I po świętach

Święta minęły nie bez napięć. Choć w zasadzie napięcia występowały przed świętami – i trochę pociesza mnie myśl, że, jak się okazało, nie tylko w moim domu nastrój wszystkich domowników uzależniony jest od jednostki, której humoru z kolei nie sposób w okresie świątecznym przewidzieć. Nie będę pokazywać palcem, o którą jednostkę z ogniska domowego chodzi. Kto jest w podobnej sytuacji, ten i tak łatwo się domyśli.

W sobotę między 22.00 a 23.00 zabrałam się za pieczenie babki. Babka mojej mamy w jakiś sposób nie wyszła – co prawda nie miała zakalca, ale w środku nie było jednej trzeciej ciasta. Po prostu była dziura. I powiedzcie mi teraz, że w przyrodzie nic nie ginie.
Mama stwierdziła, że będzie musiała upiec drugą babkę (braki pierwszej nie przeszkodziły jednak reszcie rodziny w zjedzeniu całego wypieku), ale cały dzień była zajęta, więc wiedziałam, że albo jej nie upiecze, co będzie powodem jej złości, albo upiecze ją w nocy, przez co będzie zła, że musiała siedzieć po nocy, albo upiecze ją rano, co najpewniej wywoła zły humor mojej mamy następnego dnia. Postanowiłam więc sama tę babkę upiec i wyeliminować chociaż jeden z czynników warunkujących poziom złego nastroju w domu.

Jeszcze przed wyjęciem babki z piekarnika zostałam poinformowana o tym, że zabranie się do pieczenia też było złe. No nic.

Babka pięknie się upiekła, wyrosła, aż miło, więc po wskazanym w przepisie czasie wyjęłam ją z piekarnika.
Kolejny błąd.
Jako niedoświadczony cukiernik nie wiedziałam, że słowa „piec w piekarniku przez 45 minut w temp. 175 stopni” oznaczają „piec przez 45 minut i jeszcze trochę, po czym zostawić babkę w piekarniku na tak długo, jak wyda nam się stosowne, albo i nie”. Moja rodzicielka uświadomiła mi, że zrobiłam to źle, i chociaż od razu włożyłam babkę spowrotem do ciepełka, mama stwierdziła: „Teraz to już za późno”. Poszłam spać.

W niedzielę wstałam o ósmej, umyłam tylko zęby i w piżamie zabrałam się za sprzątanie kuchni. Moi rodzice pojechali po babcię i ciotkę, brat smacznie spał, a ja sprzątnęłam z lodówki niepotrzebne fanty, położyłam na niej kolorowy wiosenny bieżnik, starłam kurze, zamiotłam podłogę, rozłożyłam stół i położyłam na nim biały obrus i kolorową zastawę. [Po powrocie do domu mama się zdziwiła, ale nie widziałam niestety jej miny].
Zanim zrobiłam to wszystko, zobaczyłam dumnie prezentującą swe wdzięki babkę upieczoną o północy. Jestem prawie pewna, że została wystawiona na widok specjalnie, żebym od razu po wejściu do kuchni mogła podziwiać moje dzieło.

Babka była dwukrotnie niższa niż wtedy, kiedy widziałam ją przed snem. Nie było mowy o jakiejkolwiek puszystości, była przyklapnięta, zapadnięta, ściśnięta i lekko żałosna. Z rezygnacją, ale i resztkami nadziei przekroiłam ją, żeby zobaczyć, jak wygląda w środku. Kawałek, który ukroiłam, był wzorcowym przykładem zakalca.
Tak. Cały kawałek.

Ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Skoro nie było innej babki, jedliśmy taką. To znaczy – jest jeszcze babka drożdżowa i kilka innych wypieków, ale jednak babka to babka.
Dzięki temu mogę przyznać, że niewiele już jej zostało:

Image
Image

(Tak, tak, przed zrobieniem zdjęcia odkroiłam sobie jeszcze dwa kawałki. Ktoś to w końcu musi zjeść. Parafrazując popularne powiedzenie, napiekłam sobie babki, to teraz ją jem.)

Image

              Poza tym w święta nie obyło się też bez komentarzy „Zjedz coś, taka chuda jesteś!”, „Robisz się coraz chudsza”, „Gdyby nie te spodnie, to by cię nie było widać” itp., itd. Zjadłam sernik, babkę, schab, odnoszę puste talerze i słyszę „Czy ty coś w ogóle jesz?”.
Ano jem.
Chyba będę musiała wydać oficjalne ogłoszenie, że nie mam zaburzeń psychicznych na tle pokarmowym.
Ale na dokarmiające ciocie to i tak nie zadziała.

A dziś – po świętach. Dzień rozpoczęłam napisaniem sprawdzianu na dodatkowym angielskim, następnie udałam się na pogaduchy i mini zakupy z Kijanką vel Miniaturką Żaby (dorwałam w lumpeksie przepiękną bluzkę za 6 złotych, niestety gdzieś już ją posiałam, więc nawet nie mogę wstawić zdjęcia), po czym skierowałam się do fryzjera na podcięcie końcówek (słowo „końcówki” i pokazywane przeze mnie 2,5 cm fryzjerka tradycyjnie odczytała jako 4 cm). Po drodze do fryzjera spotkała mnie nie lada niespodzianka, bo oto na ulicy wpadłam na nikogo innego, jak na Borsuka! Miło :)

Na jutro – do przeczytania Proces. Chciałam rozszerzenia z polskiego, to teraz mam.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „I po świętach

  1. wioletka pisze:

    faktycznie, babka wygląda troche dziwnie. jak smakowała? :)

  2. sunycia pisze:

    Ooooooo, ale zakalec :D A w tym roku coś pieczesz?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s