Na Brackiej świeci słońce

…a przynajmniej świeciło wczoraj. Nie, nie jest to niestety żadna przenośnia, pod którą kryje się stwierdzenie, że zdałam do Krakowa, które rozświetla moją duszę niczym prażące słońce na Turnauowskiej ulicy. Kraków także mnie nie chce, ale mam się dobrze, jakoś to przeżyję – tym razem obyło się już bez płaczu, za to z naleśnikami w uczelnianym bufecie na pocieszenie.

Trochę już głupio mi opisywać kolejną porażkę i czuję się, jakbym Was wszystkich zawodziła – takie wielkie plany i marzenia, a nic z nich nie wychodzi – ale na pewno zaraz usłyszę i przeczytam „Daj spokój!”, „Głowa do góry!”, „Nie poddawaj się!”, więc po prostu jako odpowiedzialna bloggerka (modne ostatnio słowo), dla której blog jest czymś więcej (albo czymś innym) niż pokazywaniem zawartości swojej szafy, mimo kolejnego niepowodzenia – relacja z Krakowa.

Kraków jest taaaak daleko. I blisko Katowic, a Katowice kojarzą mi się z zawęglonym niebem, hanysami, gorolami i jakimś takim zaniedbanym uprzemysłowieniem. Przepraszam wszystkich miłośników oraz mieszkańców tego miasta.
Moja podróż do Krakowa trwała prawie 11 godzin. Wyjechałam w poniedziałek o 7.21, przesiadłam się w Poznaniu, a na dworcu głównym w Krakowie byłam ok. 18.00.

Przekonałam się też o poczuciu humoru, jakie charakteryzuje Polskie Koleje Państwowe.

Obrazek

Wyżej: to chyba propozycja mająca zapewnić podróżnym brak nudy. Faktycznie, gdybym miała zostawić to pomieszczenie w takim stanie, w jakim chciałabym je zastać, z pewnością zagospodarowałabym 10 godzin jazdy w pociągu.
Ponieważ PKP dba też o higienę i komfort swych klientów, możemy pokusić się o „umycie” rąk:

ObrazekObrazek

…mydłem wielkości kciuka osiemnastolatki.

Choć niezwykle rozległe przedmieścia Krakowa wyglądały gorzej niż nieciekawie, zdarzały się perełki:

Obrazek

Dzięki niesamowitej uprzejmości H., jednej z greysowych forumowiczek, nocleg miałam zapewniony w jej mieszkaniu, choć ona sama właśnie wyjechała, mnie z kolei nigdy nawet nie widziała. Tak więc byłam w stałym kontakcie ze współlokatorką H., która dawała mi smsowe wskazówki dotyczące dojazdu do mieszkania. Chyba przed dziewiętnastą byłam na miejscu. Miałam do dyspozycji pokój H., zrobiłam sobie herbatę i ponieważ K. powiedziała, że o 20.30 wychodzi, ja też postanowiłam udać się na małe zwiedzanie. Wzięłam prysznic, przebrałam się i poszłam na tramwaj, aby zorientować się, jak nazajutrz będę miała dotrzeć na PWST.

Dotarłam bez problemu, w dodatku w zaledwie dwadzieścia minut. Okolica była piękna, zresztą cała droga z mieszkania do szkoły była piękna. Skoro więc tak szybko dotarłam do celu, poszłam na spacer.
I się zakochałam.
Gdybym miała fotografować wszystko, co podobało mi się, kiedy tak spacerowałam, obawiam się, że nie wytrzymałaby tego ani bateria mojego telefonu, ani Wasza cierpliwość, kiedy chciałabym się tym z Wami podzielić (dziś i tak wstawię tylko niektóre ze zdjęć, które zrobiłam, a to akurat ze względu na moje upodobanie do zachowywania prywatności). Okazało się, że na końcu – długiej co prawda – ulicy, przy której stoi szkoła, jest Wawel. Pamiętałam, że napisałam ostatnio, że jadę odwiedzić Smoka Wawelskiego, a gdzie go odwiedzać, jeśli nie na Wawelu? Nie przekroczyłam murów, bo chciałam jeszcze pozwiedzać starówkę, a niebo coraz wyraźniej wskazywało na to, że popołudnie się już skończyło, a zaczyna wieczór, więc pstryknęłam kilka zdjęć, pozachwycałam się wszystkim, co było dookoła mnie i poszłam dalej. Szłam uliczką wzdłuż Wawelu, choć akurat ten jej fragment nie wyglądał szczególnie zachęcająco, ale pomyślałam, że może za zakrętem widok znów będzie zachwycający. I rzeczywiście! Po przejściu jakichś trzydziestu metrów wzdłuż beżowego muru skręciłam w lewo i znalazłam się na cudnej uliczce, jakbym cofnęła się w czasie! Szłam i szłam, oglądając każdy dom, kamieniczkę i drzwi – i nagle zza jednego z budynków wyłonił się plac z kolejnymi widokami! Oniemiałam. Na końcu placu, po drugiej stronie ulicy, grał skrzypek, któremu od razu postanowiłam wrzucić trochę do futerału. Obejrzałam plac, po czym podeszłam bliżej skrzypka, chwilę posłuchałam i wygrzebałam monety z portfela. Zawsze w takich sytuacjach myślę, że, po pierwsze, przechodnie najczęściej nawet na chwilę nie zatrzymują się, żeby wsłuchać się w tę muzykę graną przez ulicznych grajków, a po drugie – gdybym sama była na jego miejscu (a nieraz już o tym myślałam), każda jedna osoba, która choć trochę zainteresowałaby się moją muzyką, baaardzo by mnie podniosła na duchu. Tak na marginesie, tutaj, na blogu, jest zresztą tak samo.

Pozwiedzałam, pozwiedzałam i postanowiłam wracać.
Szłam tą długą ulicą, przy której w którymś miejscu stoi PWST, kiedy minęłam jakieś dwie osoby (nie patrzyłam nawet na nie, ale jedna z nich – około 30-letni mężczyzna w typie „polskiego Latynosa”, czyli o skórze ni to śniadej, ni to opalonej w solarium, z czarnymi włosami i w przylegającej bez względu na sylwetkę posiadacza koszulce – obok mnie wlepiła we mnie wzrok i zwolniła kroku), usłyszałam:
– Dobry wieczór! – wypowiedziane tonem kogoś, kogo właśnie olśniło albo na kogo spadła z niebios wena twórcza. To Polski Latynos, nie odrywając ode mnie wzroku, czego udawałam, że nie widzę, przemówił.
– Dobry wieczór – odpowiedziałam z lekkim, grzecznościowym uśmiechem i poszłam dalej.
– Ale pani pięknie wygląda…! – Nie wiem, czy był wstawiony, czy znalazł we mnie swoją nową muzę, ale ton jego głosu wciąż przywodził na myśl artystę, który wreszcie znalazł inspirację dla swojego nowego dzieła.
– Dziękuję – obstawiałam, że był jednak troszkę wstawiony.
Szłam dalej, ale odwracając się znów przed siebie, kątem oka zobaczyłam, że on wciąż stoi i patrzy.
– I cały strój taki… obcisły…?
Nie wiem, czy to było pytanie czy stwierdzenie. Miałam na sobie dżinsy i zwykłą – to prawda, obcisłą – białą bluzkę bez rękawów. Nie spojrzałam już na niego, tylko wzruszyłam ramionami i rozłożyłam ręce, pokazując, że nic teraz nie poradzę na to, jak jestem ubrana.
Szłam dalej.
– Naprawdę… Pięknie!
– Dziękuję!

Kiedy wydawało mi się, że doszłam już do miejsca, w którym wysiadłam z tramwaju, nie mogłam jakoś znaleźć przystanku, na którym moja 13 się zatrzymuje. Powzięłam poważne i odpowiedzialne postanowienie spytania kogoś o drogę. W tym celu poszłam na najbliższy przystanek tramwajowy w zasięgu mojego wzroku.
Było tam kilka osób, więc poprosiłam jakiegoś pana o pomoc. Powiedział, że nie ma pojęcia, skąd jedzie trzynastka, ale wstał, spojrzał na plan-rozkład linii tramwajowych, którego ja jeszcze nie nauczyłam się odczytywać, i powiedział, że tutaj trzynastki nie ma, ale zaraz pojedzie dwójka, która następny przystanek będzie miała przy Teatrze Bagatela – a więc tam, gdzie ostatnio wysiadłam z trzynastki (oczywiście wcześniej nie pamiętałam, że wysiadałam przy Bagateli, dlatego teraz wydawało mi się, że jestem na miejscu). Podziękowałam za pomoc, a kiedy czekałam na dwójkę, wdałam się w pogawędkę z tym miłym panem. Rozmawialiśmy o studiach, o aktorstwie, o pracy, okazało się, że on sam uprawia wolny zawód, więc doskonale rozumie, kiedy tak bardzo chce się coś robić, choć perspektywy na późniejszą pracę w danej profesji są marne. Spytałam, czy żałuje. „Nie”. Krótko, pewnie i bez wahania. „To – jest – pasja!” – wypowiedziane z podobnym akcentem, co „THIS IS SPARTAAAA!”, tylko kilkadziesiąt razy ciszej.
Powiedział, że gdyby ktoś z moich znajomych szukał fotografa, mam zapisać sobie jego nazwisko, a całą resztę na pewno znajdę w internecie. Mówił też, nad czym aktualnie pracuje, rozgadaliśmy się trochę, kiedy właśnie podjechała dwójka.
Kiedy coś obiecuję, to dotrzymuję słowa. Piotr Kłosek. Jeśli ktoś z Was jest z okolic Krakowa i szuka fotografa lub ilustratora, a może wcale nie jest stamtąd, ale ma tyle pieniędzy, że przejechanie całej Polski, żeby dostać dobre zdjęcie, nie jest dla niego wielkim poświęceniem, polecam: http://www.piotrklosek.com/.

Wróciłam do mieszkania i po wypiciu herbatki zaczęłam zbierać się do spania. Przejrzałam też wszystkie teksty, trochę pomęczyłam umysł przemyśleniami i poszłam spać. O godzinie 23.00, co w codziennym życiu praktycznie mi się nie zdarza.

Wstałam o szóstej, wszystko zrobiłam zgodnie z planem (poza wypiciem herbaty, na przygotowanie której zabrakło mi czasu) i z całym swoim dobytkiem poszłam na egzamin.

Po ósmej wszyscy kandydaci zostali zaprowadzeni do jednej sali. Dostaliśmy listy, na których mieliśmy wypisać swój repertuar, zostaliśmy poinformowani o stroju, przebiegu egzaminu itp. i ci, którzy zostali wyczytani, mogli dołączyć do swoich teczek leżących na stolikach ewentualne brakujące dokumenty. Wyczytanie było jednoznaczne z przydzieleniem do grupy, która szła na pierwszą turę egzaminu. Ja byłam wśród tych, którzy szli na pierwszy ogień – i dobrze. Były też dwie osoby, które znam z telewizji. Jedna z nich jest w moim wieku i, jak potem się okazało, mimo kilkuletniego stażu w tasiemcu miała problemy z zaimprowizowaniem tańca i praktycznie stała, oglądając się niepewnie na boki, a druga, bardziej znana, sprawiła, że zdziwiłam się samą sobą. Otóż kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy – było to jeszcze zanim poproszono nas do sali – najpierw zobaczyłam, w co jest ubrana, zauważyłam, że to koszulka projektu Roberta Kupisza, potem pomyślałam „Ciekawe, jaką studentkę albo kandydatkę stać na koszulki od projektantów”, a dopiero potem spojrzałam na twarz i zobaczyłam, kim jest ta modna osóbka. Trochę przeraził mnie mój tok rozumowania, w tym fakt, że rozpoznałam projektanta T-shirtu. Uznajmy, że to efekt uboczny pracy nad tekstem „Kobieta pryncypialna”.

Były ustalone dwie dwunastoosobowe grupy dziewcząt i kobiet. Każda grupa miała swojego opiekuna – studenta. Nasza studentka zaprowadziła nas do szatni, gdzie szybko miałyśmy włożyć gimnastyczne stroje, po czym poszłyśmy pod salę, w której była pierwsza komisja – ruchowa.
Po trafieniu na pana rektora w komisji AT, nieraz już przychodziło mi do głowy, że tym ciekawiej by było, gdybym w PWST trafiła na Krzysztofa Globisza. Myśli te wróciły, kiedy ów pojawił się na korytarzu. Pojawiał się kilka razy, aż wreszcie zniknął na dobre za drzwiami, przez które zaraz miałyśmy przejść. Czy mogłam trafiać na ciekawsze osobistości w komisjach?

Na egzaminie ruchowym było, zgodnie z tym co wiele razy czytałam w internecie, wszystko. Ruch był tylko jednym z jego elementów. Dykcja, głos, rytmika, taniec, słuch. Śpiewanie razem i osobno (po kolei) piosenki w jednej tonacji i rytmie. Powtórzenie układu tanecznego. Wybijanie usłyszanego rytmu. Mówienie jednego zdania z dowolnego tekstu. Improwizacja taneczna. Pan Globisz skutecznie rozładowywał stres! Po tych zbiorowych zadaniach zostałyśmy podzielone na trzy czwórki i zaczęło się konkretne ocenianie – w jednym miejscu sali pan przy pianinie oceniający słuch, głos i rytmikę. W innym – ruch i sprawność fizyczna. Przy stoliku komisji – zgryz i wymowa. Przy tym ostatnim po obejrzeniu mojego zgryzu (cofnięta żuchwa, lekko niesymetryczny zgryz) przesympatyczny pan, który chyba jest znanym lektorem, wpisał obok mojego numeru „3”. Wszędzie indziej widziałam dwie albo trzy cyfry, i to jedynki i dwójki. A u mnie… tylko jedna… trója… Przy WFie poradziłam sobie ładnie z wszystkim poza utrzymaniem prostych, złączonych w kostkach nóg przy siadzie prostym z wyprostowanymi ramionami rozłożonymi prostopadle na boki. Nie dałam rady.
Za to ze śpiewem poradziłam sobie… śpiewająco. Wcześniej w kolejkach do poszczególnych „przedmiotów” obserwowałam, co się dzieje wokół. Przy pianinie właściwie każda dziewczyna albo śpiewała piosenkę na kilka sposobów, albo miała powtarzać pojedyncze dźwięki zagrane na pianinie, albo zmieniać tonację. Z kolei u mnie to wyglądało tak:
– Dzień dobry.
– Dzień dobry. Wybierz sobie jakąś dowolną piosenkę i mi ją zaśpiewaj.
– No to może… „Czas nas uczy pogody”.
– O, proszę.
Świetnie mi się to śpiewa, chociaż bez zawahania znam tylko pierwszą zwrotkę i refren. Zaczęłam śpiewać zwrotkę, głośno, ale bez przesady, nie chciałam wydzierać się na całą salę. I tak śpiewałam na tyle głośno, że kiedy po kilku wersach pan zaczął coś do mnie mówić, zaczęłam ściszać, aż wreszcie całkiem przerwać, żeby go usłyszeć.
– Słucham? Nie dosłyszałam.
– Mówiłem, żebyś z czadem zaśpiewała – powiedział z uśmiechem. – Takim wiesz! Daj czadu…! – podkreślił swoje słowa, uderzając pięścią powietrze, ale nie musiał tego dodawać, bo kiedy on kończył mówić, ja zapowiedziałam, że w takim razie lepiej od razu przejdę do refrenu i na jego skinienie głową zaczęłam śpiewać.
WIELE DNI, WIELE LAT CZAS NAS UCZY POGODY!
Po jego reakcji widziałam, że danie czadu się udało.
ZAPLĄCZE DROGI, POMYLI PRAWDY, NIM ZBOŻE ODDZIELI OD TRAWY!
BRONISZ SIĘ…!
Co więcej, z lekkim niedowierzaniem zauważyłam, że w sali zrobiło się cicho.
Czas nas uczy pogody – tak od lat… – na ten wers pan przyłączył się do mnie, praktycznie już odpuścił i myślał, że nie dokończę tego refrenu, który zamyka wysokie „TAK OD LAAAAAT!”, i tylko zaśpiewał to cicho pod nosem, lecz wtedy ja jeszcze głośniej niż wcześniej, ale bez nuty fałszu, zaśpiewałam ostatni wers, na co pan przeniósł wzrok z kartek na mnie, dodał minę wyrażającą podziw i zadowolenie i powiedział tylko z uśmiechem: „Dziękuję bardzo! To wystarczy!”.

Po tej komisji poszłyśmy przebrać się, w co chciałyśmy, i wróciłyśmy na korytarz, tym razem pod sale, w których zbierały się komisje interpretacyjne. Kolejność i wybór sali ustalałyśmy między sobą, więc raz byłam przydzielona do drugiej sali, raz miałam być druga w sali pierwszej, potem trzecia, czwarta, aż w końcu wchodziłam jako piąta do sali drugiej.
Nie trzęsły mi się kolana. Nie miałam mroczków przed oczami. Nie drżał mi głos. W dodatku mogłam sobie wybrać pierwszy tekst. Wybrałam – Tuwima. Komisja była fajna, bo, w przeciwieństwie do tej warszawskiej, pozwalała na poprawkę albo sama sugerowała zmiany, dawała różne możliwości. Więc wiersz Tuwima mówiłam chyba półtora-dwa razy, z kolei „Rozbitka” zaczęłam mówić w swojej interpretacji ustalonej z Panem Aktorem, ale nie zdążyłam nawet dojść do sedna i przedstawić, dlaczego na początku mówię tak, jak mówię, bo pani z komisji zaraz dała mi swoje uwagi, propozycję na interpretację i musiałam już to zaprezentować inaczej. Miałam zaśpiewać coś i do tego zatańczyć taniec ludowy (oczywiście zapomniałam wpisać do repertuaru „Krakowiaczek jeden” i jedyną piosenką ludową, jaką miałam, było „Szła dzieweczka do laseczka”, więc powiedziałam: „Zaśpiewam Szła dzieweczka do laseczka… do rytmu krakowiaka”. I wiecie co? Udało się). Tę samą piosenkę śpiewałam jeszcze na kilka sposobów, kilka ról, miałam też zadanie bez tekstu. Nie byłam, oczywiście, całkiem rozluźniona, nie byłam też całkiem z siebie zadowolona, ale wszystko przebiegło bez większego stresu. Pan w komisji (nazwiska nie podam, ale kiedy zobaczyłam go pierwszy raz na korytarzu, wyglądał jak sobowtór Alana Rickmana) spytał mnie jeszcze przy wyjściu, czy byłam „tutaj” na konsultacjach. Nie byłam. Ale może ja też mam jakiegoś sobowtóra.

Skończyłam egzamin ok. 12.15, wyniki miały być o 15.00-16.00. Wielki plecak zostawiłam w szatni, a sama poszłam na kolejny długi spacer. Był upał jak jeszcze nigdy w tym roku, słońce dawało na całego, temperatura w cieniu sięgała pewnie 33-34 stopni, a odczuwalna w słońcu jakichś 43. Poszłam w stronę przystanku tramwajowego, ale potem stwierdziłam, że skoro mam tyle czasu, to, będąc w Krakowie, wypada pozwiedzać starówkę. Zawróciłam więc w stronę starówki. Głównie zwiedzałam sklepy z pamiątkami i ubraniami niby-indyjskimi, chociaż na moje wprawne oko dawnej fanki Indii większość tych ubrań pochodziła raczej z innego azjatyckiego kraju zwanego Chinami.

Języki zagraniczne słyszałam na ulicach częściej niż język polski. A wśród tych zagranicznych najpopularniejszym był hiszpański.

W jednym ze sklepów z pamiątkami usłyszałam od sprzedawcy:
– Tyyylu chłopaków chodzi, a dziewczyna… po sklepach.
– Ktoś musi! – Usłyszał w odpowiedzi.

Ponieważ zawsze biorę ulotki od ludzi, którzy do upadłego stoją i chodzą po ulicach, żeby zdobyć chociaż kilka groszy, podczas mojego spaceru od jednego chłopaka dostałam ulotkę trzy razy.

Trafiłam też na dyskont taniej książki, w którym spędziłam chyba tyle czasu, co wcześniej na całym zwiedzaniu.

Wreszcie wolnym krokiem wróciłam do uczelni. Było dopiero po 14.00, więc poszłam do bufetu i zjadłam pyszne naleśniki z jabłkami i bitą śmietaną, po czym usiadłam tam, gdzie siedziałam przed egzaminem – obok mnie siedziała też dziewczyna, którą poznałam wcześniej w tym samym miejscu – i zabrałam się za czytanie książki, z którą przyjechałam do Krakowa.
W pewnym momencie poczułam i jednocześnie pomyślałam, że powinnam uczyć się tekstów, przygotowywać się, a nie obijać! W końcu to właśnie zajmowało mi większość myśli i czasu przez ostatnie tygodnie – albo się przygotowywałam do egzaminów, albo myślałam o tym, że zamiast tracić czas, powinnam się przygotowywać. Ale wtedy uświadomiłam sobie, że przecież… NIE! Że nie muszę się uczyć, bo egzamin już za mną! I znam wszystkie teksty! I ZNÓW MOGĘ CZYTAĆ! Tak dawno nie czytałam książek, że już się od tego odzwyczaiłam, co, nawiasem mówiąc, jest dla mnie trochę przerażające. Na szczęście w pociągu do Krakowa właśnie się obijałam, a nie pracowałam, więc w ciągu kilku godzin moja zdolność do przenoszenia się w rzeczywistość powieści zdążyła wrócić na dobre.

Wyniki zostały ogłoszone o 16.20. Nie przeszłam dalej. Nikt z mojej grupy nie przeszedł.

Kurczę, wiecie, co jest w tym chyba najbardziej frustrujące? Już mniejsza o to, że nie dostałam się do szkoły. Tylko naprawdę nieliczni się dostają. Chodzi o to, że przejście do drugiego etapu – w dowolnej szkole – byłoby jakimś poświadczeniem o tym, że pracowałam nad sobą. Że to wszystko nie poszło na marne. Że różnię się od osób, które, gdyby chciały, mogłyby dla hecy przyjść na egzamin niemalże z ulicy i od razu odpaść. A tak – trzeci raz z rzędu nie ma znaczenia, czy przygotowywałam się od września, od pięciu lat czy może nauczyłam się trzech tekstów, resztę wpisałam, byle było, a teraz dla zabawy próbuję się dostać do szkoły teatralnej. Nie przeszliśmy nawet do drugiego etapu. Wszyscy jesteśmy równi.

Nie załamałam się, nie płakałam. W Warszawie płakałam w autobusie. W drodze z Łodzi po telefonie od studenta płakałam w pociągu. Chociaż nie chciałam. Taka twarda jestem. Z każdym egzaminem podchodzę do tego z coraz mniejszym stresem, ale też, niestety, coraz mniejszą nadzieją. A raczej nie nadzieją, bo nadzieję mam wciąż tak wielką, jak miałam miesiąc i sześć miesięcy temu – z coraz mniejszymi oczekiwaniami. Wawę skopałam, nie przeszłam dalej; w Łodzi byłam superszczęśliwa i zadowolona z siebie i mojego egzaminu – nie przeszłam dalej. W Krakowie to wszystko raczej ostygło, niczego nie oczekiwałam, po prostu robiłam, co do mnie należało, mając nadzieję, że komisji się spodoba – niestety. Mówi się trudno i płynie się dalej! Zjadłam jeszcze jedną porcję naleśników, odebrałam dokumenty i pojechałam tramwajem na dworzec.
Uznałam, że nie mogę wyjechać z Krakowa, nie próbując precla. Niezjedzenie precla w Krakowie byłoby jak niespróbowanie bajgla albo hot-doga w Nowym Jorku! Czekając na tramwaj poszłam do budki – precle niestety się skończyły, ale były obwarzanki z solą i makiem oraz obwarzanki z sezamem. Wzięłam to, co pierwsze przyszło mi do głowy – obwarzanek z solą był słony jak diabli. Ale zjadłam. Postanowienie to postanowienie. Staram się nie łamać również tych obietnic danych samej sobie.

Było po 17.00. Miałam do wyboru dwa pociągi – o 20.08 z półtoragodzinną przerwą przed przesiadką do pociągu w Katowicach o 23.55 albo o 21.55 bez przesiadki. W domu tak czy siak byłabym rano. Innymi słowy – mogłam albo czekać z wielkim i ciężkim plecakiem i dwoma torbami prawie trzy godziny + półtorej godziny przed północą, albo od razu prawie pięć godzin. Obok dworca jest Galeria Krakowska, myślałam, że tam spędzę trochę czasu, ale nie przejrzałam nawet wszystkich ubrań w H&M, a moje plecy i ramiona już nie wytrzymywały. Usiadłam na ławeczce w galerii i zadzwoniłam do domu z nadzieją, że to domownicy podejmą za mnie decyzję dotyczącą odpowiedniego pociągu. Byłam zła ze zmęczenia i perspektywy kilkugodzinnego nicnierobienia w oczekiwaniu na pociąg.
Była 17.34, kiedy okazało się, że o 18.00 odjeżdża pociąg do Poznania, a po 1 godz. 20 min. od przyjazdu pociągu na poznański dworzec, o 5.20 odjeżdża pociąg prosto do mojego miasta. Mama zaproponowała, że odbierze mnie samochodem o 6.30. Podjęłam szybką decyzję, poczłapałam na dworzec najszybciej, jak może człapać człowiek niosący na barana niewygodnego, ciężkiego stwora, kupiłam bilet, znów poczłapałam na peron i – uff – pojechałam do domu. Chyba jeszcze nigdy tak bardzo nie chciałam wracać do domu i chyba jeszcze nigdy tak nie ucieszyłam się z widoku napisu „Poznań” za oknem pociągu.
Spałam jakieś cztery godziny z przerwami, ale i takie rzeczy zdarzały się mi się we własnym domu, a nie na walizkach, nawet w dni szkolne.

Wkrótce warsztaty. I Wrocław. Nie bójcie się, nie poddaję się, nie musicie mnie dopingować.

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

12 odpowiedzi na „Na Brackiej świeci słońce

  1. abzi pisze:

    11 godzin?! Matko bosko, chyba bym umarła z nudów i zmęczenia – bo takie siedzenie w jednym miejscu jest super męczące. Poza tym na dodatek moje ciało kiepsko znosi podróże i po paru godzinach mój żołądek trochę zacyzyna wariować. Co jest irytujące bo ogólnie lubię podróżować ale moje ciało chyba tego otwarcie nienawidzi. Co do Krakowa to też bardzo lubię to miasto. W tym roku będę trzeci raz pod rząd w wakacje i jestem z tego faktu bardzo zadowolona, nie byłam znowu w tak wielu polskich miastach, ale w tych co byłam to zdecydowanie Kraków prowadzi. Lubię duże miasta, ale bardziej w klimacie Krakowa niż Warszawy, za Warszawą raczej nie przepadam, chociaż bywam zdecydowanie częściej. I nie narzekaj na pociągowe mydło, ja rzadko trafiam na takie luksusy ;) Czasem „oferują” mydło w płynie ale niestety zwykle nie leci za wiele z niego.
    W każdym razie – pozdrowię od ciebie Kraków jak będę za miesiąc i powodzenia 10-ego!

    • Tak, ja też najpierw zdziwiłam się, że mydło w ogóle jest, ale w kolejnym ułamku sekundy wyobraziłam sobie, jak różni ludzie mogli je dotykać i… Jakoś tak się stało, że o pomoc w zachowaniu higieny zwróciłam się do moich nawilżanych chusteczek w torebce. Mimo że w „toalecie” tylko się przebierałam.
      Koniecznie pozdrów ode mnie Kraków! Co prawda on mnie nie chce, ale już niejeden wybranek mojego serca miał okazję przekonać się o moich możliwościach w dziedzinie nachalności! Cóż, miało to miejsce raczej w gimnazjum, but still.

  2. karola pisze:

    uff, przeczytałam całość.
    Zapraszam do Wrocławia. A Kraków jest piękny, milion razy piękniejszy niż W. ;)

  3. Justine pisze:

    Zosia, jechałaś liniami TLK? Jakby nie patrzeć, kibelki aż tak ohydne nie są, w miarę znośne. A mydełko faktycznie malutkie, bleh!
    Kiedy Wroclove? Jesteś szalona, mówię Ci, ale to jest w życiu najpiękniejsze, właśnie to, że trzeba być szalonym, aby móc dążyć do swoich marzeń. Rozkoszuj się dalej aktorskim szaleństwem, jeśli się nie uda, pamiętaj – najważniejsze, że próbowałaś – próby w tym wszystkim są pewną nauką. Z tego co widzę, to egzamin w Krk o wiele bardziej podszedł Ci od Wawy czy Łodzi. Jest dobrze, ijeeeeeee.

    • To, że robię to, czego wiele osób się boi, nie znaczy, że jestem szalona. Dążenie do naszych marzeń jest dla mnie czymś naturalnym, a nie szalonym.
      Egzamin w Krakowie wcale nie podszedł mi jakoś specjalnie. Dużo bardziej cieszyłam się po wyjściu z egzaminu w Łodzi, byłam właściwie nastawiona na przejście dalej. Im większe oczekiwania, tym większe rozczarowanie. Tutaj zachwycił mnie po prostu Kraków, a sam egzamin wyglądał inaczej niż dwa poprzednie, sam w sobie był fajny i ciekawy, ale jeśli chodzi o samoocenę, to w Łodzi byłam z siebie zdecydowanie najbardziej zadowolona. Tutaj już nawet o tym nie myślałam, bo wiedziałam, że samoocena nie ma znaczenia.

  4. szarri pisze:

    Ależ fajnie jest pooglądać swoje okolice oczami kogoś innego – spodobało mi się. Nie zdradzisz pewnie, cóż to były za znane tasiemcowo-kupiszowe stworzenia?

    • Jedna z tych niewiast jest, jak się dziś dowiedziałam, aktorską córką, druga, jak dowiedziałam się dawno temu, aktorską siostrą. Więcej nie zdradzę!

      • karola pisze:

        ja mogę powiedzieć o tej jednej, ze jest aktorską siostrą sympatycznej kiedyś grubszej, teraz chudszej siostry.
        ale rebus ;P

  5. Justine pisze:

    Zooosiaaaa, ale ja się pytam, czy jechałaś liniami TLK?:> Bo mam pytanie. W sumie to pytania:
    a) czy przysługuje jakaś zniżka dla uczniów?
    b) czy można kupić bilet jakiś czas przed wyjazdem i się bez problemu załapać na banę? (choć nie wiem, czy na to pytanie będziesz w stanie odpowiedzieć)
    i jeszcze jedno: KIEDY WROCŁAW?

  6. Justine pisze:

    (tak pytam o ten Wrocław, bo nie wiem, kiedy trzymać kciukasy, a i Psa muszę poinformować, żeby swoimi łapkami Cię wspierał). czy się dostaniesz, czy nie, dla mnie jesteś wielka, bo nie jesteś takim tchórzem jak ja – bo ja to nawet na awf nie próbowałam – jestem żulem, żal mi było 100zł, e tam, pupcia blada. koniec moich wywodów, ble ble ble. czym się ramy, bo odjeżdżamy! (dosłownie, o trzeciej nad ranem wyjeżdżam na podbój Bałtyku)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s