Kot ma dziewięć żyć. A ja?


Przedwczoraj pojechałam do Warszawy. Pociąg z Miejscowości, Z Której Zwykle Jeżdżę odjeżdżał o 14.58. Moja mama zwolniła się wcześniej z pracy, żeby móc mnie zawieźć. Ok. 14.10 zadzwoniła do domu, mówiąc, że miała wypadek samochodowy. Szczęście w nieszczęściu, że wyszła z tego bez szwanku, w przeciwieństwie do Tipo. „Wykonałam kilka telefonów” i po małych zawirowaniach udało się sprawić, że brat mamy pojechał do niej po dokumenty, które dla mnie miała, a które musiałam zabrać do Wawy, i zawiózł mnie na pociąg.

Nie zadręczałam się tym wypadkiem, skoro wiedziałam, że mamie nic się nie stało, a sprawami finansowymi, samochodem, ubezpieczeniem nie miałam zamiaru denerwować się teraz, kiedy priorytetem mojego umysłu był egzamin.
Dojechałam do Poznania i przesiadłam się do pociągu, który po dwudziestu minutach ruszył w stronę Kutna. W Kutnie miałam być o 17.55, przesiąść się po raz drugi i następnym razem wysiąść już o 20.01 w Warszawie Wschodniej.
Tymczasem o godzinie siedemnastej byłam we Wrześni. Pociąg się zepsuł. O 17.22 przyjechał jednak osobowy jadący do Kutna, więc oczywiście nim pojechałam.
W Kutnie byłam o 19.24. Pociąg do Warszawy odjeżdżał o 20.22.
…I tym sposobem zamiast o dwudziestej, byłam w Warszawie o dwudziestej drugiej. Ech, przynajmniej zobaczyłam słynną iluminację na stadionie – rzeczywiście, całkiem całkiem.

Egzamin miałam następnego dnia (czyli wczoraj) o 9.00. Z osiedla Picassa jechałam autobusem o 8.17, który zwykle jedzie do Pl. Krasińskich około dwudziestu minut, chyba że są korki.
Oczywiście, że były korki.

W Akademii byłam mniej więcej o 9.00. Spotkałam znajomą A., której towarzyszyła przyjaciółka, i okazało się, że jesteśmy w tej samej grupie z komisją. Z komisją, w której zasiada pan rektor.
Już po kilkunastu minutach czterech chłopaków i ja zostaliśmy poproszeni o przejście pod salę, w której odbywał się egzamin. Studentka, która się nami opiekowała, była naprawdę sympatyczna, więc przynajmniej to mnie nie stresowało. Z resztą, sama nie wiedziałam, jaki jest mój poziom stresu.

Przyszła kolej na mnie. Dziewczyna przy drzwiach zapowiedziała mnie komisji i przepuściła mnie w progu.
-Dzień dobry! – powiedziałam, pewna siebie, ale z każdym kolejnym krokiem, kiedy szłam na wyznaczone na parkiecie miejsce, byłam bardziej zdezorientowana. Stanęłam za tą białą krechą i nawet nie wiedziałam, na kogo mam patrzeć.

-Ile ma pani lat? – spytał, w rzeczy samej, rektor.
-Mm… skończone osiemnaście.
-Mhm, i skąd pani przyjechała?
Powiedziałam, dodając odległość mojej metropolii od Poznania.
-To jaki tekst chciałaby nam pani powiedzieć?
Oczywiście odpowiedziałam. „Proszę” – powiedział znów tym przyjaznym tonem, a ja w tym czasie włożyłam za ucho włosy, które wcześniej opadały mi luźno na ramiona, bo wydawało mi się, że tak będzie ładniej. Teraz jednak nie miało być ładnie, tylko praktycznie.
Zaczęłam mówić.
Po kilku sekundach włosy opadły mi na oczy. To mnie trochę rozproszyło i prawie nie widziałam komisji, ale „w roli” nie miałam poprawiania włosów, więc nic z nimi nie robiłam. Powiedziałam jako-tako do końca, na jakieś 60% tego, co pokazywałam na spotkaniach z Panem Aktorem. Podziękowałam. Rektor podziękował w imieniu komisji i wybrał dla mnie jeszcze jeden tekst z mojej listy, zapowiadając, że mi przerwie. Wybrał chyba najlepszy z możliwych tekstów.
Powiedziałam kilka zdań, oczywiście inaczej, niż chciałam, nie zdążyłam się jeszcze rozkręcić i sama siebie kopnąć w tyłek, zwracając sobie uwagę na to, żeby skończyć z tym memłaniem i przedstawić to porządnie, kiedy pan A.S. mi podziękował.
Również podziękowałam. Po chwili przeglądania papierków i robieniu notatek usłyszałam „No, to dziękujemy pani”. Dziękuję, do widzenia.

Powiem tyle: to z pewnością ostatnie słowa, które w tym roku powiedziałam do pana rektora.

Po niezobaczeniu swojego nazwiska na liście osób, które przeszły do drugiego etapu i po niezobaczeniu swojego nazwiska na liście osób, które po południu będą mieć drugą szansę przed inną komisją, odebrałam teczkę, powiadomiłam odpowiednie osoby, pożegnałam się z dziewczynami, pomaszerowałam 100 metrów na autobus i pojechałam na Osiedle Picassa. A o 14.58 wsiadłam do pociągu jadącego wprost do Miejscowości, Z Której Zwykle Jeżdżę. Bez przesiadek. Bez usterek. Po czterech godzinach byłam w samochodzie do domu.

Ale to nie koniec „atrakcji”. W skodzie dowiedziałam się, że zanim pojedziemy do domu, odwiedzimy szpital, do którego dzień wcześniej, jak się okazało, trafiła moja babcia.
O babci i wszystkim, co z nią związane, nie będę się rozpisywać, to zbyt prywatna sprawa do opisywania na moim blogu.

Z kolei w domu zostałam poinformowana, że nie działa Neostrada, a więc telewizja i internet. W porównaniu do wcześniejszych „przygód” to rzeczywiście niewielki problem, ale zaczęłam się zastanawiać, czy może za chwilę w moje podwórko nie uderzy meteoryt, a może wybuchnie w pobliżu jakiś wulkan, o którym przez całe życie nie wiedziałam, a może zaleje nas tsunami. Albo dowiem się, że szczeniaki są w ciąży. Cokolwiek. Ostatnie 36 godzin było tak przepełnione pozytywnymi wiadomościami, że kolejna naprawdę by mnie nie zdziwiła.
Po warszawskiej porażce swoje już odżałowałam (musiałam wyglądać bardzo interesująco dla pasażerów autobusu 503). Teraz nie mam ani czasu, ani ochoty, ani nie widzę sensu w dalszym pogrążaniu się w smutku i rozpamiętywaniu niepowodzeń. Odradzam się jak feniks z popiołów. I do przodu.
Bo już niedługo Łódź.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

16 odpowiedzi na „Kot ma dziewięć żyć. A ja?

  1. abzi pisze:

    ach, czekałam na ten wpis! :) Nie udało się, trudno, masz jeszcze trzy szanse i na pewno każda będzie co raz lepsza. Czemu się przesiadałaś jadąc do Warszawy, myślałam, że Poznań- Warszawa to raczej nie problem pociąg bezpośredni znaleźć. Też ze dwa razy jadąc do Warszawy zepsuł mi się pociąg (chociaż nie przed tak stresującym wydarzeniem jakim jest egzamin) i szczerze mówiąc to od tej pory jadąc (a jeżdżę dość często) chociaż przez chwilę zawsze przemyka mi myśl, że pewnie znów się pociąg popsuje…

  2. abzi pisze:

    Ach no ja zawsze unikam przesiadek jak ognia :D

  3. Ev pisze:

    Ja również czekałam na ten wpis. Zosiu, jesteś silną kobietą i twoja determinacja na pewno, wkrótce doprowadzi do spełnienia twoich marzeń. Jak nie teraz, to później. Wiem, że czasem denerwujące jest kiedy ktoś powtarza ci jak mantrę „będzie dobrze, zobaczysz będzie dobrze”, ale również z doświadczenia mogę zaobserwować, że czasem czegoś takiego potrzebujemy. Pomimo że i tak nie będziemy się z tym zgadzać, bo kiedy na czymś nam zależy, to nie umiemy (bynajmniej ja tak mam) myśleć pozytywnie, to czasem miło usłyszeć od kogoś coś takiego.

    Może i trzymanie kciuków nic nie daje, może daje. Może. Bo nic w życiu nie jest pewne. Tylko pamiętaj, że będziemy cię wspierać, jak tylko możemy, mimo iż nie mamy pewności czy to na pewno coś da..

    Wiem, że to jest sprawa prywatna, ale mam nadzieje, że z babcią wszystko w porządku.

    Trzymaj się, a my czekamy na wpis po egzaminie w Łodzi.
    PS Ładne butki, rzuciły mi się w oczy od razu, zaraz po walizce. :))

  4. wioletka pisze:

    też chwalę butki, rzuciły mi się w oczy nawet przed walizą. zdjęcie nadaje się ten banerek, akurat koło miseczki z musli :)

  5. Justa pisze:

    Jeszcze trzy podejścia, trzymam kciuki, nawet Maksiu trzyma.

  6. Portos pisze:

    Podoba mi się to zdjęcie, oddaje klimat podróży :)

  7. aga pisze:

    Zoooosia! Cieszę się z Twojej postawy ! Walcz dalej, a w końcu się uda! Ładne foto, ładne buty! Trzymam kciuki!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s