sofi93, czyli Jak Stracić Dziewictwo w 3 Dni

W ciągu tych dwóch tygodni, kiedy nie pisałam na blogu, w moim życiu wydarzyło się tyle, że nie wiem, czy dam radę ładnie i składnie to streścić w jednym wpisie. I, niestety, może być trochę sztywno, właśnie ze względu na moje usiłowanie poukładania tego wszystkiego w spójną całość. Przepraszam, jeśli nie będziecie się dobrze bawić :(

Warsztaty

Dwa tygodnie temu, w niedzielę, pojechałam do Poznania. Zakwaterowałam się w domu mojego wujka i jego rodziny, a następnego dnia na godzinę 10.00 pojechałam do teatru.
Ponieważ w zeszłym roku pierwszego dnia warsztatów stałam sama z boku, podczas gdy inni uczestnicy warsztatów zbierali się w grupkach, przedstawiając się sobie i rozmawiając, tym razem postanowiłam być jedną z właśnie takich osób, które przyczyniają się do rozluźnienia atmosfery i łatwiejszego nawiązywania kontaktów. Nie jestem ani tak introwertyczna, jak mogłoby wydawać się rok temu, ani tak ekstrawertyczna, jak mogłoby wydawać się tym razem. W ogóle ocenianie człowieka pod wpływem pierwszego wrażenia to jakaś pomyłka, tak jakbyśmy byli zdolni do przedstawienia całej swojej osobowości w ciągu pierwszych kilku sekund znajomości… Zaszłam pod teatr i przedstawiłam się trzem dziewczynom, które już tam były, i usiadłam sobie z boku. Witałam się z wszystkimi albo prawie wszystkimi, którzy się pojawiali. I mimo że, ogólnie rzecz biorąc, nie jestem chyba typem kierownika imprezy, który rozkręci każdą stypę, pamiętając początek zeszłorocznych warsztatów czułam się dobrze, widząc, jak moja chwilowa przebojowość ułatwia innym przełamać nieśmiałość albo po prostu poznawać nowych ludzi – bo warsztatowicze zaczęli rozmawiać też między sobą, a nie tylko ze mną – „Zosią, Która Jest Na Warsztatach Drugi Raz”.

Spotkałam też kilka znajomych osób, swobodnie i naturalnie rozmawiałam też z ludźmi, których pamiętałam z zeszłego roku, ale z którymi nigdy nie gadałam. Z kolei wśród tych, którzy byli pierwszy raz, już po kilkudziesięciu minutach byłam… w pewnym sensie znana. Kurczę, nie podejrzewałam, że wieści tak szybko się rozchodzą, ale już w trakcie przesłuchań (po których mieliśmy być przydzieleni do poszczególnych grup) kilka razy zostałam zawołana po imieniu przez osoby, których nigdy nie widziałam albo pytano mnie, czy jestem „tą Zosią, która uczyła się u…”. No i, tak jak już napisałam, parę razy słyszałam „Ty jesteś Zosia, tak? Ty byłaś na warsztatach rok temu?”.
Ciekawe uczucie.

Uczestników na liście było 49. Ja byłam 41, więc na przesłuchanie czekałam jakieś 2-2,5 godziny. Nawiązałam trochę kontaktów, połowę osób poznałam osobiście, drugą połowę już kojarzyłam z wyglądu. Do momentu, kiedy przyszła kolej na mnie, zdążyłam usłyszeć już, że ci, którzy nie są pierwszy raz, nie muszą nawet mówić tekstów – wchodzą, dzień dobry, dzień dobry, znamy cię, fajnie, pa. Z jednej strony to było dla mnie wygodne, z drugiej – następnego dnia miałam egzamin we Wrocku i chciałam chociaż tak minimalnie się zaprezentować, żeby potem – na zajęciach lub między nimi – móc poprosić o jakieś opinie, rady itp. ze strony prowadzących. No i planowałam zaśpiewać moją sztandarową piosenkę, „Czas nas uczy pogody”, bo rok temu z nerwów kilka razy zapomniałam tekstu, więc tym razem chciałam się zrehabilitować.
Zostałam wywołana. W towarzystwie jednego z milszych ludzi, jakich znam (którego na moim onetowskim blogu nazwałam w zeszłe wakacje Panem Od Marketingu) przez kulisy weszłam na scenę i spojrzałam na widownię, na której siedzieli prowadzący, z których większość mnie dobrze znała, a z których ja znałam wszystkich – osobiście lub z widzenia.
-Dzień dobry – powiedziałam dziarsko.
-Dzień dobry, hej – usłyszałam od różnych osób. – Podejdź bliżej – powiedział Ł.*, który zwykle pełni rolę „przewodniczącego komisji”, a przynajmniej bierze na siebie rozmowy z uczestnikami. Podeszłam bliżej, wymieniając się uśmiechami z szanownym jury.
Wtedy przemówił ktoś, kogo o przemówienie bym nie podejrzewała.
-Przedstaw się – powiedział tonem „jestem-zbyt-genialny-żeby-tracić-czas-na-amatorów” Pan Aktor. Skoro chce się bawić, to nie mam nic przeciwko, bawimy się!
– Nazywam się Zosia … .
– Ile masz lat, skąd jesteś. – Tak, to było stwierdzenie, nie pytanie. Wciąż Pan Aktor.
– Yy… skończyłam osiemnaście lat, przyjechałam z [nazwa]… To jest około x-dziesiąt kilometrów od Poznania… więc… no, trochę miałam do przejechania…
Odezwał się inny, starszy aktor, który dotychczas mnie nie znał, mógł tylko mnie widzieć czasami przy teatrze.
– A przyjechałaś rowerem, tak?
– Nie, no hulajnogą.
– Aa, jednak hulajnogą…
Pan Aktor brutalnie przerwał tę całkowicie bezsensowną konwersację.
-No dobrze, jakie teksty.
Bawimy się!
– Yy… Ale proza czy wiersz? – spytałam jak Królewna Śnieżka, której ktoś wyjaśnia, skąd się biorą dzieci.
-Wszystko jedno, co wolisz. Jakie teksty.
-W takim razie – Julian Tuwim, „Do prostego człowieka”. – zmieniłam ton na stuprocentowo pewny siebie.
-Proszę. – „I spierdalaj”.
Powiedziałam i spojrzałam na Pana Aktora. Reszta prowadzących przez cały czas, kiedy rozmawialiśmy, nie mogła się opanować od cichego chichotania.
– Dobrze, dziękuję, jaka piosenka.
– „Czas nas uczy pogody”.
Oboje twardo trzymaliśmy się „roli”, ale kiedy padł tytuł piosenki, jedna lub dwie osoby głośno się zaśmiały. Pan Aktor niewzruszony.
-Proszę.
Zaśpiewałam z przepony, a może i z czubków palców u stóp, nie zacinając się ani razu i nie opuszczając żadnej linijki, po czym grzecznie podziękowałam.
-Dziękujemy – powiedziało parę osób.
-Dziękuję, to wszystko, do widzenia. – Powiedział Pan Aktor.
Dygnęłam i zeszłam do kulis. Pan Od Marketingu szczerzył się od ucha do ucha.

Trafiłam do grupy, w której było najwięcej „starych wyjadaczy”. Pierwszą miałam… improwizację z Panem Aktorem, a drugą – prozę z Ł. Niestety, po 45 minutach prozy musiałam wyjść na pociąg do Wrocławia.

Egzamin

Pod teatrem czekała na mnie Kijanka. Poszłyśmy na autobus, który zawiózł nas na dworzec. Anka Kij miała już bilety, więc po zrobieniu mini zakupów w Biedrze wsiadłyśmy do pociągu. I tym razem PKP mnie zaskoczyło, bo choć przedziały wyglądały na to, co nazywa się klasą drugą (ekhm, biorąc oczywiście pod uwagę, że klasa druga PKP to klasa Uważaj, Gdzie Siadasz, Bo Możesz Przykleić Się Do Brudu Lub Zapaść w Stary Fotel), były prawie całkowicie puste. Polskie Koleje zaskoczyły nas drugi raz tego wieczoru, kiedy przy pierwszej kontroli biletów okazało się, że siedzimy w przedziale klasy PIERWSZEJ. Musiałyśmy się więc przesiąść do wagonu obok.

Po około dwóch godzinach jazdy pan siedzący z nami w przedziale poczuł potrzebę integracji z towarzyszkami podróży i tak od słowa do słowa przeszliśmy do tematu zdrowych i chorych zębów, który drążyliśmy („my”) do samego Wrocławia. Wspaniałe historie, wymienianie się doświadczeniami i spostrzeżeniami na temat szkliwa i zębiny – ach, to jest to!
Na nasze szczęście oszczędziłyśmy dodatkowych kilku minut tej fascynującej rozmowy, wysiadając na dworcu Mikołajów zamiast na głównym. Pan życzył Kijance powodzenia na egzaminie, który to ja miałam zdać (ten szczegół najwyraźniej umknął Zębowemu Wróżkowi), pożegnałyśmy się i uciekłyśmy z przedziału. Na peronie odebrała nas Rzeżucha i KU, nasi znajomi z forum GA. Spotkałam się z nimi dotychczas raz w życiu – w trzeciej klasie gimnazjum, kiedy przyjechałam do Wrocka na Gitarowy Rekord Guinessa. Poza tym jednym popołudniem w 2009 roku znaliśmy się tylko z internetu (Kijanka nie spotkała się z nimi nigdy wcześniej), ale najwyraźniej to wystarczyło, bo gadaliśmy jak starzy dobrzy znajomi.

Rano pojechałyśmy do PWST. W kolejce do uzupełnienia dokumentów stanęłam jako trzecia, co zagwarantowało mi tę właśnie kolejność do każdej komisji. A komisje były trzy – wymowy i głosu, ruchu i warunków zewnętrznych oraz interpretacyjna. Żeby przejść do drugiego etapu, nie można było mieć więcej niż dwie oceny negatywne ze wszystkich komisji, dlatego ten, kto załapał dwa minusy na pierwszych dwóch komisjach, do komisji interpretacyjnej wchodził tylko po to, żeby dowiedzieć się, że ma do odebrania teczkę z dokumentami. Nie mając nawet szansy przedstawić swoich tekstów.

Na wymowie i głosie miałam mówić wiersz, czytać sylaby, pokazać szczękę, powtórzyć dźwięki i zaśpiewać piosenkę. Szło szybko, bo byłam na początku kolejki. W komisji ruchu – czy uprawia pani jakieś sporty, skłon w przód, jaskółka (wykorzystując fakt, że byłam w czarnym body i że mam figurę taką, jaką mam, trzymałam cały czas wyprostowaną postawę, żeby sprawiać wrażenie baletnicy albo kogoś takiego), wyklaskiwanie rytmu, powtórzenie układu tanecznego, improwizacja taneczna do dwóch utworów.

A potem czekałam.

Czekałam i czekałam, myśląc o tym, ile i jakie zajęcia na warsztatach straciłam w danym momencie. Zebrali się wszyscy członkowie komisji interpretacyjnej. Czekałam dalej. Kolejne zajęcia mijały… aż wreszcie rozpoczęło się wywoływanie kandydatów. Byłam przygotowana na to, że będę trzecia, ale nawet dwie osoby przede mną nie były wywołane jako pierwsze. Szybko zorientowaliśmy się, że na pierwszy ogień idą osoby, które nie będą dopuszczone do interpretacji. Pierwsze cztery osoby z listy – czyli także ja – czekały na korytarzu pod drzwiami, a reszta w sali obok, więc z bólem obserwowałam, jak student wywołuje z sali kolejne nazwiska, po czym zadowoleni i pewni siebie (lub przestraszeni) kandydaci z uśmiechem na ustach przekraczają próg sali, w której czekało na nich tylko stwierdzenie, że mogą odebrać swoje dokumenty. Ludzie, którzy z niej wychodzili, byli innymi ludźmi niż ci, którzy do niej wchodzili. Można by pomyśleć, że za drzwiami na każdego z nas czekało jakieś pranie mózgu, genialne w swej prostocie tortury jak z Orwella lub najbardziej wymyślne jak ze średniowiecza – może komisja puszcza skazanym na porażkę kandydatom jakieś przygnębiające filmy z czasów drugiej wojny światowej? Może grożą im tam, że zrobią krzywdę ich najbliższym albo wtykają pod paznokcie drewniane patyczki, albo mówią, żeby odebrać swoją teczkę?

Doczekałam etapu, w którym nie było już jasne, czy wywołana osoba będzie mogła przedstawić teksty, czy jest skreślona na wstępie. Usłyszałam swoje nazwisko, weszłam do dużej czarnej sali. Pod dwoma ścianami ustawione były prostopadle stoliki, przy którym siedziała komisja zbyt liczna, żebym określiła liczbę członków za jednym spojrzeniem. Podobno było ich szesnaścioro, ale niektóre krzesła przy stole były puste, co jeszcze utrudniało liczenie. Wolałam skupić się na egzaminie.
Aktor, którego kojarzyłam, ale którego nazwiska za Chiny Ludowe nie dałabym rady wygrzebać z umysłu (Kijanka potem zidentyfikowała go jako Mariusza Kiljana), poprosił mnie o kilka tekstów, zadał interpretacje, a na koniec miałam zaśpiewać – tak! to oni wybrali! – „Czas nas uczy pogody” i zatańczyć do tego rock’n’rolla (wykorzystałam wtedy moją znajomość kroków jive’a i pokręciłam trochę nogami i rękami, tak jak zwykle kręci się do kawałków w rodzaju „Let’s twist again”, ufając, że to wystarczy).

Kiedy wychodziłam, czułam tyle emocji na raz, że właściwie wszystkie się zniosły i w efekcie nie czułam nic. Czekając na wyniki razem z Kijanką, Rzeżuchą i KU pospacerowaliśmy po kawałku Wrocławia i zjedliśmy pizzę. Student-opiekun miał dać mi znać na komórkę, kiedy będą wyniki („Trzynasta, czternasta”), ale zanim to zrobił, sama zjawiłam się w szkole i czekałam. Wyniki zostały ogłoszone około 14.40 i na nic zdało się moje błagalne spojrzenie w stronę studentów, którzy przechwycili kartkę z listą osób, które przeszły do II etapu, spojrzenie, którym chciałam dać wyraz temu, jak bardzo spieszę się na pociąg. Studenci porwali kartkę do oszklonej sali i około dziesięcioosobowym chórem, klaszcząc na średniówki, czytali całą stronę A4: „OŚWIADCZENIE! PE! WU! ES! TE! IM! KROPKA! LY! KROPKA! SOLSKIEGO W KRAKOWIE…” (co jakiś czas zgodnie przeciągali „RRRRRRRRR” albo wykonywali jakieś inne ćwiczenia z impostacji czy dykcji). Po mniej więcej stu pięćdziesięciu latach dowiedziałam się, że tego dnia do drugiego etapu przeszły dwie osoby i ja się do nich nie zaliczam. Pobiegłam po teczkę, oczywiście odczekałam swoje w kolejce i w czwórkę pojechaliśmy na dworzec. Na szczęście zdążyłyśmy na pociąg.

Warsztaty

Wróciłam do Poznania, z wyrzutami sumienia pożegnałam się z Kijanką i wsiadłam do autobusu, by następnie rzucić się pędem do teatru. Ominęłam ruch sceniczny i prozę, weszłam do sali 45 minut po rozpoczęciu impro. O godz. 21.00 skończyłam zajęcia i wróciłam do swojego tymczasowego domu.

Następnego dnia uświadomiłam sobie, że figuruję już także jako „Zosia, która wczoraj była na egzaminie we Wrocławiu” lub bardziej ogólnie: „Zosia, która zdawała na aktorstwo”. Źle czułam się z faktem, że ominęłam praktycznie cały jeden dzień warsztatów. Była środa, dzień trzeci, a ja nie słyszałam większości tekstów z prozy ludzi z mojej grupy, ba, nawet nie znałam do końca tych osób, więc przynajmniej nie miałam zamiaru się obijać. Najpierw jednak, w przerwie impro, odbyłam z Panem Aktorem rozmowę o egzaminach i moich planach i pokojowo, choć nie bez żalu (nie względem siebie) ustaliliśmy, że kończymy nasze prywatne lekcje.
Na prozie jako ostatnia z całej grupy powiedziałam swój tekst. Nie byłam zadowolona, bo przerabiałam go już z Panem Aktorem i miałam w głowie ciągle tę samą melodię tego tekstu, której co prawda starałam się pozbyć, ale jednak wciąż siedziała w głowie.
Po tym, jak powiedziałam tekst raz, Ł. stwierdził, że widzi połowę – i fizycznie, i psychicznie – Zosi sprzed roku. A chce zobaczyć Zochę. Pokombinowaliśmy, pomanipulowaliśmy trochę moją głową – i po którejś kolejnej próbie powiedzenia tekstu usłyszałam brawa. „Urodziła się Zocha”. Ł. spytał, czy lubię cheeseburgery, a kiedy przyznałam się, że nigdy nie jadłam ani cheeseburgera, ani hamburgera (a po sali przeszedł szmer niedowierzania, szoku itp.), oznajmił, że w takim razie dziś, z okazji moich urodzin – i żeby mnie trochę podtuczyć – cała grupa ma mnie zabrać na czisa do maca naprzeciwko teatru. I rzeczywiście, zafundował mi urodziny w lipcu. Stanęłam przy kasie z banknotem w ręce i powiedziałam kasjerowi: „Dzień dobry. Poproszę Happy Meala z cheeseburgerem, a za resztę tyle cheeseburgerów, na ile wystarczy”. I ten jeden, jedyny raz w życiu sama powiedziałam kasjerowi w macu, jaką chcę zabawkę. A potem straciłam moje cheeseburgerowe dziewictwo, dopełniając rozpusty colą, frytkami oraz sztucznym jabłkiem o smaku mydła w płynie.

Ciąg dalszy nastąpi.
_________________________________________

*pewnie zauważyliście, że zwykle nie zdradzam tożsamości osób, o których piszę, jeżeli uznaję, że w danym kontekście są bardziej… „prywatne” niż „publiczne” – mimo że czasami domyślenie się, jak dana osoba ma na imię, nie jest wielkim wyczynem (no bo ile znacie popularnych męskich imion na eŁ?)…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

12 odpowiedzi na „sofi93, czyli Jak Stracić Dziewictwo w 3 Dni

  1. karola pisze:

    cześć! chciałam napisać, że studenci byli maksymalnie wkurzający! nie wiem co oni sobie myśleli porywając tą kartkę? że są fajni czy co? :P

  2. Ev pisze:

    Cztery tysiące, gratuluję. :)) Ja nadal jestem hamburgerową dziewicą (nie jadłam nigdy, przenigdy hamburgera ani cheeseburgera).

    • No ja już jestem tylko dziewicą hamburgerową. Chciałam zachowywać cnotę burgerową najdłużej, jak się da, żeby ten pierwszy raz był wyjątkowy… I był wyjątkowy, więc nie żałuję ;)

  3. Pingback: Bo czasem lepiej odejść od zmysłów, by nie zwariować | Signorina Sofia

  4. abzi pisze:

    Hamburgery to straszna okropność. Ostatnio byłam zmuszona do zjedzenia jednego (zamówiłam z kurczakiem a dostałam hamburgera:( ) i był przestraszny. Nigdy więcej hamburgerów!
    Jeszcze przyznam się, że nigdy nie byłam we Wrocławiu i pewnie nigdy nie wybiorę się, bo jedzie się ode mnie jakieś 10 godzin w przesympatycznym pociągu PKP :D

  5. sunycia pisze:

    Zajebisty wpis! Od dzisiaj jestem Twoją fanką. A ja jestem, może już nie dziewicą colową, ale od ok. trzynastego roku życia nie piję coli, więc już naprawdę długo! Muszę kiedyś ponownie stracić to dziewictwo he-he ;) Muszę przeanalizować Twój blog, bo dopiero dzisiaj go odkryłam, a jest już 03:30 w nocy i wypadałoby pójść spać…

  6. sunycia pisze:

    Doczytałam sobie o tych egzaminach i zastanawiam się, czy warto chociażby dla samego doświadczenia przechodzić przez to wszystko, jeśli się wie, że się nie dostanie… A jak po takich egzaminach człowiek się jeszcze bardziej pogrąży…? :/ Hmmm, no ale zawsze potem można mówić: „Zdawałam do szkoły aktorskiej” ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s