Koziorożec wytrwale dąży do wyznaczonych celów

Nie jestem takim typem marzycielki, która non stop chodzi z głową w chmurach, oderwana od rzeczywistości. Moje marzycielstwo polega chyba na tym, że po prostu dużo… marzę. Myślę. Wyobrażam sobie. Snuję plany, które 99% ludzi dookoła nazwałoby nierealnymi.
Tyle że, hehehe, ja te plany spełniam.

Jutro jadę do Poznania. Nie jest to żadne szaleństwo, bo w Poznaniu jestem dosyć często, ale tym razem jest to wyprawa szczególna – z Poznania kieruję się do Trójmiasta.
Nie, nie robię sobie wcześniejszych wakacji, bo choćbym chciała, jestem człowiekiem, który nie chadza na wagary i nawet w takiej sytuacji, jaka jest teraz – czyli w ostatni tydzień szkoły, po wystawieniu ocen, będąc maturzystką – gdybym zrobiła sobie wolne, to nie obyłoby się bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Taka jestem grzeczna.
Jadę do Gdańska, ale wyrzutów sumienia mieć zdecydowanie nie zamierzam. Wyjazd ten jest właśnie elementem spełnienia jednego z moich marzeń, i to tych większych.

Myślałam, że nigdy się tego nie doczekam, więc chyba w pełni dotrze do mnie, że to dzieje się naprawdę, kiedy wszystko się zacznie.

Image

Do spełniania marzeń potrzeba niestety pieniędzy. Ja kolejny raz miałam szczęście i o koncercie dowiedziałam się, kiedy zbliżała się moja osiemnastka.

Cierpliwość + trochę szczęścia = sukces, przynajmniej w tym przypadku.

Tak więc jutro jadę na koncert Majkela :) Najpiękniejszy głos, jaki słyszałam, „balsam dla uszu, na duszy ból” teraz będę mogła usłyszeć na żywo. I zobaczyć jego posiadacza, który wydaje się być sympatycznym i trochę pokręconym człowiekiem, czyli takim, za jakimi przepadam. Wyjazd z Posen o 11.45, planowany dojazd na miejsce – 18.00. Koncert zaczyna się o dwudziestej, zatem o dwudziestej jedno z moich największych marzeń spełni się. „Och, życie, kocham cię, kocham cię, kocham cię nad życie!” :)

I tak w tej chwili jestem o wiele mniej podekscytowana, niż byłabym 2-3 lata temu, kiedy to miałam kolejny w swoim życiu boom na Majkela i umierałam z bólu wiedząc, że nie mogę pojechać na jego koncert w Berlinie.

Nie jestem fanką, która kocha miłością platoniczną, lecz bezgraniczną, swojego idola. Jestem fanką – a może „wielbicielka” byłoby lepszym słowem – która miłością bezwarunkową kocha muzykę Michaela Buble. Nie kusi mnie jakoś stanie się grouppie i przykładanie wszelkich starań, żeby wskoczyć MB do łóżka. Wystarczy mi ten aksamitny głos i świadomość, że widzę i słyszę Buble na żywo!

Image
_____________________________________________________________

Prezentacja maturalna powoli powstaje. Na razie czytam wszystkie teksty z mojej bibliografii przedmiotowej i opracowuję je w notatkach. Napisałam wstęp do całej pracy, ale czuję, że takim spokojnym, ale systematycznym działaniem uda mi się stworzyć porządną prezentację. Powolutku, małymi kroczkami, skrupulatnie i będzie ok.

Wczoraj byłam u Kijanki i w ramach pomocy w przygotowaniu do konkursu, w którym Kijanka bierze udział, zabawiłam się w Basila Hallwarda. Narysowałam portret Doriana Graya. Nie jestem usatysfakcjonowana, wygląda trochę jak z podstawówki, ale pozostaje mieć nadzieję, że nikt tego nie zauważy.

Jestem gotowa na wiosnę, wyczyściłam wczoraj rowerek, napompowałam opony (okazało się, że od roku mamy kozacką pompkę nożną, o której istnieniu nie wiedziałam! Teraz mogę napełniać opony bez ograniczeń, cóż za wspaniała nowina) i całość uwieńczyłam przejażdżką do Kijanki. Ze względu na ilość czasu, jaką zajęło mi szkicowanie pseudoprzystojniaka, drogę powrotną rower i ja pokonaliśmy już w Skodzie Roomster. Po powrocie do domu zobaczyłam zdjęcie portretu i od razu wiedziałam, co jest nie tak: zmniejszając Dorianowi czoło zapomniałam o proporcjach i teraz chłopaczyna ma za wysoko oczy. Na nic zda się gra światłocienia, gdy oczy są wyżej niż połowa twarzy… Uznajmy jednak, że to dopiero szkic, który Bazyli będzie poprawiał jeszcze wiele razy, zanim stworzy idealny portret idealnego młodzieńca. Trzeba pogodzić się z tym, że zaniechałam rozwijanie mojego plastycznego talentu, kiedy byłam w podstawówce i teraz są tego efekty. A mogło być tak pięknie.

Kiedy ja rysowałam, Kijanka pomagała mi powtarzać teksty, których jeszcze całkiem nie opanowałam. Dzięki pracy zespołowej dziś umiem już wszystko na blachę – ironia losu, bo dzisiejsza lekcja aktorstwa została przełożona :] Ale mam przynajmniej dodatkowy tydzień na szlifowanie tego, co już umiem i ewentualną naukę nowych tekstów – to będzie ostatnia lekcja przed maturami i od tej pory wolę znaczną większość swojej uwagi skupić właśnie na powtórce do matury i przygotowywaniu prezentacji na ustny polski. Potem znowu ruszę ostro z kopyta z egzaminami na studia. I pomyśleć, że większość maturzystów cieszy się na czteromiesięczne wakacje… Ale nie narzekam. Właściwie jestem podekscytowana byciem zajętą spełnianiem swoich planów! (Zobaczymy za parę lat, kiedy będę marzyć o chwili spokoju… Zakładając, że nie będę bezrobotna).

Perspektywa zmian, jakie nieuchronnie zaczną zachodzić w moim życiu jest jednocześnie podniecająca i przerażająca. Przez prawie całe życie, które pamiętam, chodziłam do szkoły. Były pewne różnice pomiędzy poszczególnymi etapami, bo inaczej wyglądała zerówka, inaczej początek podstawówki, inaczej jej koniec, jeszcze innym (chyba najdurniejszym, jaki można wymyślić) rozdziałem było gimnazjum, teraz moje życie jako licealistki wygląda jeszcze inaczej. Ale przez całe życie mieszkałam z rodzicami, byłam dzieckiem, którego każdy dzień wyglądał podobnie i które nigdy nie było w pełni niezależne. Około półtora roku temu zaczęły następować poważniejsze zmiany w moim życiu, ale wciąż byłam uczennicą szkoły, pytającą rodziców o pozwolenie na wyjście, co prawda starającą się usamodzielnić, ale po pierwsze, rodzice to rodzice, nie ma dla nich większego znaczenia, czy mam 10, 14 czy 19 lat, a po drugie – przyznaję, że łatwiej jest leżeć brzuchem do góry, niż – będąc zależną od innych, którzy są zależni od jeszcze innych – nagle znaleźć sobie pracę, żeby mieć świadomość choćby finansowej niezależności… itd.
Teraz kończę ten cały wielki etap w moim życiu. Trzeba będzie jakoś zarabiać na życie. Gdzieś mieszkać. Zadbać o siebie. Radzić sobie. Tak, jak napisałam – jest to wizja i ekscytująca, i przerażająca.
Kilka miesięcy temu usłyszałam od mojej mamy: „Zawsze się wyróżniałaś, bo byłaś jedynym dzieckiem, jakie znałam, które nie chciało dorosnąć, bo było świadome, że dorosłe życie to nie tylko zalety, które widzą dzieci”. Byłam dojrzała w swojej niechęci do dorośnięcia?
Chyba wciąż taka jestem. Napisałam już kiedyś na moim onetowskim blogu, że nie miałabym nic przeciwko byciu w takim wieku, w jakim jestem, gdyby nie fakt, że… już nigdy nie będę taka młoda. Mogę mieć 18, 19, 20 lat, nie ma problemu. Tylko że czuję, że wisi nade mną nieuchronna przyszłość.
Jak mój ukochany Wilde w moim ukochanym Dorianie:
„Tragedią starości nie jest to, że człowiek się starzeje, lecz to, że pozostaje młodym”.

…więc póki jest na to czas, będę spełniać swoje marzenia, a nie tylko marzyć. Carpe diem!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Koziorożec wytrwale dąży do wyznaczonych celów

  1. Miniaturka Żaby pisze:

    Ha, wiedziałam, że dzisiaj już wszystko będziesz umieć perfekcyjnie! ;)

  2. Z pisze:

    Ten dzień się nie chce skończyć, tak jak noc przed świętem, kiedy niecierpliwe dziecko nie może zasnąć, bo chciałoby zaraz przywdziać swój nowy strój.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s