W co się bawić

Wielu moich rówieśników wspomina dzieciństwo spędzane na trzepakach, z sąsiadami z osiedla, ekipą rodem z Tolka Banana.
Ja też po lekcjach włóczyłam się z koleżankami po mieście, po placach zabaw albo po ich mieszkaniach, grałam w gumę i przeskakiwałam przez odbijaną od ściany piłkę tenisową, ale moje dzieciństwo wyglądało troszeczkę inaczej niż moich kolegów mieszkających w mieście, którzy do wieczora siedzieli na dworze ze swoją paczką, aż przez okno nie usłyszeli głosu mamy wołającej do domu. Ponieważ od czwartego roku życia mieszkam poza tzw. terenem zabudowanym, czas, który spędzałam poza domem, zależał prawie całkowicie od tego, o której moi rodzice będą wracać z pracy – najczęściej po lekcjach w podstawówce miałam wolny czas do godz. 15.00, po czym spotykałam się z rodzicami i bratem u babci, gdzie jedliśmy obiad (lub nie) i jechaliśmy do domu. Każde odstępstwo od tej normy, każda zmiana moich popołudniowych planów łączyła się także ze zmianą planów któregoś z moich rodziców, bo przecież 10-letnie dziecko nie może samo wracać szosą dwa  czy trzy kilometry, zawsze potrzebowałam dojazdu.
Innym czynnikiem, który wpłynął na to, że moje dzieciństwo odstępowało nieco od normy, był fakt, że od piątego roku życia miałam w domu komputer. Mój tata, który przez czas swojej aktywności zawodowej sprzedawał już prawie wszystko, co sprzedawać można, prowadził wówczas sklep komputerowy – myślę, że miało to wpływ na to, że wkrótce (może po kilku latach) mieliśmy już dwa komputery – starszy był taty, do pracy, nowszy – dla całej rodzinki.

Tak więc dużą, choć nie największą, część mojego dzieciństwa związałam z komputerami, a raczej – jak na 6-11-letnią dziewczynkę, która na pytanie „Jaki masz komputer?” odpowiada „Windows ’98”, przystało – z grami komputerowymi. Jestem bardzo wdzięczna moim rodzicom za to, że ograniczali czas, który mój brat i ja spędzaliśmy przy komputerze. Wtedy uznawałam to oczywiście za wyjątkowo krzywdzące, ale teraz cieszę się, że uniknęłam losu, który spotyka większość dzisiejszych dzieci – tyłek zrośnięty z krzesłem przy komputerze. Smutna przypadłość.
Mimo korzystania z tej zdobyczy techniki przez jedynie godzinę na dwa dni, niektóre gry i tak zdołały wedrzeć się do mojego życia jako jego istotny element. Wciąż o nich pamiętam i darzę je sentymentem. Przedstawię Wam listę kilku z nich, ale ponieważ nie pamiętam, w jakiej kolejności je poznawałam, spis nie jest uporządkowany chronologicznie.

1. Super Mario Bros. Szał, szał. Wydaje mi się, że grałam w Mario godzinami, chociaż równie dobrze mogło to być pół godziny na jedną grę. Pamiętam, kiedy miałam 9 lat, Sylwester w moim domu, gośćmi byli znajomi moich rodziców wraz z siostrzenicą, moją rówieśnicą. Poza grami planszowymi, tańcami itp. zajęte byłyśmy właśnie graniem w Mario.

2. The Sims. Komon snana? Naprawdę nie wiem, co było tak fascynującego w pierwszej wersji tej gry, co nie pozwalało mi odchodzić od komputera przez kilka godzin (aha, czasem rodzice przymykali oko na zasady). Mojego przyjaciela mieszkającego na tej samej ulicy odwiedzałam nie tylko po to, żeby posiedzieć razem w bajeranckim zepsutym samochodzie na podwórku, pojeździć na rolkach po podjeździe czy pograć w nogę we dwoje, ale też po to, żeby zagrać u niego w Simsy, których wtedy nie miałam. Biedaczek próbował pokazywać mi klocki Lego albo zdjęcia ulubionych piłkarzy, a ja uparcie okupowałam jego komputer, wpisując klapaucius, by dostać 1000 simoleonów.
Teraz tego żałuję.

3. Grand Theft Auto & Grand Theft Auto: London 1969 – czyli Gie Te A. Podczas gry mój brat rozwiązywał misje i strzelał do niewinnych przechodniów, ja miałam ubaw, jeżdżąc samochodami po mieście, a im ładniejszy samochód udało mi się znaleźć, tym lepiej. Dodatkową frajdę sprawiało mi odnajdywanie ukrytych zakamarków miasta i bonusów takich jak gokart czy czołg. Oczywiście na kodach, żeby nie złapała mnie policja itp.
Naprawdę NIE ROZUMIEM, jak mogło mnie to bawić. Teraz jestem innym człowiekiem, uwierzcie.

4. GTA Vice City – ooo, człowieku. Jatka. Wciąż grałam na kodach i nie wypełniałam misji, ale tutaj weszłam na wyższy poziom zaawansowania i rozboju. W pełni zdemoralizowana jedenastolatka szerzyła popłoch pod postacią postawnego mężczyzny. No i oczywiście wciąż zwiedzałam miasto, pływałam samochodem, spacerowałam po plaży i odkrywałam ciekawostki.

Zarówno w GTA 1, jak w Vice City miasta znałam jak własną kieszeń. Nie wiem, czy taki pojemny jest mózg dziecka, czy takim byłam no-lifem.

5. Max Payne & Max Payne 2. Gry, w które nigdy nie grałam. Mimo to znam świetnie i również spędziłam przy nich mnóstwo czasu. Wyjaśniam: w Maxa Payne’a grał mój brat, a ja siedziałam i obserwowałam. Nie pamiętam teraz dokładnie, które sceny w mojej pamięci pochodzą z pierwszej, a które z drugiej części, ale faktem jest, że w drugiej Max miał głupszy wyraz twarzy. Były to gry mroczne, psychodeliczne i straszne, lęk był niemal namacalny, kiedy za rogiem mógł czaić się wróg, kiedy Maxowi wstrzyknęli narkotyk, przez co słyszał zamordowaną żonę i dziecko, kiedy wędrował po zaniedbanym, pustym hotelu, a policja ścigała go, choć tak naprawdę był dobry. Och, co za wspomnienia. Do teraz mam w głowie głos prezenterki płynący z telewizora w hotelu: „Policja… Działania… czy – śnieżycy. Walkiria stanowi zagrożenie. Jim Bravura…”.

6. Prince of Persia. Gra, którą poznaliśmy dzięki tacie, który miał Prince’a na bodajże czterech dyskietkach. Też głównie oglądałam, jak on i mój brat grali w nią namiętnie, sama nie tykając klawiatury. Nie chcę przysparzać im złej sławy, bo może to moja pamięć jest zawodna, ale… nie przypominam sobie, żeby kiedyś tę grę skończyli.

7. Icy Tower. Nie wiem, kto ją odkrył – brat czy ja – ale wciągnęła nas bez reszty. Cóż, nieskromnie przyznam, że byłam w nią niepokonana i nadal jestem w niezłej formie, choć gram w nią raz na ruski rok. Pewnego dnia, kiedy siedziałam sama przy komputerze, operując jedynie strzałkami i spacją, bo nic więcej do grania w Icy Tower nie było potrzebne, do pokoju gościnnego (komputer specjalnie stał w „ogólnodostępnym” pomieszczeniu, a nie w pokoju któregoś z nas) zajrzał tata, pytając, co robię. Kiedy zobaczył, że gram w coś, co polega wyłącznie na SKAKANIU, wyśmiał mnie, ale chwilę oglądał, jak gram, aż po paru minutach powiedział: „Daj spróbować”.
Przez pierwsze kilkanaście minut bezustannie słyszałam „Jeszcze tylko raz”, „Teraz to już ostatni”.
Po godzinie tata zgodził się wyłączyć grę.

9. Deluxe Ski Jump 2.1 – czyli poczciwy DSJ. Tutaj z początku rządzili domownicy płci męskiej, ale wkrótce też postanowiłam spróbować. Spróbowałam raz, drugi, trzeci, aż stałam się niepokonanym powodem frustracji mojego brata i mojego taty, którzy próbowali pobijać moje rekordy skoczni. Bez rezultatów.

Nie są to wszystkie gry, z jakimi miałam do czynienia. Chociaż nie wiem, jak to jest możliwe, skoro przy komputerze spędzałam, w gruncie rzeczy, mało czasu. To tylko dowodzi, jak bardzo zmienia się nasze pojmowanie czasu i świata, kiedy jesteśmy dziećmi. Teraz dochodzę do wniosku, że przy starym, dobrym Mario mogłam naprawdę spędzać kilkanaście minut, a nie kilka godzin. A jednak tak bardzo zapadło mi w pamięć. Poza opisanymi tu we wspomnieniach grami jest jeszcze kilka, które darzę pewnym sentymentem. Równolegle z „Icy Tower” grywałam w „Re-Volt”, wyścigi zdalnie sterowanymi samochodzikami. Kiedy byłam nieco starsza, poznałam „Heroes of Might and Magic III”. W pamięci mam także grę, której nijak nie potrafię umiejscowić w czasie, a którą bardzo trudno było mi znaleźć w internecie, bo była tak mało popularna – „Guimo”. Grałam też w „Harrego Pottera”. Mimo tego wszystkiego spędzałam mnóstwo czasu ze znajomymi i przyjaciółmi, sama przy rysunkach i innych pracach plastycznych, a potem z gitarą…

…szkoda, że teraz czas spędzony na tym, co się lubi, ba, cała doba w ten sposób się nie wydłuża, a wręcz przeciwnie.

PS Choć wydaje mi się, że, ekhm, dla niektórych czas się zatrzymał. Mój 23-letni brat kupił sobie ostatnio X-boxa, więc ma zabawkę na całe dnie. Dziś stwierdził, że boli go głowa, ale BYNAJMNIEJ nie od gapienia się godzinami w ekran, tylko… od „tego śmierdzącego kwiatka”, piwonii, która stoi w pokoju.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „W co się bawić

  1. wioletka pisze:

    Dla mnie największą przyjemnością w graniu w GTA było rozjeżdżanie prostytutek. I chyba nie jestem innym człowiekiem :P

  2. Miniaturka Żaby pisze:

    Kiedyś nie rozumiałam fenomenu X-boxa, nie rozumiałam, jak można wydawać na to tyle pieniędzy. Ale potem pograłam z kolegami w Call of Duty. Siedzieliśmy chyba 6 godzin :D (Dziwnym trafem zawsze ta drużyna, w której jestem ja, przegrywa. To musi być przypadek.)

  3. anonim pisze:

    W jakim second-handzie kupujesz rzeczy ?

  4. anonim pisze:

    Hmm, jeszcze muszę się dużo nauczyc w przeszukiwaniu secondhandach.

  5. asiaczi pisze:

    zazdroszczę starszego brata! ;)

  6. sunycia pisze:

    GTA zajebiste! Chętnie bym se w to znowu pograła… Czasami się starałam jak najwięcej ludzi porozjeżdżać, wymordować, ale policja dorwała :P No i Mario też cudowny. Ja lubiłam grać jeszcze w Tomb Raidera i Abe Oddworld Odysee (nie wiem, jak to się pisze). Cudowna sprawa takie gry. Jak człowiek ma dużo czasu, to można grać, ale teraz po prostu wolę ten czas przeznaczyć na coś sensownego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s