„Problem grafomański jest problemem przegadania”.

Wczorajszy dzień znów spędziłam na warsztatach literacko-kreatywnych, że tak to snobistycznie nazwę. Tym razem zajmowaliśmy się poezją, a skład uczestników był zupełnie inny niż ostatnio – z zeszłotygodniowej ekipy zachowałam się tylko ja. Tym razem nie odzywałam się prawie w ogóle, chyba głównie dlatego, że wszyscy (poza jedną kobietą, która czasy studenckie miała za sobą) mówili o sobie: „Mam na imię XYZ, studiuję to i to”, podczas gdy ja powiedziałam „Ja mam na imię Zosia, jestem z [nazwa miasta] i jestem tegoroczną maturzystką”, przez co poczułam się jak jedenastoletnia Vada Sultenfuss na spotkaniu poetyckim w filmie „Moja dziewczyna”.
A tematem wczorajszych warsztatów była właśnie poezja. Młody pan doktor polonistyki, który prowadził zajęcia, nie należał na szczęście do wielbicieli wyrywania nieco przerażonych osiemnastolatek do odpowiedzi na pytania, po zadaniu których następuje kilkudziesięciosekundowa cisza, więc nikt mi szczególnie nie przeszkadzał w milczeniu w mojej niedojrzałości.
Pisaliśmy anonimowo dystychy – oho, poznałam nowe słowo – które potem były przepisane na laptopa i wyświetlone na ścianie przez Pomocnicę Prowadzącego, w równie anonimowym głosowaniu wybraliśmy pięć najlepszych (miały być trzy, ale drugie i trzecie miejsce zajęło kilka wierszy ex aequo), a omawialiśmy wszystkie.
Oczywiście kiedy dostaliśmy karteczki z poleceniem napisania dwuwiersza, czułam presję, żeby napisać coś, co od razu nie zdradzi, że napisała go najmłodsza uczestniczka. Wiadomo, co się myśli w takich sytuacjach – ja na pewno napiszę najsłabiej, a inni okażą się poetyckimi geniuszami, drugimi Miłoszami i Mickiewiczami. Na szczęście po chwili wyluzowałam, dochodząc do wniosku, że inni mogą myśleć to, co ja.
Prowadzący powiedział, że możemy wymyślić te dwa wersy teraz, zainspirować się czymkolwiek, a możemy też napisać fragment jakiegoś swojego wiersza albo coś, co chodzi nam po głowie, jakaś myśl, która zmieści się w dystychu.
Po chwili zastanowienia stwierdziłam, że nie ma co się silić na wymyślanie szybko genialnego wiersza i przypomniałam sobie, co ostatnio pisałam.
Ostatnio pisałam blog.
Zastanowiłam się więc, czy w ostatnim wpisie jest coś, co mogłoby robić za wiersz – i napisałam mniej więcej tak, jak pamiętałam:

Obcięłam mojej pracy włosy, obcięłam jej paznokcie u stóp i dłoni
I zostawiłam ją w samych skarpetkach i majtkach
.

Proszę państwa, jakich ciekawych rzeczy dowiedziałam się o tym, co stworzyłam! I, co może ciekawsze, zaczęłam rzeczywiście w nie wierzyć i dostrzegać w mojej pisaninie kolejne znaczenia. Interpretacje były różne, jedne bliższe mojemu pierwotnemu zamysłowi, inne dalsze. Ale wszystkie miały pewien sens.
Najbardziej zapadło mi w pamięć kilka stwierdzeń, które wypłynęły z ust samego doktora:
– ten dystych jest niewątpliwie bardzo erotyczny
– jest najbardziej niepokojący z wszystkich
– prowadzący nie mógł go do końca rozgryźć.
Jeden z uczestników warsztatów doszukiwał się tu jakiegoś rozdwojenia osobowości, bo z jednej strony wypowiadam się jako kobieta – „obcięłam”, a z drugiej moją pracę (oczywiście nikt nawet nie podejrzewał, że może chodzić o pracę maturalną, bo skąd coś takiego), moje „dziecko”, część mnie „zostawiam w samych skarpetkach i majtkach” – a więc jak mężczyznę.
Freud by się cieszył.

A ja trochę zgłupiałam.

Po raz kolejny w mojej głowie zaczęły zapętlać się kolejne myśli – czy w ogóle dobrym posunięciem jest próba interpretacji wierszy? Czy mamy do tego prawo? Ale z kolei to nadaje wierszom smaczek – odbiór czytelnika i jego rozumienie i odczucia. Więc może to właśnie jest sensem pisania wierszy – pozostawienie interpretacji otwartej? A może nie, może wiersze należą tylko i wyłącznie do ich autora i wszelkie usiłowanie odczytania go w jakikolwiek sposób przez czytelnika w pewien sposób niszczy wiesz? Ale odczytywanie wierszy tylko przez pryzmat liter też jest zbrodnią na nim dokonaną, więc?
I tak w kółko, nie znajdując odpowiedzi na żadne z zadanych w głowie – a teraz już i tutaj – pytań.

Na końcu każdy z nas, a było nas sześcioro, ujawnił, który dystych jest jego. Tym razem poczułam się trochę jak niepozorna psychopatka, kiedy powiedziałam „sześć”  (bo mój wiersz zapisany był pod numerem szóstym).
Nie wiem, jak mogłam nie zauważyć tego przez półtorej godziny, ale wierszy było 9 (niby 10, bo ostatni miał cztery wersy, więc został podzielony na dwa), a uczestników sześcioro. Przez cały ten czas nie miałam nawet poczucia, że coś jest nie tak. Okazało się, że trzy z nich zostały wrzucone przez prowadzącego – ostatnie głosowanie, które przeprowadziliśmy, polegało na wybraniu tych trzech „plagiatów”.
Okazało się, że „razem” trafiliśmy dwa.
Fragment wiersza Herberta uznaliśmy za dystych kogoś z nas. Poza nim był też Czesław Miłosz i jeszcze jakiś poeta, którego nazwisko zapomniałam, bo nie należę do koneserów poezji, ale ponoć znany i ceniony w całym kraju.
Wnioski pozostawiam Wam.

Moim bardzo niepokojącym, erotycznym i trudnym do rozgryzienia tekstem chyba zapunktowałam u pana doktora, bo jeszcze kiedy wychodziłam – nieco później niż inni, ale dwie osoby jeszcze były – gdy po wyjściu z łazienki zwolniłam tylko krok, dziękując prowadzącemu i chcąc się pożegnać, on zwrócił się do mnie po imieniu i spytał, czy przyjechałam specjalnie z mojego miasta, po czym wymieniliśmy kilka zdań. Spytał też, czy piszę wiersze (bez wahania i zastanowienia odpowiedziałam: „Taak!”, chociaż potem uświadomiłam sobie, że przecież robię to raczej rzadko) i powiedział, żebym nie przestawała pisać.
Przez cały czas trwania zajęć odezwałam się zaledwie kilka razy, ale najwyraźniej nie spodziewał się, że mój dystych okaże się mój. Takie rozmowy, jak ta ostatnia, podnoszą na duchu i nawiązuje się jakaś nić porozumienia między, w tym wypadku, prowadzącym a mną.

Dodam jeszcze, że na początku zajęć, trochę spóźniony, usiadł między nami Jezus. Hm, no dobra, nie był to Jezus, ale wyglądał jak jego współczesna wersja, przynajmniej od szyi w górę. Nawet oczy miał jakieś takie dobre, rozumiejące i uspokajające.
Jeśli chodzi o całość jego wyglądu, to pewnie określiłoby się go teraz hipsterem. Widziałam go już przy barze, zanim podszedł te kilka metrów i zdjął z ramienia swoją żółtą torbę, i kolejny raz zastanawiałam się, kiedy przeoczyłam moment, w którym, jak mówi tytuł niedawno przeczytanego przeze mnie artykułu, obciach stał się królem wybiegów. Bo gość ubrany był tak, że jeszcze parę lat temu byłby wyśmiewany, a przynajmniej obgadywany przez „uprzejmych” ludzi na każdym kroku. Koszuli nie pamiętam, ale miał na sobie stare buty, spodnie w kolorowe pionowe paski i tę żółtą torbę. Ale jestem pewna, że ten wygląd był całkowicie przemyślany i nieprzypadkowy i nie wynikał wcale z nieznajomości trendów. Okazało się też, że nawet imię ma rzadkie, w dodatku skończył fotografię, a teraz pracuje w punkcie napraw magnetowidów. So vintage!
Jednak po chwili w myślach sama się zganiłam, bo każdy ma prawo ubierać się i wyglądać tak, jak chce, i może ja też jestem przez kogoś postrzegana zupełnie inaczej, niż zamierzam. To właściwie jest pewne. Więc peace and love.

***

          Wiecie, czego najbardziej nie znoszę w lecie? Nie upałów, w których nie da się funkcjonować. Nie tego, że chciałabym robić wszystko, na co kiedy indziej nie mam czasu, a zamiast tego nie robię nic.

W lecie najbardziej nienawidzę ROBAKÓW.

Komary. Muchy. Meszki. Pszczoły. Szerszenie (!). Mrówki.

A od jakiegoś tygodnia czy dwóch w moim domu nieustannie latają jakieś małe muszki. Możliwe, że ziemiórki, zresztą jestem skłonna sądzić, że wyrosły spod ziemi. Są wszędzie – w kuchni, w łazience, w pokoju. Są prawie niezniszczalne, bo machnięcie ręką, kiedy latają albo lekkie klepnięcie ich, kiedy siedzą, nic nie daje. Trzeba na nie polować i być bezwzględną. Nie mogę spokojnie umyć zębów, nie mogę zrobić sobie kanapki, bo zaraz pojawiają się one. JAKIMŚ CUDEM – i może robię błąd, że to piszę – teraz nie ma ich w pobliżu. Ale wierzcie mi, ostatnio nie ma mowy o tym, żeby coś nie latało mi przed oczami albo nie siadało na ekranie komputera.
Chyba zawarły pakt z mrówkami, bo te z kolei zaprzestały inwazji na mój dom. Dziś pierwszy raz od dłuższego czasu natknęłam się na trzy w kuchni, ale poza tym – spokój. Mrówki i muszki zmówiły się i konsekwentnie dążą do wyniszczenia domowników, jeśli nie fizycznego, to psychicznego.

Chyba nie wiedzą, z kim mają do czynienia.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „„Problem grafomański jest problemem przegadania”.

  1. Miniaturka Żaby pisze:

    Cieszę się, że po raz kolejny Twoja twórczość została doceniona! Też mi się podoba ten… dystych. Co do poezji, to myślę, że jeśli już autor się nią dzieli z innymi, to daje czytelnikowi prawo do dowolnej interpretacji. Gdyby wiersz miał być dla autora, to niech go sobie autor w szufladzie trzyma :D

  2. Unmadebed pisze:

    Czytając Cię poprzednio, też zwróciłam uwagę na te wersy. Trafiają w moją estetykę. Dobry wybór.

  3. sunycia pisze:

    Ja też… Ja też nie cierpię wszelkich robaków latem… :P Szlag trafia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s