Białe ściany

Kiedy byłam mała – miałam jakieś 5 lat, może nawet mniej – i kiedy łóżko, które za dnia było tapczanem (tak, tapczanem – w latach dziewięćdziesiątych nikt nie miał „sofy”!), było dla mnie tak duże, że wzdłuż zmieściłyby się na nim dwie Zosie… wtedy właśnie co wieczór, przed snem wyobrażałam sobie historie z Zorro w roli głównej. Tak. Zorro. Byłam wówczas żarliwą fanką serialu z lat 50., Don Diego de la Vega był więc jednym z moich największych – jeśli nie największym – idoli wśród męskich bohaterów, a ponieważ Anna Maria była jego ukochaną (i do tego nosiła ładne spódnice), naturalne było, że jako pięciolatka stałam się twórczynią pierwszego i zarazem ostatniego w moim życiu fanartu. Z zamaskowanym jeźdźcem w roli głównej.
Codziennie przed snem, gdy po wysłuchaniu n-ty raz „Przygód kilku wróbla Ćwirka” zostawałam w pokoju sama przy włączonym świetle, robiłam dwie rzeczy. Wyciskałam w ścianie wzorki, a potem, wciąż leżąc na boku, wymyślałam kolejne scenariusze przygód Zorro. Wszystkie miały jednak te same główne elementy: Anna Maria wpada w kłopoty, Zorro wpada w kłopoty, Zorro ratuje Annę Marię, wszystko kończy się dobrze.
Sprawa wyglądałaby dość banalnie, gdybym nie napisała, że zanim poświęcałam się radosnej twórczości związanej z moim ulubionym serialem, na pięć minut stawałam się wandalem własnego pokoju.
Otóż… Nigdy całkowicie nie pojęłam konstrukcji mojego rodzinnego domu. Nigdy też specjalnie mi na tym nie zależało. W szkole podstawowej mówiłam po prostu moim znajomym, że mam styropianowe ściany – i to właściwie byłaby kwintesencja tego, co jest potrzebne do zrozumienia jednego z największych hobby mojego wczesnego dzieciństwa. Pod farbą znajdowała się bowiem cienka, cieniutka warstwa tynku, a zaraz pod nią – styropian. W późniejszych latach plakaty, obrazki i różne dziwne rzeczy przypinałam do ściany pinezkami. W czasach wróbla Ćwirka nie słuchałam jeszcze Avril Lavigne, dlatego ściana służyła mi za materiał, w którym łatwo można było wyżłobić efektowne ornamenty.
Byłam więc prawdopodobnie pionierem wciąż nieznanej techniki ścianorytu. Jak każdy wybitny artysta, nie zostałam doceniona, a wszelkie ślady mojego geniuszu zaczęły być konsekwentnie usuwane przez mojego tatę (Dedal nigdy nie zrozumiał Ikara), aby ten wreszcie zlikwidował je całkowicie, kiedy miałam lat jedenaście.

Przez kilka lat zupełnie nie pamiętałam o fakcie, że swego czasu każdy wieczór spędzałam w ten sposób. Nie mam pojęcia, czy trwało to rok, dwa lata czy trzy tygodnie. Nie wiem, czas wtedy płynął inaczej.
Ale kiedy wczoraj zasypiałam, a przez głowę przebiegały mi te wszystkie myśli, które potrafią przebiegać przez głowę, kiedy się zasypia, nagle uderzyło mnie wspomnienie – przecież kiedyś też nie mogłam zasnąć przez natłok myśli, ale bynajmniej nie dlatego, że wracały do mnie wszelkie problemy, dziwne sytuacje, nierozwiązane sprawy albo pobożne życzenia, ale dlatego, że… rysowałam paznokciem w ścianie, dłubałam piękne „Z” na wzór tego zostawianego szablą na wszystkim, co się da przez Don Diego de la Vega, po czym wchodziłam do cudownego, kolorowego świata – czy to w Hiszpanii, Meksyku, Kalifornii czy gdziekolwiek indziej, gdzie rosną kaktusy i jest gorąco – w którym kobiety chodzą we wzorzystych sukniach, spódnicach i bluzkach odsłaniających ramiona, każda miłość jest spełniona, a Zorro zawsze przybywa na czarnym Tornadzie i ośmiesza „złego glinę”, który do następnego odcinka jakby zapomina, że jest taki żałosny.
Zacznę myśleć o Zorro.

Opublikowano Uncategorized | 2 komentarzy

Delikatne

Zwariuj, radzę ci,
żeby jakoś żyć

W ostatnich tygodniach podjęłam decydujące kroki. Decydujące i w ogóle, i w szczególe, i pod każdem innem względem. Nieoficjalnie, choć jednocześnie niezbyt dyskretnie, rzuciłam moje studia jak najbardziej obślizgły i tchórzliwy typ rzuca kolejną zapatrzoną w telefon kobietę (z tym, że tutaj sytuacja jest jednak nieco inna) – po prostu przestałam chodzić na zajęcia. Jest to decyzja przemyślana aż za dobrze, poświęciłam temu tematowi zbyt wiele czasu, zbyt wiele łez i zbyt wiele nerwów, by wreszcie ostatecznie i nieodwołalnie stwierdzić – au revoir, filologio romańska. Trzeba było coś zrobić, zdecydować się w końcu na jakiś krok. Ja zdecydowałam, że dalsze ciągnięcie tego, czego i tak nie wyobrażam sobie skończyć, ma o wiele mniej sensu niż wzięcie się konkretnie za to, co chcę osiągnąć i konsekwentne do tego dążenie.

Na początku kwietnia zostałam poproszona o wpadnięcie wieczorem do mojego bąbelkowego miejsca pracy. Choć miałam już grafik na cały miesiąc z uwzględnieniem moich godzin, na miejscu usłyszałam „Sorry, Zosia”, nie przedłużą ze mną umowy na kwiecień. Zbyt wielu pracowników, za mało godzin do rozdzielenia, no i za mało kasy. Nie wiedzieli, że tak wyjdzie. Sorry, Zosia.
Choć już o tym nie myślę, bo minęło wystarczająco dużo czasu, by zaprzestać gorzkich żalów, dla porządku wspomnę tylko, że dwa tygodnie przed „nieprzedłużeniem umowy ze mną” do bąbelków została przyjęta nowa pracownica.Obrazek

…a niedawno – jak się dowiedziałam – kolejna.

To nic. Jestem zen.

Mam już nową pracę, może nie tak lekką jak poprzednia, ale wśród fajnych, zaufanych (jeśli mogę ufać zaufaniu moich przyjaciół, którzy polecili mi moich obecnych pracodawców) osób. Póki co studentem jestem, więc z tą kwestią nie ma problemu. Przesiedziałam też trochę na forach prawniczych, prawnych, przeróżnych stronach internetowych i wszystko wskazuje na to, że wszelkie sprawy formalne związane z moim szczeniackim-beztroskim-a-nawet-wręcz-głupim posunięciem, jakim była rezygnacja ze srolololo, także nie będą sprawiały kłopotu.

Co dalej? Co dalej, co dalej… Pracuję. Próbuję jakoś odciążyć rodziców finansowo, mam więcej czasu, więc mam nadzieję na więcej pracy. Pracuję też nad sobą, bo egzaminy zbliżają się wielkimi krokami i, jak to już coraz częściej słychać w kątach naszego studia aktorskiego, jesteśmy już na ostatniej prostej.
Oczywiście może się okazać, że nie dostanę się do szkoły. Oczywiście moje escezety mogą nie przepuścić mnie nawet do drugiego etapu w choćby jednej szkole. Oczywiście możliwe jest, że dykcja będzie jak ta lala, a wyjdę przed szanowną komisję i z nerwów będę w stanie zagrać tylko popchniętą palcem galaretkę. Czyli po prostu: wszelkie tegoroczne starania aktorskie mogą, że się tak wyrażę, pójść na marne (oczywiście stwierdzeniem tym bardzo banalizuję wszystko, co robiłam i robię, ale gdyby patrzeć jedynie przez pryzmat szkoły aktorskiej w systemie zero-jedynkowym). Co wtedy?
Wtedy, proszę państwa, plan B (po raz kolejny). Ponieważ mam już pewne doświadczenie zarówno studiowania tego, co odpowiadało mi średnio [a potem prawie zupełnie przestało odpowiadać], „ale może się przydać”, jak i doświadczenie nieustannego myślenia o tym, że w przyszłości mogę być nauczycielką (yay!) lub tłumaczką (o ile język angielski jest moją miłością, o tyle przekonałam się, że francuski… miłością mą nie jest – więc znów: yay!), TERAZ mam zamiar zająć się tym, co naprawdę mnie interesuje. Jeśli nie będę mogła uczyć się sztuki aktorstwa na uczelni państwowej, będę uczyła się… psychologii. Tak. Możecie już dopisać do mojego nazwiska krzyżyk albo od razu przenieść je na listę czekających na zasiłek. Oczekuję też skrywanego pod niezręcznym uśmiechem politowania oraz nigdy nie wypowiedzianych myśli, takich jak: „Zechciało jej się studiować dla samego studiowania”, „Mogłaś pójść na zarządzanie albo socjologię”, „No to będzie kolejny bezrobotny” czy też, może nawet nigdy nie zwerbalizowane i nie zdefiniowane „Aha, nie dostała się na jakiś porządny kierunek”.
Proszę się nie krępować.
Nie mam zamiaru wypominać sobie po latach, że zrobiłam to, czego oczekiwało ode mnie otoczenie, a teraz…
Może to i błąd, ale uważam, że jeśli naprawdę do czegoś nas ciągnie i jeśli naprawdę nas to pochłania, to będziemy robić wszystko, żeby osiągnąć w tym sukces. Szczęście trzeba przyciągać. Dlatego kiedy już otrę się ręcznikiem po wyjściu z basenu łez, które wypłaczę, odrzucając myśl, że nie będę aktorką – wówczas skupię się na mojej innej, nie tak mocnej, choć prawdziwej, pasji – psychologii. I już nie będzie dziwne, że gapię się na ludzi i analizuję ich świadomość i podświadomość w tramwaju.

19695_343292249108983_1290404813_n

I nowość! Przez długi czas moje sprawy sercowe były równie ciekawe i trzymające w napięciu jak rachunek za gaz. Zdarzały się pojedyncze zrywy, choć… trudno tu mówić o kwestiach… uczuciowych i sercowych. Ostatnio jednak – ! – i w uczuciach zaczęło się coś ruszać. Najpierw powoli, jak żółw ociężale, ruszyła maszyna po szynach ospale. „Maszyna”. Jeśli „maszyną” już nazywamy moje życie uczuciowe, to jest to raczej stary garbus albo polonez, rzęch, który krztusi się, krztusi i nawet nie zdąży ruszyć, bo gaśnie na wieki wieków amen i tyleśmy się nim nacieszyli. I tak jest i tym razem.
Pisany jest mi żywot odnoszącej sukcesy zawodowe bizneswoman-singielki. Bo będę musiała jakoś zarobić na, zapewne wówczas mi potrzebny, tzw. masażer do szyi.

Opublikowano Uncategorized | 5 komentarzy

Woda w proszku

Wiatrem
postrzelona w głowę
gdzie księżyc daje znaki, a stare opowieści
Uciekają w bezmiar bezkres nocy
nie znając nikogo
i wciąż chcąc więcej
Umiera, nie wypowiedziawszy nawet jednego słowa
marcowe śniegi, styczniowe słońce
lód lipca, gdy upał doskwiera nawet motylowi
wstaje i błyszczy
oślepia swym pięknem, choć do pięknych nieporównywalna
wstaje
nadciąga wielka wichura i potężna burza
dadaiści
widzą ją jako ciemną chmurę
którą platon wkłada w formę
i zasłania cieniem

dość
szepcze jej do ucha
odchodzę

 

Nic już nawet nie będę obiecywać w kwestiach regularnego prowadzenia bloga, częstego pisania itepe. Jak widać, niespodziewanie umiem zniknąć na sto dwadzieścia lat. Nie miałam ani weny, ani motywacji do pisania, a nawet, jeśli motywacja była, wena jakaś też, to okazywało się, że te najciekawsze fragmenty mojego życia nie nadają się do publikacji. Cóż!Mam nadzieję, że uda mi się znów wbić w rytm „blogowania” bez większego uszczerbku na jakości merytorycznej i literackiej moich wpisów.

Zastanawiałam się też ostatnio, czy w ogóle jest sens prowadzenia takiego sweet notatniczka z osobistymi przemyśleniami. Nie jestem Justinem Bieberem, raczej nie ma wielu osób, które byłyby zainteresowane każdą minutą mojego życia, ba, nie jestem pewna, czy sama się do takich zaliczam. Nie gotuję, nie umiem znajdywać w lumpeksach super perełek odzieżowych (a nawet jeśli mi się to zdarzy, to faktem tym dzielę się tylko z tymi, którzy przypadkiem zobaczą mnie w zdobyczy na ulicy czy uczelni), nie stać mnie na zakupy w ROMWE i Mango, a nawet, gdyby było mnie stać, to nie widzę powodu, żeby wstawiać zdjęcia każdej nowej bluzki, mnie w bluzce, mnie w lustrze, mnie bez bluzki i bluzki na tle lustra. Nie jestem też celebrity, której złote myśli opisane na osobistym blogu będą potem cytowane w TVN Style i TVN24, zależnie od specjalności. Parę sław znam, ale sama nią nie jestem. Parę smacznych potraw w życiu skosztowałam, lecz na co dzień jem makaron z sosem, makaron z pesto albo zupę z makaronem. Ostatnio odkrywam kaszę. Więcej spektakli widziałam, niż nie widziałam, ale nie czuję się kompetentna do wypuszczania swoich opinii w świat, pisania recenzji i osądzania twórców.

my-pencil-is-not-working-spiderman

Co najmniej 90% ludzi chciałoby napisać powieść na podstawie swojego niezwykle-szalenie-i-nieprawdopodobnie-interesującego życia. Każdy aktor jest nieco próżny, każdy bloger jest nieco próżny – aktorką chcę zostać, blogerką jestem od 11. roku życia.
Ale w tym momencie wydaje mi się, że próżności wystarczy na tę teatralną część mojego życia; opisywanie tego, co się ciekawego w nim wydarzyło ludziom, których znam, nie znam, a może którzy wcale nie istnieją, to już chyba trochę za dużo. Gdybym chociaż nie miała wstydu i przyzwoitości i opisywała to, co ostatnio wywróciło moje życie jeśli nie do góry nogami, to przynajmniej na bok albo na ukos. Gdybym chociaż chciała wzbudzić trochę sensacji, doprawić nieco moje, skądinąd autentyczne, historie i podawała nazwiska ludzi, o których piszę. Gdybym chociaż nie broniła tak swojej prywatności i nie zachowywała dla siebie tych wszystkich szczegółów z życia prywatnego, które przecież sprawiają, że wszystko wygląda tak, a nie inaczej. A niech to. Że też akurat na mnie padło bycie introwertyczką z zacięciem do pisania!

Wy zdecydujcie.

śrubka

Tymczasem ja snuję się z kąta w kąt, zastanawiając się, co zrobić ze swoim życiem. Escezety niszczą mi mózg i aparat mowy, filologia romańska jest czymś zupełnie z boku, a na zajęciach z angielskiego, które wzięłam z jednej strony dla świętego spokoju i nie-dokładania-sobie-dodatkowych-problemów, a z drugiej – by nie zapomnieć konstrukcji, których zwykle nie używam, czuję się lepiej, niż na wszystkich innych zajęciach z zakresu romanistyki. Wracają moje myśli o psychologii, boję się, że nie dostanę się na aktorstwo, wychodzę z domu o 7.15, wracam o 22.15, studiuję, pracuję, daję korepetycje, a w weekendy jestem w mojej Narnii zwanej Studiem Aktorskim STA. Do tego „Po lasku okropionym poranną rosą biegną dwa lisy i suseł boso”. Nie wiem, czy w mój rozkład dnia dałoby się wcisnąć coś jeszcze. Czasem, wieczorami, siedzę w teatrze. Ho-ho-ho. W teatrze. W tym roku zdecydowanie częściej są to podziemia teatru, czyli kawiarnia i palarnio-garderoba przy kawiarni. A także piwniczne korytarze, bardziej niegodziwe, niż jeszcze niedawno podejrzewałam.

Ogólnie to dekadencja pełną parą. Czuję tyle, że nie czuję nic. I w sumie nie wiem.

A „wiersz” na górze to jajco, które napisałam podczas przerwy w pracy, bazgrząc długopisem po kartce słowa, które bez ładu i składu przychodziły mi do głowy. Stwierdziłam, że napiszę coś takiego i wstawię, traktując to jako ciekawy eksperyment socjologiczny. Pozdrawiam wszystkich, którzy chcieli wyciągnąć z tego coś głębokiego.

Opublikowano Uncategorized | 9 komentarzy

failure

Obrazek | Opublikowano by | 3 komentarzy

W lesie nie ma feudalizmu

Po listopadowych wakacjach blogowych stwierdziłam wreszcie, że czas wziąć się za to, czego sensu nie jestem pewna, ale o co z założenia nie dbać nie wypada – słowem, za blog. Nadchodzą Święta, za oknem śnieg sypiący w oczy, w głośnikach już niedługo zimowe piosenki w wykonaniu Majkela.

Co prawda studiuję filologię, ale żyję w studiu aktorskim. Żyję w nim, żyję nim. Do szkoły uczę się tyle, ile trzeba, mając jednak świadomość, że nie robię tego dla papierka i „mgr” przed nazwiskiem, ale, świadomie lub nie, największą więź czuję z ludźmi ze studia.

Życie internetowe może trochę zaniedbałam, ale rozwinęłam za to życie pozainternetowe wynikające częściowo z tego internetowego – w ciągu tygodnia spotkałam się z dwiema osobami, które znam z forum GA, a z którymi nigdy wcześniej się nie widziałam. Omujbosze, jak miło! Jestem zachwycona. Kamil nie mógł uwierzyć, że sprzedawczyni w budce z pieczywem zrozumiała tajne hasło, którym ją uraczyłam, mówiąc „Dwie szneki z glancem proszę!”, a w Klaudii odnalazłam bratnią duszę. Mimo że Kamil przetrząsnął moje mieszkania, jakbym była ukrywającą walutę Rosjanką w dwudziestoleciu międzywojennym, jestem całkowicie zadowolona z tych, mniej lub bardziej spontanicznych, spotkań.

A teraz bomba (dla tych, którzy nie są na bieżąco). Odeszłam z Apollo! Po tym, jak po dwugodzinnej styczności z legendarną Szefową Z Warszawy przez kilka dni symulowałam chorobę, aby uniknąć dalszego słuchania o tym, że gdybym była mądra, to nakładałabym popcorn szybciej, że do pracy nie można przychodzić w czarnej bluzce, że jak mnie matka wychowała, skoro cztery talerzyki są wilgotne, stwierdziłam, że mam dość męczenia się w pracy i dość męczenia się myślami o pracy, kiedy mnie tam nie ma, i najwyżej zamieszkam pod mostem (Teatralnym), ale nie będę dalej tam pracować. Zrezygnowałam z wynagrodzenia o zawrotnej wysokości 6 złotych za godzinę (wiem, sama wcześniej mówiłam, że lepszy rydz niż nic – i taka prawda) i po tygodniu nieobecności przyszłam z zakorzenioną w mojej głowie myślą, że czara goryczy się przelała. Powiedziałam, że rezygnuję. Tak zwany Pan Krzysztof nawet się nie zdziwił. Ba, powiedział, że musielibyśmy się pożegnać, bo szefowa mnie nie toleruje. Słyszałam już o przypadkach, kiedy dziewczyna wyleciała z pracy w Apollo, bo miała na sobie szalik. Więc czarna bluzka jako powód zwolnienia („pożegnania”, bo nie można zwolnić kogoś, kogo się nie zatrudniało) też jest, jak widać, niczym wyjątkowym. Odeszłam z podniesioną głową, bo w końcu przyszłam tam tylko po to, żeby zobaczyli, jak wychodzę. Z kieszeniami pełnymi grubej forsy zarobionej przez dwa tygodnie. Wolę myśleć o tym w ten sposób, niż „gdybym nie zrezygnowała, to i tak by mnie wyrzucili”.

Muszę jakoś przeżyć grudzień i styczeń. Grudzień jeszcze jest w porządku, ale styczeń będzie… zły. Muszę go jakoś przetrwać, a potem… Będę pracować w Bubble-Planet. Hell yeah! Szczęście się do mnie uśmiechnęło, Carl o mnie pamiętał, a pani menedżer mnie polubiła, dzięki czemu od stycznia będę sprzedawać Bubble Tea. Cieszę się niesamowicie :) Jedyny problem z pracą od stycznia jest taki, że wypłatę dostanę dopiero na luty. Do tego czasu – życie pod Teatralką. Albo pod Mostem św. Rocha. Dworcowy jest too maintream.

Jeśli chodzi o aktorstwo, to tak, jak już wspomniałam – żyję tym. Jest pięknie. Momentami masochistycznie, ale to tylko potęguje mój zachwyt i entuzjazm. Trochę przeszarżowałam, mówiąc z korkiem mimo zwyrodnienia stawu żuchwowo-szczękowego i teraz mnie trochę boli, więc znajdę inny sposób na poprawienie dykcji, ALE GO ZNAJDĘ. Nie mogę sobie wybaczyć, że kilka miesięcy temu odpuściłam ćwiczenia logopedyczne i moje „escezety”, po poprawieniu się na idealne, teraz znów przypominają mowę leniwca Sida. Trudno. Mam nauczkę. Muszę dostać się do szkoły, więc z jeszcze większą motywacją wracam do „Celinka w soboty ma kurs rysowania, na którym rysunek rysuje od rana”. Sama niedawno myślałam nad wyrazami i zdaniami, na których muszę ćwiczyć i kiedy inni męczyli się ze średniówkami i klauzulami w „Panu Tadeuszu”, ja tworzyłam: „Na pachnącej łące spacerują zaskrońce”, „Starożytne słonie zasuwają poloneza na stronie szesnastej”.

Jeśli wyjdzie na to, że zostanę filologiem, to mimo całego zainteresowania językiem będę chyba najbardziej sfrustrowaną romanistką po tej stronie globu. Je veux etre une actrice!

Opublikowano Uncategorized | 9 komentarzy

Aktywne usta

Aktywne usta.
Uaktywniam swoje usta.

Studia w pełni, praca w pełni, nauka aktorstwa – rozkręca się. Z jednej strony czuję, żerobię to, co powinnam i to, co sprawia mi przyjemność, a z drugiej jakiejś części mnie wydaje się, że trwam w zawieszeniu. Prawdopodobnie i tak moje życie wygląda ciekawiej, niż wielu moich rówieśników, ale widocznie mi to nie wystarcza.
Właściwie to jestem świadoma, że te odczucia „pustki” i „nijakości” są chwilowe i niezbyt istotne. Ale są.

Jakiś czas temu Moka powiedziała mi, że chciałaby założyć grupę teatralną. Oczywiście chętnie do niej dołączyłam, choć na razie oficjalnie jest nas troje, a oba spotkania, które dotąd się odbyły, były bardzo teoretyczne.
Zaczęłam więc zbierać ludzi, ogłosiłam to na facebooku w grupie mojego roku i… są chętni! Mam nadzieję, że osoby, które nigdy nie miały do czynienia z zajęciami rozkładającym psychikę, nie uznają nas za pomylonych i nie uciekną z grupy z permanentnie uniesionymi brwiami. Zresztą, nawet jeśli to zrobią, będzie to oznaczać, że najwyraźniej nie pasowały do naszej grupy.
Moka i ja stwierdziłyśmy, że ponieważ jesteśmy tylko amatorami, a chcemy się rozwijać, można by poprosić aktorów, których znamy, żeby co jakiś czas na jednym ze spotkań naszej grupy teatralnej przeprowadzili warsztaty aktorskie. Za darmo albo ewentualnie za drobną opłatą, na którą wszyscy byśmy się złożyli.
I udało się. Udaje się! Grupa jeszcze się nie ukształtowała, nazwa jeszcze nie jest ustalona, a my już mamy aktorów chętnych pomóc młodym artystycznym duszom! Kilka dni temu udało mi się przekonać do tego taką Osobistość, że do teraz uśmiecham się na myśl, że ten człowiek nagrał mi się na poczcie głosowej. Ale jest to ściśle związane z tym, że znów udowodniłam sobie, że MOGĘ. Że walka z własnymi bezsensownymi zahamowaniami się opłaca i że – TAK, BĘDĘ TO POWTARZAĆ DO ZNUDZENIA – kiedy czujemy, że „noo, chcielibyśmy coś zrobić, ale… nieee, no gdzie, przecież bez przesady…” – bo nikt tak nie robi, bo jak bym wypadła, bo i tak by się to nie udało… to mamy sobie, cholera, powiedzieć: A CO MI TAM! i iść naprzód, kopiąc samego siebie w tyłek, i zrobić to, rozdeptując z impetem tego tchórza, który w naszej głowie wymyśla kolejne wymówki mające nas powstrzymać przed spełnianiem swoich małych i wielkich marzeń. Satysfakcja jest ogromna, a to, co wcześniej sobie wmawialiśmy, okazuje się śmieszne i nieistotne.

I pomyśleć, że zaczęło się od obejrzenia „Krawca”. Jestem z siebie dumna.

Parę dni temu w Apollo (wiadomo, że tam pracuję. Najwyżej szef znajdzie mój blog i wylecę z pracy z perspektywą składania długopisów albo telefonicznej sprzedaży garnków) była kolejna impreza zamknięta. Na scenie występował współtwórca mojego dzieciństwa, Maciej Pol. Co prawda sam powiedział, że możemy przyjść na jego występ, ale bufet jednak nie mógł zostać bez opieki, więc widziałam tylko jeden numer, ten, który zawsze mnie ciekawił, może nawet fascynował – przecinanie kobiety na pół. Nigdy nie widziałam tego na żywo, ba, nigdy nie byłam na żadnym pokazie iluzji, więc teraz nieśmiały głosik w mojej głowie mówił, że może uda mi się dostrzec jakąś nieścisłość, niedociągnięcie w sztuczce, jeśli zobaczę ją bezpośrednio z widowni i mocno się skupię.

A gdzie tam. Jestem jeszcze bardziej zdezorientowana, bo nie mogę już pocieszać się tym, że między mną a podrygującymi do rytmu nogami w skrzyni jest ekran telewizora (który na pewno sprawia, że sztuczka wypada wiarygodnie!).

Choć tak naprawdę chyba nie chcę poznawać sekretów iluzjonistów – mogłabym przecież wpisać w Google odpowiednią frazę albo znaleźć film instruktażowy na youtube, w ciągu kilku minut poznając sposób, w jaki iluzjoniści trzymają mnie w moim zdezorientowaniu od prawie dziewiętnastu lat. Chcę wciąż od nowa dziwić się temu, co widziałam już dziesiątki razy. Pozostać na brzegu sierści królika, zamiast zagłębiać się w jego ciepłe futerko.
Uaktywniam usta, uczę się tekstów, blokuję oddech przeponą i płaczę przed ludźmi takimi jak ja, choć tak bardzo ode mnie różnymi. To będzie dobry rok.




Opublikowano Uncategorized | 11 komentarzy

Czy pszczoły umieją kłamać?

Nie podejrzewałam, że podczas studiów będę tak zajęta. Hm, właściwie to nie wiem, jak to sobie wyobrażałam, bo z jednej strony wiedziałam, że ze względu na moje plany dotyczące szkoły, pracy i aktorstwa na nic innego nie będę miała na nic czasu, ale z drugiej… Jakoś nie przypuszczałam, że będę albo tak zajęta, albo tak zmęczona, żeby nie pisać na blogu przez prawie dwa tygodnie.

W skrócie: jest świetnie. Naprawdę! Jest super. Moje poczucie, że być może filologia romańska była pomyłką, zniknęło i choć na przedmiotach takich, jak wstęp do literaturoznawstwa czy wstęp do językoznawstwa rozumiem niewiele, w pewnym sensie cieszę się, że mogę w nich brać udział, z kolei podczas praktycznej nauki języka francuskiego, na fonetyce czy LSSie (literatura, sztuka, społeczeństwo francuskie) idzie mi całkiem nieźle. Większość wykładowców – a właściwie wykładowczyń – jest naprawdę w porządku, a już całkiem zakochałam się w zajęciach z fonetyki praktycznej – pani doktor brzmi jak rodowita Francuzka! Siedziałam na fonetyce i uśmiechałam się tylko dlatego, że nie mogłam nasłuchać się tej pięknej wymowy.

W ogóle mam wielką motywację do przykładania się na zajęciach i do nauki w domu. We wtorek miałam łacinę. Kiedy po zajęciach jechałam pociągiem do domu, a właściwie do mojego miasta na lekcję jazdy, przez całą – godzinną – drogę odrabiałam zadanie domowe z łaciny. To samo podczas podróży powrotnej. Zadanie było krótkie – mieliśmy z krótkiego tekstu wypisać słówka, a dodatkowo przy czasownikach napisać ich cztery formy podstawowe (które są wypisane przy każdym czasowniku w słowniczku) i określić koniugację. Tyle że ja postanowiłam odmienić wszystkie czasowniki przez wszystkie osoby w czasie teraźniejszym i dopiero wówczas, gdy miałam to zrobione, przetłumaczyłam resztę słówek. Na tym jednak nie skończyłam, bo doszłam do wniosku, że skoro mam już wszystkie czasowniki we wszystkich osobach, a do tego tłumaczenia prawie całej reszty słów, nie pozostaje nic innego, jak przetłumaczyć cały tekst. I to też, oczywiście, zrobiłam.

Nie powiem jednak, że jestem wzorową studentką. Minął dopiero pierwszy tydzień, w którym mieliśmy wszystkie zajęcia według planu, a ja już spóźniłam się dwa razy. I to nie pięć minut. Nie dziesięć. CZTERDZIEŚCI.
Swoją niewzorowość zaczęłam z grubej rury, bo już w poniedziałek rano – jechałam na fitness w ramach WFu, który miałam mieć na Morasku, czyli w kampusie UAM daleko na północy Poznania. Wiedziałam, że mam dotrzeć na ulicę Umultowską 85, ale na tym kończyła się moja wiedza. Wyszłam z domu o odpowiedniej porze, tramwaj nadjechał o odpowiedniej porze, ale oczywiście zatrzymywał się po drodze na czas dłuższy, niż powinien. Z tramwaju miałam przesiąść się do autobusu, ale autobus spóźnił się jakieś 15 czy 20 minut. Kiedy już do niego wsiadłam, nie wiedziałam, gdzie mam wysiąść, więc pojechałam jakieś dwa przystanki za daleko – na pętlę, gdzie stwierdziłam, że nie mam innego wyjścia, jak tylko jechać z powrotem. Po dwudziestu minutach stania na pętli autobus ruszył. Kolejny problem pojawił się jednak, gdy zorientowałam się, że droga powrotna różni się od drogi, którą przejechałam, w związku z czym wysiadłam na przystanku, z którego wcześniej jechał mój autobus. Zaczekałam na kolejny i znów pojechałam w stronę kampusu, tym razem wysiadając tam, gdzie miałam – co nie oznaczało końca problemów, ponieważ i tak nie wiedziałam,do którego budynku mam iść – na Morasku jest kilka wydziałów i chyba każdy z nich mieści się w osobnym, ogromnym budynku. Wcześniej, w autobusie, udało mi się w internecie w komórce znaleźć informację o tym, że WF mam w salce wydziały fizyki (było już po 9.00, a moje zajęcia zaczęły się o 8.45, więc pogodziłam się już z faktem, że prawdopodobnie jedyna nieusprawiedliwiona nieobecność, na którą mogę sobie pozwolić, przepadnie już na pierwszych zajęciach), więc razem z inną zagubioną dziewczyną (która WF zaczynała dopiero o 9.30) udałam się w stronę wydziału fizyki. Stamtąd pani szatniarka wskazała nam drogę do innego budynku. Na miejsce dotarłam o 9.15. WFistka nie miała problemu z wpuszczeniem mnie na salę, pod warunkiem, że włożę obuwie sportowe. Kiedy wreszcie stawiłam się na zajęcia w halówkach i płaszczu, „bardzo, bardzo, bardzo” przepraszając, wybaczyła mi, wykazując pełne zrozumienie dla pierwszoroczniaków.

Z kolei kilka dni później zajęcia zaczynałam PNJF-em o ósmej rano. Obudziłam się [i wstałam] o 7.38. Tutaj było mi już dużo bardziej przykro, bo PNJ naprawdę lubię i bardzo mi zależy na praktycznej nauce języka, ale po wewnętrznej walce, jaką odbyłam, oraz po typowych ostatnio zakłóceniach w komunikacji miejskiej również stwierdziłam, że najlepiej, jeśli stawię się w uczelni, ale zaczekam do końca zajęć, a jak tylko ludzie z mojej grupy zaczną wychodzić z sali, szczerze i pokornie porozmawiam z wykładowczynią – skoro już ma mi przepaść nieusprawiedliwiona nieobecność, załatwię to przynajmniej jak porządny człowiek, a nie jak olewus. Po wpół do dziewiątej stałam z drożdżówką przed tablicą z planami zajęć romanistów, w głowie opracowywałam termin ewentualnego odrobienia zajęć z inną grupą, kiedy na korytarzu minęła mnie idąca w stronę sekretariatu pani magister vel doktor. Przywitałam się i powiedziałam, że miałam być teraz na zajęciach, ale zaspałam, więc po prawie czterdziestu minutach od rozpoczęcia nie chcę przeszkadzać, a potem chciałabym z nią porozmawiać i ustalić termin, w którym mogłabym nieobecność odrobić. Dobra to kobieta, wiedziałam to już na pierwszym peenjocie, a tamtego ranka tylko się to potwierdziło – po okazaniu zrozumienia i współczucia na twarzy, pani doktor powiedziała, że nic się nie stanie, jeśli teraz dołączę do grupy. Tak też zrobiłam.

Na szczęście teraz już nawet na wpół przytomna rano wiem, że kiedy budzik dzwoni, NIE MOGĘ go wyłączyć. Zawsze ustawiam trzy alarmy w kilkuminutowych odstępach, bo znam siebie i wiem, że jeden by nie wystarczył; telefon z kolei kładę na szafce na drugim końcu pokoju, zmuszając się tym do wstania i przejścia tych paru metrów, na wypadek, gdybym chciała wyłączyć budzik i spać dalej – niestety, w ostatnich dniach dowiodłam, że i te metody mogą zawieźć w walce ze snem. Teraz, choćby nie wiem jak ciemno by było, choćby nie wiem, jaki mróz uderzał mnie po bosych stopach, kiedy wychodzę z łóżka, choćby nie wiem, jak chciałoby mi się spać – na dźwięk budzika WSTAJĘ.

W zeszłym tygodniu też zaspałam – miałam iść do pracy na ósmą, po półtorej godzinie iść na zajęcia, a po nich wrócić do pracy. Plan się nie udał, bo zamiast wstać o szóstej, wstałam o 8.30.

Co do innych rzeczy, które dzieją się w moim życiu poza studiami – poznaję nowych ludzi, co mnie bardzo cieszy. Jak już pisałam, odpuściłam sobie wszelkie studenckie imprezy integracyjne, z kolei na uczelni nawiązałam kontakt tylko z kilkoma osobami, które, jak się potem okazało, trafiły do innej grupy niż ja. W drugiej połowie tego tygodnia zaczęłam na szczęście rozmawiać też z innymi. Powolutku, pomalutku zintegruję się z moimi nowymi towarzyszami.

Pierwsze zajęcia z aktorstwa zaliczone. Impreza – hi, hi – integracyjna – również. Prawdopodobnie będę chodzić na nie w niedziele, a w poniedziałki pracować. Tak czy siak, od tygodnia nie mogę doczekać się jutrzejszych zajęć, nie wspominając już o tęsknocie za samymi ludźmi. Mowa oczywiście o pojedynczych osobach, nie o wszystkich, których poznałam w związku z teatrem. O tych relacjach nie będę tu nawet pisać, bo już wystarczającą ilość razy wspominałam o tym, że są osoby, z którymi łączy mnie taka wyjątkowa więź, której nie potrafię opisać. Tak więc, po pierwsze, jest to zbyt skomplikowane do opisania, po drugie – trudno zrozumieć coś, czego samemu się nie doświadczyło, po trzecie – nie wnikam tu w prywatne sprawy, takie jak moje głębokie uczucia, po czwarte – określać, znaczy ograniczać. Jest super, jest super, więc po co tyle o tym gadać.

No i pracuję w kinie – teatrze. Pieniądze, marne, bo marne – są, unikalny kontakt z kulturą – też. Czyli git. Na tym poprzestanę.

Na zakończenie dwie kwestie.
1. „Disco” to po łacinie „uczę się”.
2. Pszczoły mają swój język, ale nie potrafią kłamać.

Opublikowano Uncategorized | 16 komentarzy

Zmieniacz czasu

W ciągu tych dwóch tygodni, podczas których mogliście snuć domysły, czy wyruszyłam na niebezpieczną wyprawę do Amazonii, na mój dom spadł meteoryt czy może postanowiłam oddać się szukaniu odpowiedzi na najtrudniejsze filozoficzne pytania w tybetańskich górach, załatwiałam najróżniejsze sprawy i zwyczajnie nie miałam głowy do pisania na blogu.

Ale teraz już tutaj jestem, z kieszeniami pełnymi materiału na nowy wpis.

Jak już ostatnio wspominałam, znalazłam pracę, której od… trzech tygodni nie zmieniłam – sukces (biorąc pod uwagę moją trzygodzinną przygodę z barem z makaronami)! Pracuję w bufecie kina-teatru. Wygląd tego miejsca – z zewnątrz i wewnątrz – powoduje, że pierwszą myślą, jaka pojawiła się w mojej głowie, kiedy się tam pojawiłam, było to, że kino to czasy swojej świetności ma już za sobą – wielki budynek starego teatru schowany gdzieś w uliczkach centrum miasta. Potencjał jest ogromny, ale niewykorzystany.
Już pierwszego dnia dowiedziałam się, że średnio raz w miesiącu kino odwiedza „szefowa z Warszawy”, która za cel stawia sobie znalezienie czegokolwiek, co dałoby jej powód do wyżycia się na pracownikach. Szmatka w nieodpowiednim miejscu czy nieodpowiednio ustawione szklanki wystarczają, by zrównać kogoś z podłogą, a jakiekolwiek uwagi mogą poskutkować natychmiastowym zwolnieniem. Czyli, ogólnie rzecz biorąc, równa babka. Obawiałam się, że mogę nie przetrwać jej pierwszej wizyty, ale na szczęście jej przyjazd przypadł na dni, w których nie było mnie w pracy. Więc, póki co, mam spokój na następny miesiąc.
Bardzo często po prostu mi wstyd, że tam pracuję. Nie powinnam pewnie tego pisać, bo lojalność itd., ale, cholera, skoro już mam odpowiadać przed gośćmi kina za coś, co zupełnie ode mnie nie zależy, to mam gdzieś taką lojalność. Jak już napisałam na moim prywatnym facebooku, obserwując to, co się tam dzieje, nie zdziwię się, jeśli wkrótce odbędę taki dialog z klientem:
– Poproszę czerwone wino.
– Niestety nie mamy czerwonego wina, tylko białe.
– W takim razie białe schłodzone.
– Nie mamy schłodzonego.
– To z kostkami lodu.
– Nie mamy lodu.
– Ech… No to kawę z ekspresu.
– Przykro mi, ale ekspres włączany jest tylko na duże imprezy…
– TO ROZPUSZCZALNĄ.
– Właśnie się skończyła.
– To dziękuję, pójdę od razu na film.
– Bardzo mi przykro, ale mamy piętnastominutowe opóźnienie i jeszcze trwa poprzedni seans…
Nie będę się rozpisywać o wszystkich plusach i minusach tej pracy. Wiadomo, internet to nie pamiętniczek schowany przed bratem pod pięcioma dnami głębokiej szuflady, nigdy nie wiadomo, kto tu trafi i kto moje poglądy przeczyta. Na razie tam pracuję. I cieszę się, że w ogóle zarabiam. A po drodze do pracy, z pracy i… nie tylko (idąc do sklepu na zakupy dla kina albo po faktury) zawsze wpadam na pogaduchy do Bigfoota (reklamuję, polecam i zapraszam! To nic, że przez to moje unikanie ujawnienia nazwy kina nie ma już większego sensu…), więc mimo tego, co w bufecie się dzieje lub nie, każdy dzień oświetla promyczek w postaci spotkania ze znajomymi, czasem doprawionego kawą lub chai tea.
Aa! Plusem, o którym muszę wspomnieć, jest uczestniczenie w wydarzeniach kulturalnych, o których nie mogłabym nawet pomyśleć, gdybym pracowała gdzie indziej. Ponieważ jest to kino-teatr, co jakiś czas organizowane są imprezy, spektakle etc. Dwa i pół tygodnia temu oglądałam próbę Laskowika i jego ekipy i porozmawiałam z panem Jackiem Fedorowiczem na temat biegania oraz półmaratonu organizowanego przez moje liceum, w którym on regularnie bierze udział, a w którym ja trzy razy byłam wolontariuszką; półtora tygodnia temu – w piątek – przyszłam do pracy w dżinsach i beżowym sweterku, zapominając o zjeździe stomatologów, który miał się tu odbyć i na którym miałam się „ładnie ubrać”. Niestosownie ubrana, obserwowałam, jak na scenie trwają przygotowania, a po korytarzu wciąż chodzą muzycy i „techniczni”. Po pewnym czasie nagle usłyszałam ze sceny… piosenkę Andrusa. Śpiewaną przez Andrusa. Głośno wciągnęłam powietrze, pognałam te kilka metrów do sali i, opierając się o framugę, ujrzałam śpiewającego na scenie Artura Andrusa.
Niespecjalnie spieszyłam się, żeby wrócić do bufetu.
Co chwilę wyglądałam przez futrynę do bufetu, sprawdzając, czy któraś z dziewczyn jest na posterunku i czy na horyzoncie nie widać szefa (który i tak na szczęście nie miałby nic przeciwko temu, co robiłam), po czym wracałam do oglądania próby. Raz na kilka minut pytałam muzyków i p. Andrusa, czy nie chcą kawy lub herbaty, żeby nie było, że tylko stoję i się gapię (oni z kolei mówili, że za chwileczkę/za parę minut, co dawało mi pretekst do stania dalej, cały czas w gotowości na przyjęcie zamówienia).
Oglądałam, śpiewałam piosenki razem z ich autorem, a w międzyczasie przywitałam Tomka Jachimka, który po pewnym czasie także pojawił się w kinie.
Wieczorem, podczas występu (si, wieczór satyryczny z Andrusem i Jachimkiem zorganizowany specjalnie dla stomatologów), nawiązałam kontakt z dwoma głównymi muzykami – a właściwie to oni nawiązali wcale-nie-jednoznaczny kontakt ze mną, a potem jeszcze z paroma innymi zdolnymi osobami z zespołu. Trochę podsłuchiwałam zza kulis (do kulis i do kuchni wchodzi się z jednego korytarza, więc zawsze moje wyjścia na zaplecze mogłam tłumaczyć zmywaniem naczyń czy sprawdzaniem zaopatrzenia), a od momentu, kiedy Jachimek poprosił mnie o piwo, tytułując „panią”, na co ja odpowiedziałam wymownym spojrzeniem i słowami ” Pani… Zosia!”, resztę wieczoru spędziłam, praktycznie wcinając z nim popcorn i słuchając z nim z kulis Artura Andrusa występującego na scenie (kiedy to Tomek wchodził na scenę, uciekałam do bufetu, żeby uniknąć niezręczności przy niezbyt towarzyskim panu Andrusie. Ale dedykację na płycie mam :) ).
Tamtego wieczoru wyszłam szybko i nagle, a kiedy chciałam pożegnać się z T. Jachimkiem, był akurat za zamkniętymi drzwiami gdzieś na piętrze, więc nasza znajomość została brutalnie przerwana. Wolałam jednak popędzić na pociąg o 22.50, niż powiedzieć kilka słów na pożegnanie i czekać na następny pociąg do szóstej rano.

Takie sytuacje są znaczącym powodem, który trzyma mnie w tym miejscu. Nigdzie indziej nie miałabym okazji oglądać próby do występów, poznawać ciekawych ludzi i mieć kontakt z kulturą i sztuką. Jak wszędzie, są plusy i minusy. Dopóki znajduję się w jakiejś sytuacji, wolę skupiać się na jej plusach.

Mieszkam już w Poznaniu – od wtorku. Na razie jeszcze będę jeździć co kilka dni do domu, czy to na kurs jazdy, czy po jedzonko, ale kiedy skończę kurs, liczba wizyt w moim mieście na pewno spadnie.  We… wtorek? środę? pierwszy raz siedziałam za kierownicą :) Pierwszy raz! Moja mama zawsze wychodziła z założenia, że samochodem będę jeździć, kiedy będę miała prawo jazdy, nie ma więc dla mnie nic dziwnego w tym, że nie wiedziałam, do czego jest sprzęgło i który pedał to hamulec, a który – gaz. Teraz mam za sobą już sześć godzin jazdy – idzie mi całkiem nieźle. Trochę poćwiczę i będzie jazda jak złoto.

Rozpoczęły się też moje studia na filologii romańskiej. Wciąż łapię się na tym, że mam poczucie, iż nie wiem, co będę robić za rok. Gdzie wtedy będę. „Bo może akurat” uda mi się w przyszłym roku zdać na aktorstwo, a wtedy filo romańska odejdzie w zapomnienie. Po prostu nie identyfikuję się z ludźmi z roku, którzy planują już kolejne lata na filologii, podczas gdy ja wciąż mam nadzieję na szkołę teatralną.
Trwają kolejne „imprezy integracyjne”, na które mnie jakoś nie ciągnie. Chciałabym poznać ludzi, z którymi mam ponoć spędzić najlepsze lata życia, ale… Nie lubię imprez, którym głównym motywem jest picie, a integracja to tylko pretekst. Niby mamy się poznać, a wszystko i tak sprowadza się do, przepraszam, chlania. Dzięki, nie bawi mnie to. Wolę poznawać ludzi, kiedy i oni, i ja jesteśmy trzeźwi.
Planu nadal nie mam, pokomplikowały się jakoś grupy językowe, więc w tym tygodniu mam nie chodzić na zajęcia z praktycznej nauki francuskiego, a na inne uczęszczać bez względu na ewentualną grupę – czyli tak, jak mi pasuje. Bałagan na facebooku, bałagan w mailowej skrzynce mojego roku, bałagan w mojej głowie. Jeśli chodzi o to ostatnie, to wciąż przewijają się w niej – na zmianę: studia, praca, przyjazd do domu, kurs jazdy. Pogodzić to wszystko i nie zwariować – o, Boziu!

Będę też chodzić na zajęcia z aktorstwa. Nie z Panem Aktorem, lecz z Ł. Już nie mogę się doczekać, ach! …a, właśnie, trzeba będzie nauczyć się kolejnych tekstów. Za mało mam zobowiązań i obowiązków, trzeba dołożyć sobie jeszcze trochę!
Wychodząc z tego założenia, udało mi się załatwić coś, czym właśnie się pochwalę. Otóż… Zgłosiłam się do pisania artykułów dla studenckiego portalu, który na razie będzie tylko dla poznaniaków, ale ma rozszerzyć się na całą Polskę. I dostałam odpowiedź na moje zgłoszenie! Po lekkiej rozmowie z „koordynatorem” wygląda na to, że będę redaktorką, a gdyby tego było mało, bardzo prawdopodobne, że… będę pisać o teatrze i kulturze! Publikowanie tekstów inaczej niż prywatnie, i to w takiej dziedzinie?! How cool is that?

Lenistwo w tym roku będzie musiało się ze mną pożegnać, a ja nie będę za nim tęsknić. Zobaczymy tylko, jak długo pociągnę. Ja na pewno nie przepuszczę okazji, żeby się o tym przekonać.

PS Skończyłam „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Co za chłam. Nie mogę się doczekać kolejnej części.

Opublikowano Uncategorized | 11 komentarzy

Nie zaciskam ust w wąską linię

Dlaczego w ogóle chwytałam za tę książkę…
Dlaczego?

***

Kiedy ostatnimi czasy często bywałam w empiku, wypełniając sobie czas pomiędzy kolejnymi rozmowami klasyfikacyjnymi lub spędzając tam dziesiątki minut pozostałe do odjazdu pociągu, mój wzrok przykuła (trudno, żeby było inaczej, skoro cały regał z mnóstwem egzemplarzy stał vis a vis drzwi wejściowych) niecienka książka w ciemnej, obiecującej ambitne wnętrze okładce…
Cóż, w skrócie mogłabym stwierdzić, że stare przysłowie znów się potwierdziło.
…książka wyglądała mi na powieść psychologiczną, kryminał albo przynajmniej dobrą sensację. Granatowe, prawie czarne tło, a na nim tylko błyszczący krawat (co też zauważyłam dopiero po jakimś czasie) i proste białe i szare litery. Tytuł: Pięćdziesiąt twarzy Greya.

Nie brałam jej nawet do ręki, bo wiedziałam, że i tak jej nie kupię – kosztowała 39.99, a ja z moimi ograniczonymi funduszami na takie książki najczęściej patrzę z daleka, z bliska natomiast oglądam te z regału z wydaniami kieszonkowymi, gdzie średnia cena jednego egzemplarza wynosi 15.99 zł.
Ale przy którejś wizycie pomyślałam sobie – co mi tam. Przynajmniej będę wiedzieć, z kupna czego dobrowolnie – lub nie – rezygnuję. A może znajdę Greya w wersji elektronicznej w internecie.
Odchyliłam skrzydełko okładki i przeczytałam:

Młoda, niewinna studentka literatury Anastasia Steele jedzie w zastępstwie koleżanki przeprowadzić wywiad dla gazety studenckiej z rekinem biznesu, przystojnym i zamożnym Christianem Greyem. Mężczyzna od pierwszych sekund spotkania fascynuje ją i onieśmiela. W powietrzu wisi coś elektryzującego, czego dziewczyna nie potrafi nazwać, a może tylko się jej wydaje? Z prawdziwą ulgą kończy rozmowę i postanawia zapomnieć o intrygującym przystojniaku.

Plan spala jednak na panewce, bo Christian Grey zjawia się nazajutrz w sklepie, w którym Anastasia dorywczo pracuje. Przypadek? I do tego proponuje kolejne spotkanie.
W tym miejscu kończy się „disneyowskie”  love story, choć młodziutka, niedoświadczona  dziewczyna nie wie jeszcze, że Christian opętany jest potrzebą sprawowania nad wszystkim kontroli i że pragnie jej na własnych, dość niezwykłych warunkach… Czy dziewczyna  podpisze tajemniczą umowę, której warunki napawają ją strachem i fascynacją? Jaki sekret skrywa przeszłość Christiana i jak wielką władzę mają drzemiące w nim demony?

Hm. W porządku. Może być ciekawie. Love story – nie love story, elektryzujący związek, tajemnicza umowa… No i książka wygląda na dobrze napisaną (co za bzdura!). A nawet jeśli nie – chciałam wreszcie kupić książkę i mieć szansę samej przekonać się, czy jest dobra, czy nie!

Parę dni później znów weszłam do empiku i znów stanęłam przed tym regałem pełnym „światowych hitów, które wstrząsnęły literaturą kobiecą”, ale teraz z półek krzyczała do mnie tabliczka: ” 39.99 29.99 zł!„.
Zaczęłam intensywnie myśleć. Cholerka. Teraz wreszcie mam czas na czytanie, Harry Potter mi jakoś nie idzie, ciągle chcę kupić sobie jakąś nową książkę, a jednocześnie ciągle oszczędzam i w rezultacie nie kupuję nic… No i lepiej wydać trzy dychy na książkę, niż na… weźmy na to, podkład! Pokręciłam się jeszcze po największym empiku w Poznaniu, obejrzałam regał z wydaniami kieszonkowymi, z którego znam już każdą powieść, po czym pomaszerowałam do regału przy wejściu, chwyciłam „Pięćdziesiąt twarzy Greya” i skierowałam się prosto do kasy. Kilkanaście minut później byłam w mojej nowej, ulubionej, amerykańsko-polskiej kawiarni, a wielolicowy Christian Grey leżał w mojej torbie.

To było w zeszłym tygodniu.

Książkę czytam najczęściej, kiedy jadę pociągiem. Jestem już za połową i choć na początku myślałam, że to kwestia rozkręcenia się i że domniemany i rozdmuchany przez media wysoki poziom powieści ujawni się na kolejnych stronicach (i kolejnych… i może jeszcze kolejnych…), to teraz jestem całkowicie pozbawiona tej nadziei.

O ile porno wstawki na początku nie robiły na mnie wrażenia, potem nieco onieśmielały, a w końcu zaczęły nawet trochę bawić, o tyle… cała książka to jakiś żart.

Pominę fabułę. Nie będę rozpisywać się wielce o fakcie, że gdyby tytułowy Christian Grey nie miał pięknych, błyszczących, ciemnomiedzianych włosów, które co chwilę przeczesuje palcami, oraz równie pięknych, w jednej chwili szarych, w innej grafitowych, a w następnej – obsydianowych – oczu, wówczas cała sytuacja, w którą wplątała się Panna Gapowata Dziewica, na pewno nie miałaby miejsca. Uznajmy więc, że serce nie sługa i że to właśnie serce kazało jej uwikłać się w układ, w którym będzie „Uległą” uwielbiającego kontrolę sadomasochisty, który akurat na związek oparty na uczuciach nie ma większej ochoty.

Fakt ten, treść, nie raziłyby mnie tak bardzo, gdyby chociaż forma była na poziomie godnym „dobrej literatury”. Niestety. Nie mam pojęcia, ile razy (biorąc pod uwagę, że jestem mniej więcej w połowie książki) Christian Grey „zacisnął usta w wąską linię”, a „wewnętrzna bogini” Anastasii Steele zrobiła salto, zatańczyła salsę albo podskoczyła z pomponami, podczas gdy Ana znów nie słuchała swojej podświadomości. Narządy płciowe głównej bohaterki ograniczają się do „podbrzusza” oraz miejsca zwanego enigmatycznie „Tam”, co nijak ma się do opisów skądinąd nieziemskiego seksu – bo Christian jest naprawdę boski w łóżku, wiemy to od samej Any, która przecież… nigdy wcześniej nie miała żadnych doświadczeń i doznań seksualnych. No tak, to osoba rzeczywiście najbardziej kompetentna w tej kwestii.

„Pięćdziesiąt twarzy Greya” jest ponoć „inspirowana sagą Zmierzch„, a autorka przed jej wydaniem pisała na blogu erotyczne fanficki będące kontynuacją książek S. Meyer.
Cudownie.
Gdybym wiedziała to wcześniej, nie traciłabym tych trzydziestu złotych. Zmierzchu nie czytałam, ale przy takiej popularności, w dobie internetu, jasne jest, że wiem, o co w tej sadze chodzi i znam zarys bohaterów i fabuły. Nawet bez znajomości twórczości tej autorki „Pięćdziesiąt twarzy Greya” jest dla mnie książką, która w pełni może podobać się chyba tylko dwudziestolatkom, które fizycznie już dojrzały, a psychicznie – przynajmniej po części – są na poziomie gimnazjum.

A jednak czytam… to coś. Aż mi żal, ale jedyną tego zaletą, poza możliwością wyobrażenia sobie Mężczyzny Fizycznie Idealnego, jest fakt, że książka wciąga. Straszne, jak strasznie wciąga. Czytam, irytuję się, ale nie mogę się oderwać.
Może to właśnie jest klucz do zrozumienia poczynań głównej bohaterki, jej podświadomości i wewnętrznej bogini.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , | 12 komentarzy

Nocna pigułka

Noc.

Jak zwykle, noc spędzam przy laptopie. A przynajmniej jej część. Ostatnio znów zaczęły towarzyszyć mi książki, więc laptop musi dzielić się nocą z nimi.

Obejrzałam już wszystkie seriale. Przeczytałam wszystkie gazety. Nawet w teatrze – tym Polskim – widziałam już „wszystko, co warto zobaczyć”.

Czytam więc książkę. O tym później.
Mam pracę. Jest fajna, choć słabo, naprawdę słabo płatna i chyba dlatego czuję, że to tylko praca tymczasowa. O tym później.

Zaczęłam znów wychodzić do ludzi i podoba mi się to. Odnawiam stare kontakty, utrzymuję te trwające już jakiś czas i zaczynam, hm, umacniać te nawiązane niedawno, a zachowane niemal wyłącznie dzięki Facebookowi.

Nie było mnie tu cały tydzień (a przynajmniej aktywnie, bo biernie obserwowałam blog i jego statystyki regularnie), bo jeździłam, załatwiałam, pracowałam. Albo odpoczywałam.
Kamil napisał ostatnio, że zastanawia go, jak długo piszę jeden wpis na blog. Cóż, nie jest to piętnaście ani trzydzieści minut. Sporą częścią procesu pisania jest myślenie, podczas którego palce nawet nie dotykają klawiatury. Często opisywanie czegoś zmusza mnie do refleksji, której nie przewidywałam, i właściwie nigdy nie mam tak, że siadam do komputera, piszę, o czym chcę napisać, po czym kończę działalność na blogu. Ogólnie jestem typem myślicielki, a co dopiero wówczas, gdy mam przekazać fakty i moje spostrzeżenia innym, i to w przystępnej formie!
Czasem stworzenie jednego wpisu zajmuje mi dwie, dwie i pół godziny. W międzyczasie, dla odpoczynku, sprawdzam pocztę, robię herbatę, odświeżam FB, ale wciąż w głowie układam sobie to, co chcę napisać tutaj.

Dlatego postaram się napisać coś jutro… Dziś. Ponieważ minęła już północ – dziś. W środę jadę znów do Poznania, w piątek od rana do wieczora pracuję. Przysiądę i postaram się jakoś zebrać te moje myśli.

Byłam na Krawcu. Czwarty raz.

Opublikowano Uncategorized | 5 komentarzy