Wielka miłość nie wybiera

***

      Okej. Jestem już oficjalnie zakochana w Michaelu Buble. Co prawda wymienił ze mną tylko kilka spojrzeń i jest światowej sławy piosenkarzem, no i właśnie się zaręczył ożenił, ale grunt to nie tracić nadziei.

Mieliście kiedyś tak, że rozkleiliście się ze wzruszenia, z radości? Ja teoretycznie należę do osób, które nie płaczą. Po prostu nie. Zachowuję dystans, żeby swoim zaangażowaniem/wrażliwością/przyznaniem się do smutku nie zapaść się w to jeszcze bardziej.
I bardzo często jest tak również w praktyce. Tyle że jestem wrażliwa i o ile twarda skorupka, którą tworzę systematycznie na co dzień, potrafi czasem raz, a porządnie pęknąć, o czym na pierwszych zajęciach chyba aż za dobrze przekonał się mój aktorski mentor, o tyle zwykle, mimo zachowywania rezerwy, potrafię rozpłakać się pod wpływem pięknej muzyki albo wielkiego księżyca na niebie. No dobrze, nie „rozpłakać się”, bo jednak nie pozwalam sobie się rozpłakać, bo jestem świadoma, że dziwnie wyglądałoby, gdyby po moich policzkach zaczęły spływać łzy podczas oglądania np. reklamy z pięknymi scenami tańca, ale fakt faktem, że płakać mi się w takich sytuacjach CHCE.
W poniedziałek – przed koncertem – prawie „polały się łzy me czyste, rzęsiste”. A wszystko przez kolejne nagłe uświadomienie sobie, że za kilka chwil miało spełnić się jedno z moich największych marzeń, odłożone kiedyś w mojej głowie do szufladki „Przeznaczone do marzenia, bez perspektyw na spełnienie”. Nie wiem, jak Wy, ale ja jednak ZAWSZE mam tą ociupinkę nadziei, że kiedyś uda mi się takie marzenie spełnić. Nie istnieje dla mnie nic, w czego spełnienie kompletnie nie wierzę.

Image

         Przedwczoraj wstałam o tej samej porze, o której zwykle wstaję do szkoły, zaczynając lekcje o 8.00. Pojechałam do oddalonej o kilka kilometrów miejscowości na pociąg do Poznania o 9.59. W Poznaniu trochę pokręciłam się po dworcu i na 11.30 poszłam na tzw. Dworzec Letni, na którym miała czekać cała grupa, z którą miałam jechać autokarem do Gdańska. Stanęłam sobie koło jakiegoś chłopaka, z nikim nie zamieniłam ani słowa i stałam tak z nieznajomymi ludźmi, jakbyśmy wcale nie mieli ze sobą nic wspólnego. Autokar podjechał, wsiedliśmy – siedziałam sama, przez całą podróż z nikim nie rozmawiałam, nikogo nie poznałam, za to miałam mnóstwo czasu dla siebie (na tyle, na ile pozwala przestrzeń dwóch foteli autobusowych, odliczając miejsce, które zajmowały moje dwie torby i płaszcz). Po Ergo Areną byliśmy ok. 17.45.

Image

Image

Po tym, jak zaparkowaliśmy, każdy mógł iść, gdzie chciał (i całe szczęście, bo nie przepadam za zorganizowanymi wycieczkami). Poszłam więc szukać wejścia, które prowadzi do tej części trybun, na której miałam siedzieć. Po obejściu całej Areny dookoła znalazłam na piętrze wejście B3, ale było zamknięte, tak jak i wszystkie inne. Udałam się na mały spacer w celu zrobienia zdjęcia widocznemu wyżej napisowi, a potem kręciłam się wte i we wte, spędziłam trochę czasu przy namiocie radia Złote Przeboje w nadziei, że może będą szukać kogoś do rozmowy (nie chcieli), słowem – wypełniałam czas, który wydłużał się nieeeemiiiiłoooosieeeerrrrniiieeeee, kiedy jedyne, co mogliśmy robić, to CZEKANIE, aż otworzą te magiczne wrota prowadzące do innego świata.
Ponudziłam się, postałam jakieś pół godziny przy wejściu razem z modno-hipsterską parą (kiedy koło nich stanęłam, było nas tylko troje – kiedy drzwi zostały otwarte, za mną stała kilkudziesięcioosobowa kolejka), aż wreszcie, około 18.45, zaczęto wpuszczać do środka.
Postanowiłam zaoszczędzić 2 złote i trochę czasu po koncercie i nie oddałam płaszcza do szatni. Z całym ekwipunkiem skierowałam się w stronę trybun – wówczas jeszcze prawie pustych – a kiedy usiadłam na swoim krzesełku, zobaczyłam te tysiące wolnych miejsc, cudownie oświetloną scenę ze stojącym pośrodku mikrofonem i telebimy wyświetlające logo i napis „Michael Buble”, dotarło do mnie, co się właśnie dzieje, i wtedy czułam, że mogłabym się rozpłakać. Gdybym się nie powstrzymała. Od zajęcia miejsca na widowni miałam jeszcze kilka takich momentów, w których od stania się siedzącą samotnie rozklejoną fanką dzieliła mnie tylko granica samokontroli i względnego rozsądku.

Image

Image

O 20.00 światła przygasły, a na scenie pojawili się Naturally 7. Swoje zadanie spełnili świetnie, rozgrzali publikę tak, że mogłabym ich słuchać jeszcze. Gdyby nie to, że kipiałam z niecierpliwości przed zobaczeniem na własne oczy samego Majkela, którego piosenki opisywały poszczególne momenty mojego nastoletniego życia, a którego głos jest dla mnie najpiękniejszym dźwiękiem, jaki mam okazję słyszeć. Nie wspominając o tym, że kocham swing.
Po supporcie nastąpiła przerwa. Wcześniej miałam czas, żeby wyobrazić sobie, że MB w trakcie koncertu schodzi ze sceny do publiczności, a ja siedzę jak trusia na górnej trybunie bez możliwości choćby zejścia na dół, o zobaczenia Michaela z bliska nawet nie wspominając… Dlatego w trakcie przerwy zaczęłam kombinować. Kilka (-naście?) minut przesiedziałam, analizując, czy lepiej byłoby siedzieć tutaj i mieć zapewnioną w miarę dobrą widoczność, czy też powinnam żałować, że nie ma mnie na dole.

Po raz kolejny skorzystałam z mojej złotej myśli, która zawsze pojawia się w moim umyśle w takich sytuacjach: „A, co mi tam!”. Miałam ze sobą czarną torbę na ramię i czerwoną „materiałową” torbę z teatru, w której miałam parasol, wodę, prowiant i inne rzeczy, które w tej torbie podręcznej się nie zmieściły. Poza torbami walał się też koło mnie mój płaszcz.
Podjęłam radykalne kroki.
Wyjęłam portmonetkę, płaszcz włożyłam do czerwonej torby, zeskoczyłam z drugiego rzędu, pośrodku którego bez możliwości wyjścia siedziałam (miejsce przede mną akurat było wolne, więc nie zahaczyłam o niczyją głowę), i zaniosłam wypchany bagaż do szatni, uprzednio prosząc moich sąsiadów, żeby mieli oko na skórzaną torebkę. Wróciłam na trybuny, schowałam portfel, nie wracając nawet do mojego rzędu zabrałam torbę i poszłam na spacer. Dużo ludzi kręciło się po płycie, robiło sobie zdjęcia, oglądało scenę, więc uznałam, że nie będę wyglądać podejrzanie. Wyszłam na korytarz, który teraz był już prawie pusty. Schodów na dół nigdzie nie widziałam, więc zaczepiłam dwie panie sprzątaczki.
– Przepraszam, czy gdzieś tutaj da się zejść na dół, nie wychodząc na zewnątrz?
Chwilę się zastanowiły.
– Na dół? …Tam dalej jak pani pójdzie, to będą szklane drzwi, za tymi drzwiami są schody i tymi schodami można zejść na parter.
Jak poradziły, tak zrobiłam. Im dalej szłam, tym mniej było osób, a w pobliżu schodów nie było już nikogo poza mną. Oczami wyobraźni już widziałam, że koncert się rozpoczyna, ja nie mogę być na płycie, a na swoje miejsce też nie mogę wrócić, bo z którejkolwiek strony bym nie weszła, musiałabym przepychać się koło kilkunastu siedzących osób. No i sam fakt, że nie byłoby mnie przy rozpoczęciu koncertu…

…ale zdążyłam. Przeszłam przez kolejne drzwi i znalazłam się w hali, na dole. Zorientowałam się, gdzie są jakieś wolne miejsca, na wypadek, gdyby ochroniarze mieli jakieś zastrzeżenia, i stanęłam sobie z boku przy wejściu, ukryta za jakimś mężczyzną siedzącym w pierwszym rzędzie trybun. Byłam trochę dalej, niż moje miejsce na trybunach, ale widoczność i tak była świetna.

Image

Światła znowu przygasły, marzenie stało się rzeczywistością.

Po kilku piosenkach parę osób podeszło do krzesełek, które widać na zdjęciu powyżej, żeby oglądać koncert zza ostatniego rzędu. Zrobiłam to samo, a kiedy po chwili więcej ludzi zaczęło wędrować, a ja chciałam podejść bliżej sceny, sympatyczny ochroniarz uprzejmie poprosił mnie o powrót na swoje miejsce. Schowałam się z powrotem przy trybunach, zaklinając, żeby ochroniarze nie zauważyli, że stoję, zamiast siedzieć gdzieś na swoim miejscu.

Image

Image

Image

Image

W pewnym momencie Majkel zszedł ze sceny i wszedł wgłąb widowni, otoczony przez ochroniarzy, fotografów i wniebowziętych fanów. [Odczułam wielką satysfakcję z tego, że nie zostałam na miejscu, które wykupiłam :) ] Najbliżej niego ludzie szaleli, a ci, którzy byli dalej, dosyć niepewnie szli w jego stronę. Z jednej strony nie chciałam pędzić jak w wyścigu po ostatniego karpia przed świętami, żeby znaleźć się jak najbliżej MB, ale z drugiej strony – na szczęście – po chwili pomyślałam, że teraz będę udawać, że mi nie zależy, a potem w nieskończoność będę sobie wypominać, że miałam taką okazję, a przepuściłam kilkaset osób tylko dlatego, że nie chciałam wyjść na zdesperowaną fankę.
Byłam zdesperowaną fanką. Wielbicielką, może to lepsze słowo. (A może nie).
Kiedy jeszcze nie wszyscy zdążyli zorientować się, co się dzieje, ja wykorzystałam te ostatnie chwile spokoju i spokojnym truchcikiem przybliżyłam się do samego pana Buble. Haha, parę zdezorientowanych osób nawet grzecznie przeprosiłam, żeby zrobiły mi miejsce do przejścia. Przez cały czas trzymając rękę na pulsie, by zachować jak najmniejszą odległość od Majkela, wraz z nim i tłumkiem przesunęłam się do podestu, mini sceny na środku hali. M. wszedł na górę i kontynuował występ i pogaduchy, oczywiście nie szczędząc uścisków i spojrzeń w oczy.

Image

Image

Image


(…nie, do tego zdjęcia nie użyłam zooma.)

…po wielu krzykach, piskach, śmiechach, słowach i piosenkach wrócił na dużą scenę.
Publika się rozluźniła, ochroniarze najwyraźniej też dali za wygraną, bo ludzie chodzili już bez problemu po hali, a panowie w pomarańczowych koszulkach siedzieli wtedy oparci o trybuny, nie zwracając już dużej uwagi na tych kryminalistów, którzy śmiali opuścić swoje miejsce.

Wykorzystałam okazję po raz kolejny. Ruszyłam się i tym razem pewnym krokiem udałam się w stronę sceny. Mijając kolejnych ochroniarzy szłam pewnie, nawet na nich nie patrząc, jakbym właśnie wracała na swoje miejsce, które, akurat tak się składa, jest w jednym z pierwszych rzędów. Po chwili stałam pod barierką w odległości kilku metrów od mojego największego idola.

Image

        A sam Michael Buble… Był dokładnie taki, jaki mi się wydawał. Cóż, wciąż nie znam go osobiście, a wiadomo, że na scenie każdy może wykreować taki wizerunek, na jaki ma ochotę, bez konieczności zdradzania swojej prawdziwej osobowości, ale chyba mogę sobie pozwolić na opisanie wrażenia, jakie na mnie wywarł. Duży dzieciak w garniturze, przesympatyczny facet, którego poczucie humoru i sposób bycia trafia do mnie całkowicie :D Tak jak napisałam na facebooku – stałam się grouppie w wersji light. Jeżeli Michael jest taki, jakim się pokazuje, to uwielbiam go całego, nie tylko jako muzyka, ale jako człowieka.

Po koncercie podeszłam nieśmiało do bramkarza przy scenie i spytałam – już całkowicie niepewnie:
– Przepraszam… Nie dałoby się pewnie… zrobić zdjęcia…
– Słucham?
– …zdjęcia… zrobić. Czy by się nie dało.
– Z kim?
– noo… z… – tutaj pozwoliłam sobie na gest ręką w stronę kulis, jakbym za nic w świecie nie chciała wprost powiedzieć tego nazwiska. – Michaelem. Buble.
Ostatnie słowa powiedziałam już prawie niesłyszalnie, ale gość chyba załapał, o co mi chodzi, bo odpowiedział:
– Już go nie ma. Pojechał.
– Aha, dobrze, trudno, dziękuję…
– Nie ma go, zaraz po zakończeniu wsiadł w samochód i pojechał.
– Okej, rozumiem, szkoda, dziękuję.

I odeszłam, jednak nie całkiem spełniona. Szczęśliwa jak nigdy, ale żal był. :<

Spokojnie wyszłam z hali, bez kolejki odebrałam swoje rzeczy z szatni, przy wyjściu dostałam jeszcze ulotkę o afterparty i magnes na lodówkę, po czym wsiadłam do autobusu. Koncert skończył się przed 23.00, więc też nie trwał za długo. Zanim wszyscy się pozbierali, minęło jakieś pół godziny. Ruszyliśmy, a ja zdawałam smsową relację Kijance i M., tonąc w szczęściu, które mnie ogarniało, i co chwilę się uśmiechając, kiedy przypominały mi się kolejne momenty wieczoru. Chyba przed pierwszą zaczęłam układać się do snu.
Oparcie fotela odchylało się tylko trochę do tyłu, miałam mało miejsca, a przykryć mogłam się tylko wiosennym płaszczem, który sięga zaledwie za pośladki. Miałam cienkie spodnie i balerinki, co też nie sprzyjało zachowaniu wysokiej temperatury, więc po jako takim zwinięciu się pod płaszczem przysnęłam.
Cały czas drzemałam, a całkiem obudził mnie głos kierowcy mówiącego przez mikrofon „Proszę, piętnaście minut postoju”. Tak szybko, jak pozwolił mi mój zmęczony mózg, oceniłam, czy lepiej wyjść do toalety, czy próbować spać dalej, po czym założyłam płaszcz, półprzytomna poczłapałam na stację benzynową, wróciłam do autokaru i dalej w kimono. Można powiedzieć, że po jakimś czasie właściwie zasnęłam. Obudziłam się o 4.21, kiedy mijaliśmy Teatr Wielki w Poznaniu. Z Poznania planowałam wracać pociągiem… o 6.39.

Image

Wysiedliśmy przy Dworcu Letnim, zaszłam na Dworzec Główny i obijałam się tak przez dwie godziny. Już na początku kupiłam sobie w automacie bilet, żeby nie musieć potem stać w kolejce do okienka. Straciłam za to 2 złote, bo jeden z bezdomnych stwierdził, że brakuje mu na bilet. Po wpół do piątej zjadłam śniadanie w postaci jogurtu brzoskwiniowego. Obejrzałam chyba wszystkie książki na stoiskach, przy wschodzie słońca przeczytałam streszczenie „Szewców”, a ok. 6.20 poszłam na pociąg. Na miejscu byłam o 7.25, odebrał mnie tata, w domu zdążyłam się odświeżyć i zmienić zawartość torby, po czym…

Pojechałam do szkoły.

Image

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „Wielka miłość nie wybiera

  1. wioletka pisze:

    chciałam tylko napisać, że Majkel nie zaręczył się, ta kobieta-koń to jego żona.
    wracam do czytania :p

    • Z pisze:

      Cholera. Mówił, że właśnie bierze ślub. Uznałam, że się zaręczył.
      Nadzieja umiera ostatnia.

      • wioletka pisze:

        Ja gdzieś czytałam artykuł o tym, że podczas jego ślubu złodzieje okradli mu willę :P

      • Z pisze:

        Właściwie to nie wiem nawet, dlaczego napisałam „…właśnie się zaręczył”, skoro parę dni temu czytałam, że zaręczył się dwa lata temu.
        Zmęczenie materiału.

      • wioletka pisze:

        willę okradli!

      • wioletka pisze:

        przeczytałam – zazdroszczę wrażeń :)

      • Z pisze:

        Nie wyglądał na załamanego faktem, że okradli mu tę willę :D Ba, nawet słowem o tym nie wspomniał!

  2. abzi pisze:

    przeczytałam recenzję koncertu twojego życia, a najbardziej zszokowało mnie ostatnie zdanie, kto by pomyślał :)
    Nie wiem jak ty, ale ja po koncercie ulubionego wykonawcy mam takie miłe uczucie, gdy jestem przepełniona jakąś ekscytacją i radością, którą jednocześnie mam ochotę opowiedzieć całemu światu a z drugiej strony mam wrażenie, że nikt na całym świecie mojej ekscytacji nie zrozumie :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s