i wreszcie pozbędę się z nich tych ubrań, których od dłuższego czasu nie noszę. Wczoraj udało mi się to zrealizować – poprosiłam tatę o karton, poświęciłam trochę czasu i bez ceregieli i zbędnych sentymentów („A może to będę nosić…”) ocenzurowałam swoją garderobę, tym samym stwarzając przestrzeń dla nowych ubrań. Większość z nich uporządkowałam w szafach dziś.

Skończyłam Pradę i zabrałam się za pierwszą część Harry’ego Pottera. Postanowiłam, że do końca wakacji przeczytam wszystkie części. Wciąż pamiętam, jak dosłownie nie mogłam oderwać się od książki, kiedy czytałam piątą, szóstą, siódmą część. Całe dnie spędzałam na fotelu, przynosząc kolejne szklanki herbaty, a jedząc obiad, myślałam o tym, co właśnie przeczytałam i co zdarzy się za chwilę. Zatęskniłam za tym. Więc będę czytać.

PS To mój trzydziesty wpis na tym blogu.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

11 odpowiedzi na „Koniec seansu! Maestro! Zasuwaj pan marsza!

  1. Portos pisze:

    też właśnie wypożyczyłam pierwszą część HP i zacznę czytać od nowa :)
    PS. Pingwinki otaczające mój kursor są trochę przerażające

  2. Ev pisze:

    Książki przydają się w wakacje. :))
    Ostatnio również zrobiłam porządki w szafie, mimo że byłam bezwzględna (-To jest ładne – A założyłaś to w ubiegłym roku? – Nie… Do worka. :D) to nadal twierdzę, że mam za dużo ubrań w których nie chodzę. A za mało tych, w których mogłabym chodzić codziennie. ;D

    PS. Lubię pingwinki otaczające kursor.

  3. abzi pisze:

    Też czytam Harry’ego! Już kończę, zaczęłam właśnie 7 część i z ubolewaniem docieram do końca serii :( Muszę przyznać, że zupełnie inaczej mi się je czyta teraz, jak jestem „dorosła” niż kiedyś :)

    • Tego też się trochę boję – że wcale nie będzie mi się tak świetnie czytało, jak kiedyś…

      • abzi pisze:

        Co prawda to prawda… Pierwsze części zdecydowanie nudniej mi się czytało, więcej znajduję nieścisłości i nielogicznych kwestii (może się po prostu czepiam?), a Harry jest zdecydowanie bardziej irytującą postacią niż 10 lat temu, a w każdym rozdziale złości się na kogoś ;D

      • karola pisze:

        abzi, jakie nieścisłości? też planuję powrót do Harypcia, ale muszę chyba jeszcze poczekać, bo kilka lat temu katowałam te książki kilka razy w roku i wciąż znam większość dialogów, więc żadna przyjemność czytania :P

  4. abzi pisze:

    Trochę za dużo rozpisywania się jak na komentarz, jako że jestem w 7 części to na przykład mogę podać, że zabierając HP od Dursleyów nie używają przy nim zaklęć z powodu namiaru, a w 5 części (przed wylotem do Zakonu) wszyscy śmigają przy nim zaklęcia jak im się podoba :D

  5. sunycia pisze:

    Umyłaś włosy chora? Moja matka by mi nie pozwoliła – wg jej teorii w czasie choroby praktycznie wcale nie należy się myć, bo po prysznicu się człowiek ochładza… i takie tam. Ale ja i tak robię po swojemu, bo przecież jak najbardziej należy się myć, by zmywać z siebie chorobę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s