Bo czasem lepiej odejść od zmysłów, by nie zwariować

Obrazek
Wyżej: Kijanka i ja w pizzerii we Wrocławiu. Zachęcam do przejrzenia zdjęć, o które wzbogaciłam poprzedni wpis. :) LINK DO WPISU

________________________________________________

Po straceniu cheeseburgerowego dziewictwa końcówka tygodnia minęła szybko. W sobotę rano pojechałam do domu, po południu wróciłam na zajęcia z reżyserem i logopedą, a niedzielę spędziłam prawie w całości, czytając na łóżku w moim tymczasowym poznańskim mieszkaniu „Diabeł ubiera się u Prady”. Ach, jakie to cudowne uczucie znów… móc… czytać! Nie przejmując się sprawdzianami, maturami, egzaminami na studia…! I dawać się wciągać lekturze, tak że każde wyjście do kuchni po herbatę albo kanapkę powoduje uczucie tęsknoty i głodu liter! W ciągu ostatniego roku zdążyłam już zapomnieć, jak to jest. I poza lekturami szkolnymi przeczytałam chyba jedną książkę – we wrześniu czy październiku – a i z tymi obowiązkowymi na lekcje języka polskiego było u mnie… ekhm, krucho (a jednak sprytny lisek zawsze się jakoś wykaraskał).

Minął weekend, nadszedł drugi tydzień warsztatów i pierwsze zajęcia z wiersza, prowadzone przez wspomnianego już przeze mnie starszego aktora, z którym wcześniej nie miałam do czynienia. Już w poniedziałek powiedziałam przed wszystkimi trzy wiersze – dwa, kiedy na środek wychodzili ci, którzy chcieli iść jako pierwsi (pan prowadzący mnie miło zaskoczył, śmiejąc się na moje słowa: „Rozbitek Rafała Bryndala” – nigdy wcześniej nie spotkałam nikogo, kto kojarzyłby ten wiersz) i jeden, kiedy już wszyscy przedstawili, co mieli do przedstawienia i zostało trochę czasu na dodatkowych ochotników. Ten jeden wiersz, który powiedziałam w ostatnich minutach zajęć, był… moim wierszem. Nie piszę (a raczej: nie pisuję) często wierszy, ale ten zdobył akurat wyróżnienie w okręgowym konkursie, sratatata, więc pomyślałam, że może nikt nie zorientuje się, że nie jest to utwór jakiegoś doświadczonego i/lub cenionego poety, jeśli tego nie powiem. Prowadzący na szczęście nie spytał o autora ani o tytuł, a ja chciałam tylko sprawdzić dwie rzeczy: a) czy mój wiersz będzie jakoś odstawał od innych wierszy przedstawionych na zajęciach, czyli czy będzie zauważalnie gorszy (i ogólnie jakie sprawi wrażenie) oraz b) czy będę umiała powiedzieć własny wiersz. No i byłam też ciekawa, czy usłyszę znów kolejne interpretacje i próby wejścia w umysł „poety” lub „podmiotu lirycznego”. Mówiłam te słowa, przechodziły mnie dreszcze i czułam się, jakbym czytała wszystkim mój pamiętnik, ale jednocześnie byłam pewna tego, co mówię, i mówiłam to tak, jak myślałam, kiedy go pisałam. Podobały mi się te wszystkie uczucia na raz, zwłaszcza mając możliwość porównania ich z tym, co czułam – a raczej, przede wszystkim, myślałam – mówiąc dwa pozostałe wiersze.
Wiersz podobno powiedziałam dobrze.

Na scenach klasycznych dorwałam piękną zieloną suknię, w której sama sobie przypominałam Zosię z „Pana Tadeusza”. Oczywiście była mi za luźna, ale za nic nie zamierzałam jej oddać. Rok temu na zajęciach nosiłam suknię mniej więcej na mnie pasującą, ale na próbie generalnej przez pokazem okazało się, że ktoś z innych grup też miał ją na sobie, i nie należał do przesadnie dbających o higienę, więc musiałam przygarnąć smutną, przygnębiającą beżową suknię, która też była mi za duża, tak jak tegoroczna, ale wystarczyło spiąć z tyłu materiał agrafką, żeby problem prawie znikł. Pan As rozdał nam teksty z Pana Tadeusza i najwyraźniej nie tylko ja dostrzegałam w sobie Zosię, bo otrzymałam od niego zadanie, żeby znaleźć – poza tym, co dostaliśmy – jakiś opisujący ją fragment, który mogłabym wykorzystać podczas naszego przedstawienia.

W środę musiałam jechać do domu na pogrzeb, więc znów opuściłam cały dzień zajęć. Jakoś specjalnie mnie nie dziwi, że właśnie wtedy zostały ustalone wszystkie szczegóły naszego pokazu ze scen klasycznych, dlatego kiedy wróciłam, mój udział w próbie (do niedzielnego pokazu tylko dwa razy przerobiliśmy naszego Pana Tadeusza, a w sobotę mieliśmy jedną próbę, która okazała się generalną) polegał na tym, że mówiłam, kiedy miałam mówić, wstawałam, kiedy inni wstawali, a gdy gdzieś szli, szłam za nimi.

Mimo że prozę skończyliśmy już w pierwszym tygodniu, udało nam się zmobilizować i w przerwach między ruchem scenicznym, emisją głosu a scenami i wierszem przygotowaliśmy naszkicowany wcześniej z Ł. pokaz z naszymi tekstami z prozy, który w dodatku wydał nam się zabawny! A, szczerze mówiąc, niewiele osób z mojej grupy wierzyło w powodzenie tego, jak to się teraz pięknie mówi, projektu. Ł. też był z nas dumny, więc pod koniec tygodnia promienieliśmy z radości i satysfakcji.

Kilka wieczorów spędzonych w knajpkach, kilka wieczorów i nocy spędzonych przy laptopie mojego wujka albo na moim łóżku, przygotowując się na zajęcia lub knując konspiracyjne plany w tajemnicy przed prowadzącymi – i oto nadeszła sobota z próbami generalnymi i wzruszającą piosenką od Ł., a po niej niedzielny pokaz. W zeszłym roku razem z Monią nagrałyśmy piosenkę o Panu Aktorze i Ł., która potem została niespodziewanie wykorzystana w filmiku promującym warsztaty, więc i w tym roku – mimo nieobecności Moni – postanowiłam przygotować taki hicior. Piosenkę zaczęłam pisać już jakieś dwa tygodnie przed warsztatami, ale po wymyśleniu marnych pierwszej zwrotki i refrenu utknęłam w martwym punkcie i nie napisałam nic więcej aż do… soboty przed pokazem. Pan Od Marketingu nieraz już rozmawiał ze mną na temat nowej piosenki, więc sprawa przestała być już moim prywatnym widzimisię. W sobotę po pierwszym tygodniu zabrałam z domu gitarę i dopiero tydzień później o godzinie 10.44 usiadłam porządnie na łóżku z notesem, kartkami i gitarą, spięłam tyłek, poprawiłam to, co już miałam i dopisałam jeszcze trzy zwrotki. O 11.47 miałam gotową piosenkę. Pojechałam do teatru, a po zakończeniu prób poszłam na umówione wcześniej tajne spotkanie z Wiesiem Akustykiem i nagrałam piosenkę. Nie byłam i nie jestem z niej szczególnie zadowolona, bo wzięłam się za nią w ostatniej chwili, ale wygląda na to, że innym się podoba, a to jest dla mnie najważniejsze – nie pisałam jej przecież dla siebie.

Mimo małych zawirowań, jak zostawienie na scenie ziemniaków i plastikowych talerzyków po naszej prozie otwierającej pokaz, wszystko się pięknie udało! Po pokazie Wiesio puścił moją piosenkę (oczywiście brzmiała zupełnie inaczej, niż miałam nadzieję), którą usłyszeli tylko nieliczni, którzy nie zdążyli opuścić widowni i sceny, z kolei my zajęliśmy się rozdawaniem prezencików w podziękowaniu za warsztaty. A po wszystkim poszliśmy do knajpy na Rynku, żeby nacieszyć się (aha, nacieszyć się, if you know what I mean) ostatnimi chwilami w takim składzie.

Przez to, że przez cały czas trwania warsztatów praktycznie co dwa-trzy dni mnie nie było, ani się tak nie zżyłam z innymi uczestnikami, ani nie czuję takiego wyczerpania i „wyciśnięcia”, jak rok temu. Miałam i jeszcze mam mnóstwo różnych siniaków po ruchu scenicznym, zwracam uwagę na to, jak układam usta i miękkie podniebienie, kiedy śpiewam i mówię, nauczyłam się posługiwać wachlarzem z prawie taką zwinnością, jak osiemnastowieczna kokietka, ale… czuję pewien niedosyt. Najwięcej zmian zaszło w moim… prywatnym, tym najbardziej osobistym życiu, i to najczęściej MIĘDZY zajęciami. Nie potrafię nawet tego teraz określić, ale mogę na pewno stwierdzić, że w zeszłym roku bardziej zżyłam się z większą ilością osób (ba, teraz czułam się nawet trochę z boku, kiedy tak pojawiałam się i znikałam), a niektóre zajęcia były prowadzone w inny, bardziej wyczerpujący (wyczerpujący nas i wyczerpujący temat) sposób. Z kolei w tym roku niektóre z moich już istniejących relacji zmieniły się – może na głębsze, może na swobodniejsze, może na, ogólnie przecz biorąc, przyjemniejsze – ale w stu procentach na lepsze.

Tak czy siak było świetnie. Niesamowicie!

____________________________________________________

Co teraz?

Czytam dalej „Pradę”, muszę zgłosić się na kurs prawa jazdy.

Oficjalnie jest już potwierdzone, że będę studiować filologię romańską na UAM. 16 lipca poszłam złożyć potrzebne dokumenty.
– Jaka jest pani znajomość francuskiego?
Hehe. Dobre pytanie.
– Hm… Zerowa.
Będzie fajnie!

Już teraz przeglądam ogłoszenia o pracę, bo mam zamiar pracować, jeżeli to się uda.
Czekam też na decyzję moich rodziców odnośnie tego, czy będę musiała mieszkać w domu z rodziną, z którą mieszkałam teraz, czy mogę szukać mieszkania z Kijanką. Jeszcze dwa tygodnie temu myślałam, że mieszkanie u wujka może i nie będzie największą przyjemnością, ale mogę na to pójść bez większych problemów, jeśli finanse nie będą pozwalać na wynajęcie pokoju albo mieszkania. Po tygodniu warsztatów wiedziałam już, że to nie taki miód i orzeszki. Temperatura powietrza w dzień – 15 stopni, w nocy – 9, a drzwi na podwórko otwarte na oścież. Pokoik, w którym nocowałam – brudny, zakurzony, pajęczyny i śmieci na dywanie na porządku dziennym. W lodówce – jedzenie przecenione z powodu kończącej się daty ważności, która teraz już była zdecydowaną historią (codziennie zastanawiałam się, czy składniki jogurtu ważnego do maja nie stworzyły już pod wieczkiem własnej cywilizacji). Toaleta – bez komentarza. Z jednej strony – rób, co chcesz, z drugiej – jeśli nie będziesz taka, jak my, licz się z odpowiednimi komentarzami. I tak dalej, i tak dalej. Poza tym – niby wyprowadzam się z domu, a i tak zostaję u rodziny. Ech. Wyobrażacie sobie choćby przyprowadzić chłopaka do mieszkania, w którym zaraz narażam się na cichy nadzór wuja i ciotki? Mniam.
Dlatego przeglądam z Kijanką ogłoszenia o pokojach i mieszkaniach, czekając z nadzieją na decyzję moich rodziców o tym, że będę mogła coś wynająć.

Chciałabym w przyszłym roku próbować dostać się na aktorstwo i być może uda mi się tak poskładać moje życie w nadchodzącym roku, żeby wszystko wyszło idealnie. Na pewno zrobię wszystko, żeby tak właśnie było, a w najgorszym wypadku pozostanę na całkowitym utrzymaniu rodziców, mieszkając u wujka i ciotki, w żaden sposób nie przygotowując się do egzaminów i mając styczność z teatrem tylko w wymiarze styczności z krzesełkiem na widowni. Jedyna zaleta – studia na filologii romańskiej (mam nadzieję, że nie okażą się dla mnie nieodpowiednie).

Już jestem podekscytowana!

Obrazek

ObrazekObrazekObrazek

PS Pojechałam dziś z rodzicami i bratem do mojej babci mieszkającej niedaleko Leszna. Nie wiem, dlaczego, ale akurat przyjechał mój Ulubiony Ojciec Chrzestny, człowiek, którego pierwszy raz w życiu zobaczyłam na mojej Pierwszej Komunii, a potem po jakichś… sześciu-siedmiu latach na ślubie jego syna, kiedy nawet się ze mną nie przywitał. Dziś spotkałam go chyba trzeci raz w życiu. W grudniu wysłałam mu zaproszenie na moją osiemnastkę, ale nawet nie odpowiedział, czy się pojawi, czy nie, i oczywiście nie zaszczycił mnie swoją obecnością. Kiedy mnie zobaczył, trochę się zdziwił, przywitał się z moim tatą i bratem, a potem na kilka minut gdzieś sobie poszedł. Gdy wrócił, zdecydował się przywitać także moją mamą i mnie. Usiadł na pogaduchy. Najpierw nieudolnie starał sobie przypomnieć, ile mam lat (sam po chwili zrezygnował z tego karkołomnego zadania), po jakimś czasie mama przypomniała mu, że „przecież Zosia wysłała ci zaproszenie na swoją osiemnastkę” – i nagle stało się to dla niego oczywiste („Tak, tak! Niestety nie mogłem akurat przyjechać, byłem bardzo… nie mogłem…”), ale już po chwili z nerwowym śmiechem stwierdził, że kiedy mnie zobaczył, pomyślał, „że to jakiś dzieciak z gimnazjum siedzi”, he he, pomyliłem się o jakieś cztery lata. Po czym znów uświadomił sobie, jakie bzdury gada i wrócił do „tak, bardzo ładne zaproszenie, bardzo ładne, dostałem, przepraszam bardzo, nie mogłem akurat przyjechać”. Po kolejnych kilku minutach znów obudziły się w nim wyrzuty sumienia i zagadnął mnie, „co teraz” („Idę na studia” – „Nooo, to wiem…! – Mhm, w końcu kto tak orientuje się w moim życiu jak on – Ale jakie?”) i chciał jeszcze podtrzymywać tę gadkę szmatkę, ale go zbyłam i nie spojrzałam na niego tak długo, aż nie postanowił opuścić domu. A kiedy widziałam, że patrzy na mnie, sznurowałam usta.

Obrazek

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Bo czasem lepiej odejść od zmysłów, by nie zwariować

  1. Justa pisze:

    Najważniejsze zdanie w Jenny ‚a ja wierzę, że to, co robię, ma sens’ i tego się trzymaj! Zosiu, gratuluję ciekawego wyboru studiów, z francuskiego to jedynie ogarniam zdanie ‚Je ne parle pas francais’, zawsze cuś, hmm.
    Ostatnio, od dawien dawna, przeczytałam jakąś książkę. Jakieś romansidło od mojej siostry na 300 stron, ale to nieistotne. Sam fakt, że w końcu mogę coś przeczytać, strasznie mnie uszczęśliwił. Strasznie strasznie.
    Książki są cudowne…

  2. karola pisze:

    Dobre zdjęcia! szczególnie to z moją głową, ciekawe jak ona się tam znalazla, skoro to ja mialam robic foty ;p

    • Nigdy nie wiesz, kiedy wyjmę telefon i pstryknę kilka fotek…!
      BTW, jak to dobrze chociaż tutaj nie musieć oznaczać każdego bzdurnego zdjęcia z połową głowy imieniem i nazwiskiem, jak na facebooku!
      Ale teraz, na wypadek gdybyś czuła potrzebę ujawnienia swojego koloru włosów, ogłaszam: UWAGA, LUDZIE! Na jednym z wrocławskich zdjęć kobieta po prawej to nikt inny, jak Karola vel Rzeż we własnej osobie!
      :)

      • karola pisze:

        absolutnie nie czuję takiej potrzeby, ale jak już oznajmilas, to niech wiedzą, czyja to głowa oraz okular ;D

  3. szenszol pisze:

    UAM – lubię to! :)

    • Hm, ja jeszcze nie wiem. Kompletnie. Nie mam żadnej opinii na temat UAM. Na pewno gdzieś tam na dnie mojej głowy jest dla mnie uczelnią, która przyjęła mnie po tym, jak nie dostałam się do żadnej szkoły teatralnej. : ] Mam nadzieję, że za parę miesięcy wyrobię sobie zdanie na jej temat, i to dobre!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s