Hedone

Wczoraj zdawałam ustny polski. Pracę maturalną skończyłam pisać chyba w piątek, a prezentację multimedialną kończyłam jeszcze w niedzielę. Już ostatnio wspomniałam, że miałam prawie cztery strony tekstu napisanego małą czcionką – kiedy w niedzielę przedstawiałam to rodzicom, za pierwszym razem moja prezentacja trwała 22 minuty, w dodatku nie umiałam opowiadać, musiałam co chwilę zaglądać do kartek. Jeszcze wieczorem siedziałam z tatą nad tekstem, skracając, ile się da, wyrzucając, co się da, obserwując, jak moja piękna praca, która i tak wydawała mi się kwintesencją tematu, coraz bardziej ubożeje i zaczyna przypominać tysiące innych prac maturzystów, którzy chcą odbębnić, co mają do odbębnienia, nie zagłębiając się ani trochę w kwestie, które nie są ściśle związane z ich prezentacją.
Ale w końcu to nie ja wymyśliłam, że prezentacja ma trwać piętnaście minut. Z jednej strony mamy narzucane zadanie polegające na przygotowaniu referatu na poziomie egzaminu dojrzałości, a z drugiej nie daje się nam nawet możliwości wykazania się w temacie, który mamy przedstawić jako jego znawcy.
Więc niech będzie. Obcięłam paznokcie mojej pracy, obcięłam jej włosy i zostawiłam ją w skarpetkach i majtkach. Wyrzuciłam fragment o niesceniczności dramatu de Sade. Wyrzuciłam fragment o symbolizmie i impresjonizmie Podkowińskiego. Wyrzuciłam fragment mówiący, że hedonizm bywa i egoistyczny, i altruistyczny. Poskracałam niektóre wyrażenia, czując, że bogactwo językowe dostaje kolejne kopniaki.
Po północy przedstawiłam tacie to, co zostało. Tylko raz spojrzałam do tekstu. Zmieściłam się w 15 minutach.

Wczoraj rano powiedziałam to przed nim jeszcze dwa razy, zanim pojechałam na maturę. Raz – 14,5 minuty, raz 13,5. Czasem coś mi wypadało z głowy, ale już sporadycznie.

Pojechałam na maturę – oczywiście nie mogłam korzystać z tekstu, a jedynie z prezentacji multimedialnej, kartki z cytatami i konspektu, który zrobiłam, zanim w ogóle zaczęłam pisać pracę, w związku z czym jego treść różniła się nieco od treści, którą chciałam powiedzieć.

Przez cały czas miałam w rękach te dwie kartki – konspekt i cytaty – ale do planu nie zajrzałam ani razu, a do cytatów – raz. Wszystko mówiłam z pamięci, slajdy przełączałam w wyuczonych momentach. I muszę dodać, bo jestem z tego dumna, że nie znałam tekstu na pamięć, tylko wiedziałam, co chcę opowiedzieć, więc też nie recytowałam wszystkiego jak katarynka, a… wygłaszałam referat.

Łyk wody, kilka pytań, dziękujemy, dziękuję, do widzenia.

100%.

Chcieć to móc!

…ale wiecie co? Jestem trochę zaniepokojona.
Zaniepokojona tym, że wszystko mi się tak udaje. Że jeśli coś sobie postanowię, to to osiągam. Że od niepamiętnych czasów na kartkówki i sprawdziany uczyłam się dzień przed albo tego samego dnia na przerwie i dostawałam dobre oceny; że prezentację maturalną miałam dopiętą na ostatni guzik praktycznie w dzień matury o wpół do pierwszej w nocy i zdałam na sto procent.
Boję się, że tak mi się to wryje – albo już wryło – w podświadomość, że wkrótce przestanie mi wszystko tak łatwo się udawać, zacznę się potykać i zorientuję się, że żeby zacząć osiągać sukcesy w dorosłym życiu, naprawdę trzeba się przez dłuższy czas starać, pracować systematycznie, a nie robić wszystko na ostatnią chwilę – i wtedy nie będę potrafiła się dostosować.

Miałam 11 lat, kiedy zaczynając piątą klasę podstawówki napisałam w pamiętniku: „Teraz już trzeba wziąć się do nauki!”. Serio. I tak mówiłam sobie co rok, a nie uczyłam się wcale. W gimnazjum z niektórych przedmiotów już zaczynałam sobie powtarzać co nieco przed sprawdzianami, a czasem trzeba było nawet przysiąść na całe popołudnie, żeby poprawić ocenę na koniec roku, ale ilość razy, kiedy rzeczywiście siadałam i intensywnie się uczyłam w gimnazjum można policzyć na palcach dwóch rąk.
W liceum nauczyłam się uczenia się (!), ale i tak wiem, że gdybym bardziej się przykładała, mogłabym mieć jeszcze lepsze wyniki. Ale mi się nie chciało. I zawsze było: „jakoś to będzie, dam radę” – no i dawałam. Na pewno nie robiłam wszystkiego, na co mnie stać, jeśli chodzi o naukę. I dawałam radę.

A teraz wcielam w życie to, co sobie wymyślę. „Pomysły spod prysznica”, napisałam kiedyś na onetowskim blogu – bo ogromna część tego, co chciałabym urzeczywistnić, przychodzi do mnie w trakcie moich długich filozoficznych kąpieli, podczas których wszelkie próby działania na rzecz środowiska, życia ekologicznie, a w tym – oszczędzania wody – idą w łeb, bo stoję pod prysznicem I MYŚLĘ. Podobno wiele osób przed snem, w łóżku, myśli o tym, czego chciałoby, żeby się wydarzyło. Ja mam tak właśnie pod prysznicem, a od półtora roku wcielam te myśli w życie. Oczywiście nie wszystkie, bo niektóre są głupie, a niektóre po prostu warto, żeby zostały marzeniami albo zupełnie spłynęły do ścieków razem z litrami przelanej wody. Ale faktem jest, dużą część rzeczy, które inni na moim miejscu włożyliby do szuflady „Zbyt nierealistyczne do spełnienia”, do której tylko wkłada się kolejne myśli, czasem ogląda, ale nigdy ich nie wyjmuje, ja umieszczam na liście „DO ZROBIENIA”. I najpierw jestem wyśmiewana, nie rozumiana i komentowana za pomocą cichych znaczących spojrzeń między moimi rozmówcami, ale potem te rzeczy robię i nagle nie są już śmiesznymi pobożnymi życzeniami.

Dlatego boję się, że pewnego dnia miarka się przeleje. Przejadę się raz, drugi, trzeci, i nie będę umiała się do tego przyzwyczaić. Nie wiem, czy rzeczywiście to zależy od podejścia i mam szansę na szczęśliwe, spełnione życie, jeśli dalej będę postępować tak, jak postępuję, czy może to kwestia szczęścia, które kiedyś mnie po prostu opuści. Prawda jest taka, że na mojego ogromnego, nieuzasadnionego pecha narzekałam tak długo, dopóki nie zaczęłam robić tego, o czym myślałam – i nagle stałam się szczęściarą. Więc mam nadzieję, że może jednak moje szczęście zależy ode mnie. Ale jeśli nie – albo po prostu jeśli życie okaże się trudniejsze, niż się spodziewam – i jeżeli nie będę umiała się przystosować, to mam przerąbane.

Obrazek

PS Moja Gapa – pies niewysoki – urodziła pięć czarnych szczeniaczków (z tego, co widziałam, mają białe krawaty, ale nie wiem, czy wszystkie). Jeśli ktoś mieszka w Wielkopolsce albo okolicy i chciałby przygarnąć jednego albo więcej piesków, a przy okazji uratować mi życie, to proszę o kontakt choćby w środku nocy.

PPS Znalazłam dziś w lumpeksie/ciucholandzie/second handzie białą bluzkę – z przodu krótsza, z tyłu dłuższa, luźna, ale rękawy przylegające, czyli taka, na jakie teraz jest szał. Za 17 zł. W sklepach internetowych takie szmatki kosztują 60, 70 złotych.

Kolejny PS, którego nie umiem już określić: Wczoraj oddałam się przyjemności, pierwszy raz w życiu serwując sobie porządny pedicure poprzedzony moczeniem stóp w ciepłej wodzie z olejkiem.

Obrazek

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Hedone

  1. nevereever pisze:

    http://demotywatory.pl/1331939/Twoje-szczescie-zalezy-tylko-od-Ciebie :)
    Twoje szczęście i zadowolenie z życia zależy całkowicie od Ciebie i nikt inny nie może Ci go dać. To, że robisz coś na ostatnią chwile niekoniecznie musi się źle skończyć. Też tak ostatnio robię, w większości przypadków się udaje, ale czasem nie i trzeba spróbować jeszcze raz… i kolejny, aż się uda :)

  2. Ev pisze:

    Miałam identycznie, jeśli chodzi o naukę. Już w podstawówce (w zasadzie od pierwszej klasy), gdy pani kazała przeczytać czytankę (by potem przy całej klasie powtórzyć to na głos), to nigdy tego nie robiłam. Zawsze udawało mi się ładnie przeczytać na lekcji, mimo iż w domu nawet nie zajrzałam jak ona wygląda. Potem, w starszych klasach, czy to na sprawdziany, czy na kartkówki, uczyłam się poprzez przeczytanie podręcznika/zeszytu czy to w domu, czy na przerwie. Jeśli poświęcałam na naukę i odrabianie zadań domowych (oprócz wypracowań) pół godziny to i tak, według mnie było to dużo. Nie rozumiałam po co nauczyciel mówi o sprawdzianie tydzień bądź dwa tygodnie wcześniej, przecież ja i tak zaczęłabym się „uczyć” dzień przed lub w tym samym dniu. A oceny miałam dobre, nawet bardzo. Sytuacja również powtórzyła się w pierwszej klasie gimnazjum, choć to właśnie w drugiej klasie zaczęłam zauważać!, że tyle czasu ile poświęcam to zdecydowanie za mało. Pamiętam moje zdziwienie, gdy dostałam sprawdzian z geografii, gdzie na naukę poświęciłam jakieś 40 minut.

    Gratuluję (po raz drugi) takiego wyniku z obu matur ustnych :)) oraz rozpoczęcia wakacji (przynajmniej, jeśli chodzi o liceum). I życzę ci, abyś spełniła swoje cele, plany, marzenia, choć mam przeczucie że osiągniesz to, do czego dążysz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s