Kuchenne wariacje z powtórzeniami

Uff… To już prawie półmetek matur pisemnych. Wczoraj pisałam język polski na poziomie rozszerzonym, dziś – podstawa matematyki. Wciąż prześladuje mnie widmo jutrzejszego rozszerzenia z matmy. Ech, nauka tak przeze mnie ukochana, a tak dla mnie oschła i nieprzystępna… Jak widać, nie tylko w miłości do ludzi nie mam szczęścia.
Wczorajszy polski poszedł mi chyba całkiem, całkiem. Miałam do dyspozycji sześć stron czystopisu i wszystkie zapisałam – mam nadzieję, że treściwie (i zgodnie z kluczem odpowiedzi). Do wyboru były dwa tematy:
TEMAT 1: Dokonaj analizy i interpretacji porównawczej wierszy Jana Kochanowskiego „O żywocie ludzkim” i Agnieszki Osieckiej „Kolęda z pretensjami”. Zwróć uwagę na przedstawione w nich obrazy ludzkiego życia oraz postawę podmiotu mówiącego wobec świata.
TEMAT 2: Codzienność w czasach Zagłady. Analizując i interpretując opowiadanie Idy Fink „Przed lustrem”, zwróć uwagę na kreacje bohaterek, ich sytuację oraz znaczenie tytułowego lustra.
Z początku oba wydawały mi się trochę trudne, ale po przeczytaniu opowiadania doszłam do wniosku, że nie wiedziałabym, co napisać, więc zabrałam się za wiersze. Pisałam, pisałam i szło mi całkiem nieźle, a temat wydał mi się nawet przyjemny. Nie strzelałam już takimi błyskotkami, jak zdania, które napisałam na podstawie i które Wam tutaj przedstawiłam – po pierwsze dlatego, że nie miałam na takowe pomysłu, a po drugie – tym razem postawiłam na ostrożność, konkrety, fakty, może bez kwiecistego języka, ale ze skondensowaną (oho, na sześciu stronach A4) wiedzą.

Dziś – matematyka. Jestem z siebie i bardzo zadowolona, i nie. Bardzo zadowolona – bo szłam na maturę z nastawieniem „obym napisała na przynajmniej osiemdziesiąt procent”. Zdarzało mi się, że rozwiązywałam w szkole arkusze na 82%, 84%, ale bywały też takie, z których miałam 58%, 64%… Ambitny ze mnie człowiek, więc miałam i mam wewnętrzne poczucie, że wynik niższy niż 80% nie usatysfakcjonowałby mnie, a wyższy byłby już całkiem dobry. Otworzyłam arkusz właściwie bez jakiegokolwiek nastawienia, nie spodziewałam się niczego konkretnego, i – po prostu – zaczęłam rozwiązywać zadania. Rozwiązywałam ładnie, jedno po drugim, strona po stronie, lekko zawahałam się dopiero przy przedostatnim zadaniu zamkniętym, które i tak rozwiązałam, a poza tym – szło gładko.  Myślałam, że polegnę na ostatnim zadaniu otwartym – w którym do zdobycia, a więc i do stracenia, było 5 punktów, czyli 10% – ale po sprężeniu szarych komórek i usilnym zwijaniu zwojów mózgowych udało mi się rozwiązać i to cholerstwo z pociągami jadącymi z miasta A do miasta B (typ zadania, które należy do najłatwiejszych, jakie istnieją na lekcjach fizyki, a którego nigdy nie umiałam rozwiązać, bo nawet po wytłumaczeniu i zrozumieniu go przeze mnie mniej więcej następnego dnia cała wiedza na ten temat uciekała z mojej głowy).
Oczywiście nie byłabym sobą – NO PO PROSTU NIE – gdybym po wyjściu z sali nie dowiedziała się, że zrobiłam głupi błąd w najprostszym zadaniu otwartym. Potem, w domu, okazało się, że popełniłam inny błąd – trochę mniej głupi, ale jednak. W tym samym zadaniu. Więc 4% już poszło. Nie będzie stówki.

Prawie połowa matur pisemnych za mną. Najbardziej boję się jutrzejszego rozszerzenia z matematyki oraz piątkowego wosu. Wiedzę o społeczeństwie wpisałam do deklaracji maturalnej chwilę przed ostatecznym terminem zmiany decyzji, trochę na zasadzie „a, napiszę sobie wos, czemu nie”, ale teraz naprawdę mi na tym zależy, bo chcę składać papiery na polonistykę, a nie umiem wiele. Chyba najmniej boję się angielskiego. Nauczę się jeszcze przed czwartkiem paru ciekawych słówek, które mogłabym wykorzystać w wypracowaniach do podciągnięcia punktacji za bogactwo językowe, a poza tym chyba jestem spokojna.

***

Tymczasem cieszę się wiosną i skupiam się na tej części mnie, która jest podekscytowana niedaleką przyszłością, w kąt odsuwając tę część, która boi się, że nie jest gotowa na dorosłość. Będzie dobrze! Poradzę sobie ze wszystkim, w końcu jestem sobą.
Kiedy tak cieszę się wiosną, na duchu podnosi mnie też… zdrowe jedzonko. Od jakiegoś czasu mój jadłospis jest wyjątkowo nieurozmaicony, a to wszystko dlatego, że odkryłam kilka dań, które smakują mi tak bardzo, że daną „potrawę” mogłabym jeść na śniadanie, obiad i kolację. I nie byłabym daleka wcieleniu tego w życie, gdyby nie fakt, że takich dań, jak już napisałam, mam kilka, a nie jedno czy dwa. Propagując zdrowy albo…prawie zdrowy styl żywienia (chciałabym móc napisać „zdrowy styl życia”, ale ponieważ moja aktywność fizyczna ogranicza się do jazdy rowerem raz w tygodniu i ewentualnie do aerobicznej szóstki Weidera, jeżeli akurat jestem w trakcie regularnych ćwiczeń, nie czuję się kompetentna do udzielania rad w tej kwestii), podzielę się moim codziennym menu z cudownymi… Wami

MOJE CODZIENNE MENU
Image

Kanapka z chleba grahama z sałatą, rzodkiewką i szynką (pomidor na specjalne życzenie klienta)
Jak już napisałam w pierwszym opublikowanym na tym blogu poście, wegetarianką niestety nie jestem. I tak mam z tego powodu wyrzuty sumienia, i tak wiem, że to hipokryzja, więc nie będę na ten temat więcej pisać.
Do kanapki najbardziej lubię sałatę lodową, bo jest słodsza – mniej gorzka i bardziej chrupiąca niż zwykła sałata. Szynka – taka, w której rzeczywiście jest szynka, a nie wypełniacze, woda i MOM, które zmieszane mają wyglądać jak mięso (sklepem znajdującym się najbliżej mojego domu na przedmieściach jest Intermarche, dlatego mojej rodzinie wygodnie jest tam kupować [nie będę teraz pisać o zaletach i wadach tego supermarketu] – jednak większość wędlin stamtąd z mięsem ma chyba niewiele wspólnego, smakuje głównie solą, a o zawartości szynki w szynce można przekonać się samemu, oglądając pod światło plasterek takiego wyrobu i podziwiając, jaka część z naszego plastra jest prawie przezroczysta, a jaka rzeczywiście nadaje się do zjedzenia). Chleba albo nie smaruję żadnym tłuszczem, albo używam margaryny – ponieważ moje doświadczenia z margaryną są niewielkie, bo dopiero od kilku miesięcy jadam w ten sposób, dotychczas wypróbowałam tylko Delmę i Smakowitę (albo Smakowitą – odmienić to jako nazwę czy jako przymiotnik?). Raz na kilka kanapek ( ;) ) do środka wkładam też plasterki pomidora.

Image

Jogurt naturalny z syropem lub sokiem malinowym albo wiśniowym
Mmm, delicja jeszcze z czasów wczesnego dzieciństwa, kiedy moja mama – nie wiem, w jaki sposób – sama robiła jogurt. Nie przepadam za zwykłymi, niemal płynnymi jogurtami naturalnymi, ale uwielbiam gęste o konsystencji podobnej do galaretki, które można „kroić” łyżeczką – takie są jogurty określane jako Greckie albo Śródziemnomorskie. Ładnych kilka lat temu, gdy jeszcze nie jadłam jogurtów w ogóle albo jadłam tylko owocową Jogobellę – czyli w podstawówce lub na początku gimnazjum – przez przypadek odkryłam gęsty jogurt naturalny, który mi, o dziwo, zasmakował – byłam wówczas na antybiotykach, nie jadłam prawie nic, więc żeby jednak coś co żołądka wpadło i żeby zadbać trochę o kultury bakterii w moim organizmie, moja mama kupowała mi jogurt naturalny Bakoma. Jeśli chodzi o gęstość, to jest porównywalna właśnie z jogurtami znanymi teraz jako greckie, z tym że „mój” jogurt jest bardziej gładki, jednolity. To plus sok lub syrop malinowy albo wiśniowy – w zależności od zawartości domowej spiżarni (ja mam to szczęście, że czasem mogę znaleźć domowe soki wiśniowe, ale problem jest z nimi taki, że szybko się kończą, a na następne trzeba czekać rok lub dwa – jeśli już ich nie ma, pozostaje kupić w sklepie mniej naturalny zamiennik) = niebo dla podniebienia!
Image

Grzanka z szynką i serem
Teraz nazywana tostem, ale ja – jako strażnik języka polskiego – zawsze używam określenia GRZANKA. To nie jest szczególnie zdrowe, ale i tak należy do tych rzeczy, które zawsze mi smakują. Dwie kromki białego chleba posmarowane po jednej (zewnętrznej) stronie masłem (na szczęście cienko; masła używam tylko do smażenia naleśników i do smarowania chleba na grzanki), a pomiędzy nimi – plasterek szynki i plasterek żółtego sera… Piekę to w opiekaczu, ale kiedy jeszcze moi rodzice nie zamienili punktów uzbieranych w aptece na to wspaniałe urządzenie, ba, kiedy jeszcze do głowy mi nie przyszło, że doczekam się opiekacza w domu, świetnie radziłam sobie, smażąc przepyszne przygotowane w wyżej opisany sposób grzanki… na patelni. Taką pięknie usmażoną grzankę jadłam wówczas przy pomocy noża i widelca, bo świetnie się do tego nadawała. Danie, jak wspomniałam, nie najzdrowsze, ale na pewno jedno z moich ulubionych.

Płatki Otrębuski
Odkryte kilka dni temu. 300 g kosztowało mnie 3.99 zł, więc cena jest chyba lepsza niż płatków kukurydzianych Nestle Corn Flakes – o walorach zdrowotnych nie wspominając. O ile płatki żytnie, które są w moim domu dzięki mojej mamie, smakowały dla mnie jak mąka w kawałkach (a po zalaniu mlekiem – jak mąka w kawałkach z mlekiem – łał  [cóż, smakowały pewnie po prostu jak żyto, ale nie mam w zwyczaju jadać żyta]), o tyle Otrębuski jem z prawdziwą przyjemnością. No niestety, CAŁKIEM naturalne też nie są, ale i tak można je zaliczyć do zdrowej żywności.
Image
Image

Danie dnia, czyli kiwi z arbuzem i suszonymi bananami
Wymyśliłam to kilka dni temu, a zrealizowałam dopiero dziś po powrocie z matury. Nie wiedziałam, czy to dobre połączenie, a trochę boję się eksperymentować w kuchni, ale wiecie – lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż że się tego nie zrobiło! Doszłam do wniosku, że lubię kiwi, lubię arbuza i lubię suszone banany, a te ostatnie nie należą do tej kategorii suszu, który wchłania wodę czy – w tym wypadku – sok, więc nie było ryzyka, że rozmokną i przyjemności z ich zjedzenia będzie tyle, ile było przy spożywaniu płatków żytnich… Więc skoro lubię każdą z tych rzeczy osobno, to gdyby mieszanka mi wybitnie nie smakowała, zawsze mogę zjeść wszystko po kolei. Jako inteligentni ludzie zapewne domyślacie się, że skoro nazwałam to danie „kiwi z arbuzem i suszonymi bananami”, a nie „kiwi, arbuz i suszone banany”, to mix wyszedł pomyślnie. Ciekawe, jak smakowałaby ta „sałatka”, gdybym zamiast bananów wrzuciła kilka orzechów laskowych…
Image
Image Mniam!

Inne dania
Kiedy w domu mam serek wiejski, bardzo lubię też wcinać chleb z takim właśnie serkiem posmarowany margaryną – „nauczyła” mnie tego Kijanka, u której jadłam takie śniadanie po raz pierwszy.
Dość często nie mogę oprzeć się pokusie wciągnięcia kilku kromek świeżego zwykłego [czyt. białego] chleba. Staram się go ograniczać, ale czasem po prostu SIĘ NIE DA.
No i nie będę udawać, że odżywiam się tylko potrawami takimi, jak powyżej. UWIELBIAM pizzę, KOCHAM spaghetti (sos pomidorowy robię sama z lekko zmodyfikowanego przeze mnie przepisu mojej mamy – nieskromnie przyznaję, że teraz jestem jedyną osobą w domu, która robi sos do makaronu), czekolada też długo koło mnie nie postoi, a grillowana karkówka jest jednym z lepszych przysmaków, jakie mogę zjeść późną wiosną i latem, ale zwracam uwagę na to, żeby nie przesadzać. Zdrowy rozsądek przydaje się również w tej dziedzinie.

Może ktoś z Was skusi się na pyszną grzankę z patelni (przy polecaniu jej znajomym nie zapomnijcie o wspomnieniu, kto wpadł na pomysł takiego jedzonka! ;) ) albo płatki otrębowe, które w mleku nie rozmiękają tak szybko jak większość tzw. płatków śniadaniowych. Jeśli zdecydujecie się przygotować coś z tego, co pokazałam, napiszcie w komentarzu swoje odczucia – smakowe i estetyczne : )

***

A teraz pogrążę się w marzeniach o sielance pod słońcem Toskanii…
…albo policzę trochę zadań z rozszerzenia.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Kuchenne wariacje z powtórzeniami

  1. wioletka pisze:

    narobiłaś mi smaka na suszone banany :D

  2. martafun pisze:

    Ja wczoraj jadłam banany świeże z kiwi polane jogurtem, posypane migdałami, orzechami i żurawiną! – pyyyyycha :) Arbuza lubię ale nie mogę go dużo zjeść, także szkoda mi kupować, żeby później się nie zmarnował :/

    • wioletka pisze:

      A i moja prośba – częściej pisz o jedzonku, lubię czerpać inspiracje jedzeniowe z blogów ;D

      • wioletka pisze:

        Nie wiem jak to zrobiłam, że zamiast napisać zwykły komentarz, odpowiedziałam na Twój, Marta :P

      • Tylko że mój jadłospis jest, jak widać, ograniczony :< Ale postaram się. (Też lubię czerpać inspirację z blogów – widzisz, jakie ładne zrobiłam zdjęcia miseczek? :D )

      • wioletka pisze:

        widzę, doceniam oraz od razu zgłodniałam ;D

    • U mnie to mama jest największą wielbicielką arbuzów, więc nie ma obaw, że się zmarnuje ;)

      • nevereever pisze:

        jak wrócę na wakacje do domu to na pewno się nie zmarnuję (mama, tata, siostry zjedzą), ale teraz bym kupował tylko dla siebie także niewiele eksperymentuje z jedzeniem :)

  3. sunycia pisze:

    <3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s